– Hej, hej. Hej!
Hult’ah syknął głośno, a jego
wołanie zakończyło się nieprzyjemnym warkotem. Tylko warkotem, bo właściwie nie
zabronił mi ani siąść na sobie, ani zabrać z rąk łyka, które obrał w połowie.
Westchnął tylko, przewrócił oczami i oparł się znowu o pień drzewa, przy którym
siedział.
W moich rękach kora łyka
schodziła szybciej. Po chwili podałam Hul’ahowi jego kawałek, który łowca
włożył sobie do ust, rzucając mi ponure spojrzenie.
– Powinnaś ćwiczyć – zauważył.
– Ty też – odpowiedziałam.
– Ja nie ważę jak zabin i dam
radę podnieść tura – mruknął.
– Jesteś też głośny jak
wypalarka do metalu i śmierdzisz tak samo – odpowiedziałam.
Hult’ah parsknął śmiechem, co u
niego brzmiało jak warkot rozwścieczonego kota.
– Bogowie mi świadkiem, jesteś
paskudna – westchnął, klepiąc mnie po udzie.
– Bogowie mi świadkiem, ty też –
odparłam od razu.
Hult’ah prychnął, oparł głowę o
pień za sobą i przymknął oczy. Był środek nocy, Puszcza żyła swoim życiem, a ja
nawet nie chciałam iść ani polować, ani tropić. Usiadłam wygodniej bokiem na
Hult’ahu i przytuliłam się do jego torsu. Łowca po chwili ułożył głowę na mojej
głowie. Cichy pomruk przeszedł przez jego pierś, a te wibracje czułam niemal
całym swoim ciałem.
– Hult’ah… – zaczęłam.
– Hm? – mruknął.
– Uwielbiam zapach metalu –
wyznałam.
Łowca zaśmiał się cicho.
– Wiem – wyznał. – Ja ciebie też
uwielbiam, paskudo.
Uśmiechnęłam się, przytuliłam go
mocniej i przymknęłam oczy. Siedzieliśmy wysoko wśród koron drzew na gałęzi nie
grubszej niż moja talia, ale właściwie na całej planecie to miejsce mogło
okazać się tym najbezpieczniejszym i najlepszym dla mnie.
W końcu dokładnie tu był
Hult’ah.
~ * ~
– Pierdolę, pierdolę takie
treningi!
Głos Toyana niósł się po wąwozie
jak grzmot. Thei myślał właściwie podobnie jak przyjaciel, ale on nie miał
czasu na krzyki – jeden z ogromnych smugowców biegł za nim i młody Kiande czuł
na karku jego śmierdzący zgnilizną oddech.
Smugowce były ogromnymi psami o
sierści tak twardej, że wydawała się aż skamieniała. Nie miały trucizny,
specjalnych właściwości, ale były szybkie, cholernie szybkie i zwykle uparte
jak diabli. Polowały też w grupach po trzy lub cztery osobniki.
Młodzi yautja z grupy Theia
trafili na niewielkie stado. Właściwie to Vay poprowadził ich idealnie tak, by
na takową grupę drapieżników natrafili. Samica, prowadząca grupę, była młoda,
ale zwinna. To właśnie ona ścigała Theiego. Samiec wybrał sobie na cel Toyana,
a druga z samic – Gu’the.
– Kurwaaaaaa!
Toyan nie przestawał wyrażać
swojego niezadowolenia. Nic dziwnego, samiec smugowca był zdecydowanie większy
od samic i Thei kątem oka zobaczył, że jego szczęka zacisnęła się ledwo o cal
od głowy Toyana.
To, że byli na Thurn, w wąwozach
pełnych odłamków magnetytu, ołowiu i litu, w niczym nie pomagało. Mapy szalały,
komunikacja nie działała i słychać było tylko co jakiś czas wściekłe szczeki zwierząt
i krzyki Toyana.
Walka jeden na jednego ze
smugowcami była męcząca, zwłaszcza że trójka młodych yautja całkowicie zawaliła
podejście z zaskoczenia, psy zorientowały się w zasadzce i obróciły się przeciw
prześladowcom.
Thei analizował teren,
zastanawiał się, jak skoczyć za plecy przeciwnika, ale opcji wiele nie było.
Wąwóz był gładki, skalisty i prosty. Fatalny do uciekania, dobry do pościgu.
