4. smugowce



– Hej, hej. Hej!

Hult’ah syknął głośno, a jego wołanie zakończyło się nieprzyjemnym warkotem. Tylko warkotem, bo właściwie nie zabronił mi ani siąść na sobie, ani zabrać z rąk łyka, które obrał w połowie. Westchnął tylko, przewrócił oczami i oparł się znowu o pień drzewa, przy którym siedział.

W moich rękach kora łyka schodziła szybciej. Po chwili podałam Hul’ahowi jego kawałek, który łowca włożył sobie do ust, rzucając mi ponure spojrzenie.

– Powinnaś ćwiczyć – zauważył.

– Ty też – odpowiedziałam.

– Ja nie ważę jak zabin i dam radę podnieść tura – mruknął.

– Jesteś też głośny jak wypalarka do metalu i śmierdzisz tak samo – odpowiedziałam.

Hult’ah parsknął śmiechem, co u niego brzmiało jak warkot rozwścieczonego kota.

– Bogowie mi świadkiem, jesteś paskudna – westchnął, klepiąc mnie po udzie.

– Bogowie mi świadkiem, ty też – odparłam od razu.

Hult’ah prychnął, oparł głowę o pień za sobą i przymknął oczy. Był środek nocy, Puszcza żyła swoim życiem, a ja nawet nie chciałam iść ani polować, ani tropić. Usiadłam wygodniej bokiem na Hult’ahu i przytuliłam się do jego torsu. Łowca po chwili ułożył głowę na mojej głowie. Cichy pomruk przeszedł przez jego pierś, a te wibracje czułam niemal całym swoim ciałem.

– Hult’ah… – zaczęłam.

– Hm? – mruknął.

– Uwielbiam zapach metalu – wyznałam.

Łowca zaśmiał się cicho.

– Wiem – wyznał. – Ja ciebie też uwielbiam, paskudo.

Uśmiechnęłam się, przytuliłam go mocniej i przymknęłam oczy. Siedzieliśmy wysoko wśród koron drzew na gałęzi nie grubszej niż moja talia, ale właściwie na całej planecie to miejsce mogło okazać się tym najbezpieczniejszym i najlepszym dla mnie.

W końcu dokładnie tu był Hult’ah.

 

~ * ~

 

– Pierdolę, pierdolę takie treningi!

Głos Toyana niósł się po wąwozie jak grzmot. Thei myślał właściwie podobnie jak przyjaciel, ale on nie miał czasu na krzyki – jeden z ogromnych smugowców biegł za nim i młody Kiande czuł na karku jego śmierdzący zgnilizną oddech.

Smugowce były ogromnymi psami o sierści tak twardej, że wydawała się aż skamieniała. Nie miały trucizny, specjalnych właściwości, ale były szybkie, cholernie szybkie i zwykle uparte jak diabli. Polowały też w grupach po trzy lub cztery osobniki.

Młodzi yautja z grupy Theia trafili na niewielkie stado. Właściwie to Vay poprowadził ich idealnie tak, by na takową grupę drapieżników natrafili. Samica, prowadząca grupę, była młoda, ale zwinna. To właśnie ona ścigała Theiego. Samiec wybrał sobie na cel Toyana, a druga z samic – Gu’the.

– Kurwaaaaaa!

Toyan nie przestawał wyrażać swojego niezadowolenia. Nic dziwnego, samiec smugowca był zdecydowanie większy od samic i Thei kątem oka zobaczył, że jego szczęka zacisnęła się ledwo o cal od głowy Toyana.

To, że byli na Thurn, w wąwozach pełnych odłamków magnetytu, ołowiu i litu, w niczym nie pomagało. Mapy szalały, komunikacja nie działała i słychać było tylko co jakiś czas wściekłe szczeki zwierząt i krzyki Toyana.

Walka jeden na jednego ze smugowcami była męcząca, zwłaszcza że trójka młodych yautja całkowicie zawaliła podejście z zaskoczenia, psy zorientowały się w zasadzce i obróciły się przeciw prześladowcom.

Thei analizował teren, zastanawiał się, jak skoczyć za plecy przeciwnika, ale opcji wiele nie było. Wąwóz był gładki, skalisty i prosty. Fatalny do uciekania, dobry do pościgu.

Thei usłyszał za sobą szarpnięcie pazurów po kamieniu. Za blisko. Smugowiec nie warczał już nawet wściekle. Dyszał krótkimi, mokrymi seriami, jakby każdy oddech przeciągał przez zgniłe gardło. Młoda samica była szybka. Nie tylko szybka – mądra. Nie gnała prosto za nim jak głupie zwierzę. Spychała go w lewo, zawsze trochę w lewo, z dala od szerszej części wąwozu, ku miejscu, gdzie ściany zbliżały się do siebie i gdzie Thei nie miałby dość przestrzeni, żeby odwrócić się z włócznią.