Thei usłyszał za sobą
szarpnięcie pazurów po kamieniu. Za blisko. Smugowiec nie warczał już nawet
wściekle. Dyszał krótkimi, mokrymi seriami, jakby każdy oddech przeciągał przez
zgniłe gardło. Młoda samica była szybka. Nie tylko szybka – mądra. Nie gnała
prosto za nim jak głupie zwierzę. Spychała go w lewo, zawsze trochę w lewo, z
dala od szerszej części wąwozu, ku miejscu, gdzie ściany zbliżały się do siebie
i gdzie Thei nie miałby dość przestrzeni, żeby odwrócić się z włócznią.
Nie polowała na niego. Zaganiała
go.
Ta myśl przyszła za późno i
jednocześnie dokładnie wtedy, kiedy musiała.
Toyan zakrzyknął coś znowu z dala.
Samica, ścigająca Kiande zastrzygła uszami i kłapnęła zębami przed sobą. Thei
uskoczył przed pyskiem smugowca, gdy szczęki zacisnęły się w powietrzu tuż przy
jego udzie. Poczuł szarpnięcie materiału na biodrze. Nie ból. Jeszcze nie.
Tylko ostrzeżenie i zapewnienie, że będzie dzisiaj musiał zszyć trochę ubrań.
– Toyan! – ryknął.
– Czego?! – odwrzasnął Toyan z
drugiego końca wąwozu. – Jak chcesz mi powiedzieć, żebym się uspokoił, to się,
kurwa, odpierdol!
Samiec smugowca skoczył na niego
tak gwałtownie, że Toyan musiał rzucić się bokiem na żwir. Zwierzę uderzyło
łapami w miejsce, gdzie przed chwilą była jego klatka piersiowa, a kamień pękł
pod ciężarem pazurów.
– Krzycz dalej! – wrzasnął Thei.
– Co?!
– Krzycz!
– Pierdolę twoje rozkazy!
Właśnie tak, pomyślał Thei. Krzycz,
zwracaj uwagę i daj mi chwilę oddechu.
Toyan, nawet uciekając przed
ogromnym, śmierdzącym psem, miał dość przytomności, żeby zrozumieć. Albo może
po prostu był tak wściekły, że nie potrzebował rozumieć. Zaczął kląć jeszcze
głośniej, miotając obelgi pod adresem Vaya, całego Thurn, treningów, przodków
smugowców i samego pomysłu wychodzenia z domu.
Echo poniosło jego głos po
wąwozie. Smugowce, na szczęście, zareagowały natychmiast.
Samica ścigająca Theiego
zwolniła o ułamek oddechu. Nie było to dużo. Było to jednak wystarczająco. Jej
ucho drgnęło w stronę Toyana. Druga samica, ta przy Gu’the, też odwróciła łeb,
tylko na chwilę, ale Gu’the był szybki. Rzucił się pod wystającą półkę skalną,
przeturlał po plecach i podciął zwierzęciu przednią łapę krótkim ostrzem. Nie
głęboko. Wystarczająco, by pies zawył.
Thei wtedy zrozumiał drugą
rzecz. Smugowce nie były tylko szybkie. One pilnowały siebie nawzajem. Stado
reagowało na głos, zapach, ruch, ból. Każde z nich walczyło osobno, ale myślały
razem. Tak samo powinni byli zrobić młodzi łowcy.
Thei zacisnął palce na włóczni i
przestał uciekać prosto. Zrobił coś głupiego, ryzykownego i dokładnie takiego,
za co ojciec pewnie rozbiłby mu potem czaszkę o najbliższy głaz. Albo, jeśli miałby
dobry humor, go pochwalił. Thei skręcił ostro w ścianę wąwozu, a samica rzuciła
się za nim.
Thei odbił stopą od niskiego
uskoku, wbił pazury dłoni w szczelinę między kamieniami i podciągnął się w
górę. Przez jeden fatalny moment wisiał bokiem, plecami do pyska bestii. Poczuł
gorący, cuchnący oddech na kręgosłupie.
Smugowiec skoczył. Thei puścił
się skały. Spadł, ale nie na ziemię. Spadł dokładnie tak, jak chciał – na psa.
Ciężar młodego Kiande uderzył w
kark samicy. Zwierzę zachwiało się, ale nie padło. Było zbyt silne. Thei zaklął,
kiedy twarda jak kamień sierść zdarła mu skórę z przedramienia. Wbił jedno
ostrze między płaty pancernej sierści, szukając miękkiego miejsca za łopatką,
ale samica szarpnęła się tak gwałtownie, że prawie go zrzuciła.
Prawie.
Thei objął jej szyję nogami,
pochylił się nisko i ryknął.
– Gu’the!
Gu’the wybiegł spod półki
skalnej, kulejąc przesadnie, z ręką przy boku, jakby był ranny mocniej niż
naprawdę był. Druga samica natychmiast ruszyła za nim. Thei widział to tylko
kątem oka, bo jego własny smugowiec próbował właśnie roztrzaskać go o ścianę
wąwozu. Kamień minął jego czaszkę o włos. Iskry posypały się z maski.
– Toyan! – ryknął Thei jeszcze
raz. – Do przewężenia!
– Jakiego, kurwa, przewężenia?!
Tu wszystko wygląda jak dupa kamiennego boga!
– Tego przed tobą!
– Trzeba było tak od razu!
Toyan rzucił się w stronę
węższej części wąwozu. Samiec smugowca pognał za nim. Był potężny, cięższy od
samic, a przez to mniej zwrotny. Każdy jego krok dudnił w ziemi. Kamienie
podskakiwały. Pył opadał ze ścian.
Thei teraz zobaczył, że mistrz Vay
wybrał to miejsce nieprzypadkowo. Wąwóz był prosty, ale nie równy. Kilkanaście
kroków dalej jedna ściana pękała pionową rysą, a druga miała niski, wystający
ząb skalny. Za wąski dla smugowca, jeśli wpadnie tam rozpędzony. Za wąski dla
trzech smugowców naraz.
Pułapka.
Thei zsunął się z grzbietu
samicy w tej samej chwili, w której zwierzę próbowało przygnieść go do skały.
Upadł ciężko na bok, przetoczył się i wbił włócznię w ziemię przed jej pyskiem.
Samica zahamowała, pazury zaryły w żwirze, a Thei wykorzystał sekundę
zawahania. Nie zaatakował. Cofnął się.
Pokazał jej gardło. Celowo. Wściekłość
błysnęła w oczach smugowca. Bestia rzuciła się na niego, a Thei uciekł ku
przewężeniu. Teraz wszystkie trzy zwierzęta gnały w tym samym kierunku.
Toyan pierwszy dopadł skalnego
zęba. Nie zatrzymał się. Wskoczył na niego, odbił się i zawisł na ścianie,
chwytając szczelinę nad głową. Samiec smugowca, rozpędzony i rozjuszony, nie
zdążył skręcić. Wpadł barkiem w występ skalny z hukiem tak mocnym, że cały
wąwóz odpowiedział głuchym pomrukiem.
Zwierzę nie padło, ale zwolniło –
a to, jak się okazało, wystarczyło.
Gu’the przebiegł pod ramieniem
Toyana, w ostatniej chwili uskakując przed swoją samicą. Rzucił w bok pętlę z
linki, zaczepił ją o wystający głaz i szarpnął całym ciężarem ciała. Linka
napięła się na wysokości przednich łap. Samica uderzyła w niego, potknęła się i
runęła pyskiem w żwir.
Thei został z ostatnią samicą, ze
swoją zwierzyną. Nie miał czasu, żeby się odwrócić. Usłyszał ją za plecami.
Pazury. Oddech. Szczęki. Rzucił włócznię do przodu, w stronę Toyana.
– Łap!
– Pojebało cię?! – wrzasnął Toyan,
ale złapał broń bezbłędnie.
Thei padł na kolana i przechylił
się do tyłu tak nisko, że grzbietem prawie dotknął ziemi. Smugowiec przeskoczył
nad nim. Przez ułamek sekundy Thei widział nad sobą brzuch bestii, twarde płaty
sierści, rozcapierzone łapy i paszczę rozwartą do ugryzienia, którego samica smugowca
nie zdążyła domknąć.
Potem Toyan wbił włócznię
poprzecznie między ściany przewężenia. Nie ostrzem w ciało. Barierą w pęd.
Samica uderzyła w nią piersią. Metal
wygiął się z jękiem, Toyan ryknął z wysiłku, Gu’the dopadł z boku i pomogła
zaprzeć broń. Thei poderwał się z ziemi, skoczył na grzbiet zwierzęcia i tym
razem nie próbował przebić pancernej sierści. Uderzył rękojeścią noża w
podstawę czaszki.
Raz. Drugi. Trzeci.
Samica zachwiała się, zawyła i
runęła na bok, ogłuszona, nie martwa. Przez chwilę wąwóz pełen był tylko
oddechów: ciężkich, wściekłych, zmęczonych, ale jeszcze żywych.
Samiec smugowca próbował się
podnieść, ale bark miał uszkodzony. Druga samica szarpała się w lince,
wściekła, z pyskiem całym w żwirze. Ta Theiego leżała na boku, drżąc, ale
oddychała.
Toyan zsunął się ze ściany i
opadł na kolana.
– Nienawidzę cię – wydyszał, wskazując
palcem na Theiego.