Nie polowała na niego. Zaganiała go.

Ta myśl przyszła za późno i jednocześnie dokładnie wtedy, kiedy musiała.

Toyan zakrzyknął coś znowu z dala. Samica, ścigająca Kiande zastrzygła uszami i kłapnęła zębami przed sobą. Thei uskoczył przed pyskiem smugowca, gdy szczęki zacisnęły się w powietrzu tuż przy jego udzie. Poczuł szarpnięcie materiału na biodrze. Nie ból. Jeszcze nie. Tylko ostrzeżenie i zapewnienie, że będzie dzisiaj musiał zszyć trochę ubrań.

– Toyan! – ryknął.

– Czego?! – odwrzasnął Toyan z drugiego końca wąwozu. – Jak chcesz mi powiedzieć, żebym się uspokoił, to się, kurwa, odpierdol!

Samiec smugowca skoczył na niego tak gwałtownie, że Toyan musiał rzucić się bokiem na żwir. Zwierzę uderzyło łapami w miejsce, gdzie przed chwilą była jego klatka piersiowa, a kamień pękł pod ciężarem pazurów.

– Krzycz dalej! – wrzasnął Thei.

– Co?!

– Krzycz!

– Pierdolę twoje rozkazy!

Właśnie tak, pomyślał Thei. Krzycz, zwracaj uwagę i daj mi chwilę oddechu.

Toyan, nawet uciekając przed ogromnym, śmierdzącym psem, miał dość przytomności, żeby zrozumieć. Albo może po prostu był tak wściekły, że nie potrzebował rozumieć. Zaczął kląć jeszcze głośniej, miotając obelgi pod adresem Vaya, całego Thurn, treningów, przodków smugowców i samego pomysłu wychodzenia z domu.

Echo poniosło jego głos po wąwozie. Smugowce, na szczęście, zareagowały natychmiast.

Samica ścigająca Theiego zwolniła o ułamek oddechu. Nie było to dużo. Było to jednak wystarczająco. Jej ucho drgnęło w stronę Toyana. Druga samica, ta przy Gu’the, też odwróciła łeb, tylko na chwilę, ale Gu’the był szybki. Rzucił się pod wystającą półkę skalną, przeturlał po plecach i podciął zwierzęciu przednią łapę krótkim ostrzem. Nie głęboko. Wystarczająco, by pies zawył.

Thei wtedy zrozumiał drugą rzecz. Smugowce nie były tylko szybkie. One pilnowały siebie nawzajem. Stado reagowało na głos, zapach, ruch, ból. Każde z nich walczyło osobno, ale myślały razem. Tak samo powinni byli zrobić młodzi łowcy.

Thei zacisnął palce na włóczni i przestał uciekać prosto. Zrobił coś głupiego, ryzykownego i dokładnie takiego, za co ojciec pewnie rozbiłby mu potem czaszkę o najbliższy głaz. Albo, jeśli miałby dobry humor, go pochwalił. Thei skręcił ostro w ścianę wąwozu, a samica rzuciła się za nim.

Thei odbił stopą od niskiego uskoku, wbił pazury dłoni w szczelinę między kamieniami i podciągnął się w górę. Przez jeden fatalny moment wisiał bokiem, plecami do pyska bestii. Poczuł gorący, cuchnący oddech na kręgosłupie.

Smugowiec skoczył. Thei puścił się skały. Spadł, ale nie na ziemię. Spadł dokładnie tak, jak chciał – na psa.

Ciężar młodego Kiande uderzył w kark samicy. Zwierzę zachwiało się, ale nie padło. Było zbyt silne. Thei zaklął, kiedy twarda jak kamień sierść zdarła mu skórę z przedramienia. Wbił jedno ostrze między płaty pancernej sierści, szukając miękkiego miejsca za łopatką, ale samica szarpnęła się tak gwałtownie, że prawie go zrzuciła.

Prawie.

Thei objął jej szyję nogami, pochylił się nisko i ryknął.

– Gu’the!

Gu’the wybiegł spod półki skalnej, kulejąc przesadnie, z ręką przy boku, jakby był ranny mocniej niż naprawdę był. Druga samica natychmiast ruszyła za nim. Thei widział to tylko kątem oka, bo jego własny smugowiec próbował właśnie roztrzaskać go o ścianę wąwozu. Kamień minął jego czaszkę o włos. Iskry posypały się z maski.

– Toyan! – ryknął Thei jeszcze raz. – Do przewężenia!

– Jakiego, kurwa, przewężenia?! Tu wszystko wygląda jak dupa kamiennego boga!

– Tego przed tobą!

– Trzeba było tak od razu!

Toyan rzucił się w stronę węższej części wąwozu. Samiec smugowca pognał za nim. Był potężny, cięższy od samic, a przez to mniej zwrotny. Każdy jego krok dudnił w ziemi. Kamienie podskakiwały. Pył opadał ze ścian.

Thei teraz zobaczył, że mistrz Vay wybrał to miejsce nieprzypadkowo. Wąwóz był prosty, ale nie równy. Kilkanaście kroków dalej jedna ściana pękała pionową rysą, a druga miała niski, wystający ząb skalny. Za wąski dla smugowca, jeśli wpadnie tam rozpędzony. Za wąski dla trzech smugowców naraz.

Pułapka.

Thei zsunął się z grzbietu samicy w tej samej chwili, w której zwierzę próbowało przygnieść go do skały. Upadł ciężko na bok, przetoczył się i wbił włócznię w ziemię przed jej pyskiem. Samica zahamowała, pazury zaryły w żwirze, a Thei wykorzystał sekundę zawahania. Nie zaatakował. Cofnął się.

Pokazał jej gardło. Celowo. Wściekłość błysnęła w oczach smugowca. Bestia rzuciła się na niego, a Thei uciekł ku przewężeniu. Teraz wszystkie trzy zwierzęta gnały w tym samym kierunku.

Toyan pierwszy dopadł skalnego zęba. Nie zatrzymał się. Wskoczył na niego, odbił się i zawisł na ścianie, chwytając szczelinę nad głową. Samiec smugowca, rozpędzony i rozjuszony, nie zdążył skręcić. Wpadł barkiem w występ skalny z hukiem tak mocnym, że cały wąwóz odpowiedział głuchym pomrukiem.

Zwierzę nie padło, ale zwolniło – a to, jak się okazało, wystarczyło.

Gu’the przebiegł pod ramieniem Toyana, w ostatniej chwili uskakując przed swoją samicą. Rzucił w bok pętlę z linki, zaczepił ją o wystający głaz i szarpnął całym ciężarem ciała. Linka napięła się na wysokości przednich łap. Samica uderzyła w niego, potknęła się i runęła pyskiem w żwir.

Thei został z ostatnią samicą, ze swoją zwierzyną. Nie miał czasu, żeby się odwrócić. Usłyszał ją za plecami. Pazury. Oddech. Szczęki. Rzucił włócznię do przodu, w stronę Toyana.

– Łap!

– Pojebało cię?! – wrzasnął Toyan, ale złapał broń bezbłędnie.

Thei padł na kolana i przechylił się do tyłu tak nisko, że grzbietem prawie dotknął ziemi. Smugowiec przeskoczył nad nim. Przez ułamek sekundy Thei widział nad sobą brzuch bestii, twarde płaty sierści, rozcapierzone łapy i paszczę rozwartą do ugryzienia, którego samica smugowca nie zdążyła domknąć.

Potem Toyan wbił włócznię poprzecznie między ściany przewężenia. Nie ostrzem w ciało. Barierą w pęd.

Samica uderzyła w nią piersią. Metal wygiął się z jękiem, Toyan ryknął z wysiłku, Gu’the dopadł z boku i pomogła zaprzeć broń. Thei poderwał się z ziemi, skoczył na grzbiet zwierzęcia i tym razem nie próbował przebić pancernej sierści. Uderzył rękojeścią noża w podstawę czaszki.

Raz. Drugi. Trzeci.

Samica zachwiała się, zawyła i runęła na bok, ogłuszona, nie martwa. Przez chwilę wąwóz pełen był tylko oddechów: ciężkich, wściekłych, zmęczonych, ale jeszcze żywych.

Samiec smugowca próbował się podnieść, ale bark miał uszkodzony. Druga samica szarpała się w lince, wściekła, z pyskiem całym w żwirze. Ta Theiego leżała na boku, drżąc, ale oddychała.

Toyan zsunął się ze ściany i opadł na kolana.

– Nienawidzę cię – wydyszał, wskazując palcem na Theiego.

Thei odpiął z pasa drugą linkę i rzucił ją Gu’the.

– Wiem.

– Nie, nie wiesz, zaprzeczył Toyan, pochylając się nad samcem. – To jest głębo w moim sercu i duszy. To jest czyste. To jest nienawiść, która przeżyje moje kości, moje szczenięta i mój dom.

Gu’the parsknął krótkim śmiechem, choć krew spływała mu po łydce.

– Zamknij się i kończ to – westchnął Thei.

Toyan prychnął, wyciągnął sztylet z buta i wcisnął go głęboko w pysk samca. Po jego dłoni spłynęła krew, samiec zacharczał i znieruchomiał. Thei i Gu’the zrobili podobnie z samicami.

Dopiero wtedy z góry dobiegł spokojny głos.

– Skończyliście?

Cała trójka uniosła głowy