Thei odpiął z pasa drugą linkę i
rzucił ją Gu’the.
– Wiem.
– Nie, nie wiesz, zaprzeczył Toyan,
pochylając się nad samcem. – To jest głębo w moim sercu i duszy. To jest
czyste. To jest nienawiść, która przeżyje moje kości, moje szczenięta i mój dom.
Gu’the parsknął krótkim
śmiechem, choć krew spływała mu po łydce.
– Zamknij się i kończ to – westchnął
Thei.
Toyan prychnął, wyciągnął sztylet
z buta i wcisnął go głęboko w pysk samca. Po jego dłoni spłynęła krew, samiec zacharczał
i znieruchomiał. Thei i Gu’the zrobili podobnie z samicami.
Dopiero wtedy z góry dobiegł
spokojny głos.
– Skończyliście?
Cała trójka uniosła głowy. Vay
stał na półce skalnej nad nimi. Oczywiście. Bez zadrapania. Bez śladu
zmęczenia. Jakby cały czas spacerował sobie po bezpiecznej ścieżce i podziwiał
krajobraz.
Toyan powoli wstał. Bardzo
powoli.
– Proszę o przyzwolenie na swobodne
mówienie, mistrzu – powiedział.
Vay przechylił głowę. Był rozbawiony.
– Zezwalam – rzucił.
– Pierdolę ten trening, ciebie i
całą tą planetę – warknął Toyan.
Vay przez chwilę nie poruszył się.
Potem rozległ się jego radosny ryk.
– Przyjąłem – rzucił.
Gu’the prychnął. Thei też by się
zaśmiał, gdyby nie czuł właśnie, że całe lewe przedramię piecze jak zanurzone w
kwasie.
Vay zeskoczył z półki z
irytującą lekkością. Podszedł najpierw do smugowców, obejrzał ich czaszki,
potem ślady na ziemi, pęknięty występ skalny, wgniecenia po pazurach i miejsce,
gdzie Thei zrobił swój idiotyczny manewr ze ścianą. Przy tym ostatnim zatrzymał
się na dłużej.
– To było głupie – powiedział.
Thei zacisnął szczęki.
– Wiem.
– Mogła oderwać ci kręgosłup od
reszty ciała.
– Wiem.
– I było genialne. Dobra robota.
Thei spojrzał na niego
ostrożnie. Vay wskazał na ogłuszoną samicę.
– Wygrałeś. Nie dlatego, że
byłeś silniejszy. Nie byłeś. Nie dlatego, że byłeś szybszy. Nie byłeś.
Zadziałało, bo wreszcie zauważyłeś, że ona nie goni cię bezmyślnie.
Potem spojrzał na Toyana.
– Ty byłeś przynętą dźwiękową.
Toyan odsłonił kły.
– Bardzo użyteczną przynętą
dźwiękową – dodał radośnie Vay.
Veya przeszedł do Gu’the i bez
pytania obejrzał jego ranę.
– Płytka.
– Wiem.
– Udawanie głębszej było dobre.
Gu’the skinął głową, ale w jego
oczach błysnęła satysfakcja. Vay wyprostował się i dopiero wtedy jego głos
stwardniał.
– Zawaliliście podejście.
Daliście się wyczuć. Rozproszyliście się. Każde z was próbowało wygrać własną
walkę, zamiast polować jako grupa. Gdyby to nie były smugowce, tylko coś
jadowitego, coś większego albo coś, co potrafi wspinać się lepiej niż wy, trzech
młodych idiotów leżałoby teraz otwartych na kamieniach, a ja wróciłbym wcześniej
do domu.
Żadne z nich nie odpowiedziało. Nawet
Toyan. Vay kopnął lekko żwir przy śladach smugowców.
– Ale potem zrozumieliście.
Wykorzystaliście echo. Przewężenie. Różnicę masy między samcem a samicami.
Reakcję stada na ból. Użyliście siebie nawzajem.
Spojrzał na Theiego.
– To było dobre polowanie.
Thei poczuł, jak coś ciężkiego
opuszcza mu pierś. Nie duma. Jeszcze nie. Bardziej ulga, brudna i zmęczona. Toyan
za to splunął w bok.
– Następnym razem niech Gu’the będzie
przynętą dźwiękową.
Vay spojrzał na niego bez cienia
rozbawienia.
– Za dobrze wam poszło. Następnym
razem pójdziecie bez włóczni.
Wąwóz zamarł. Gu’the powoli
zamknął oczy, Thei westchnął, a Toyan uniósł ręce ku niebu.
– Pierdolę. Pierdolę takie
treningi!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz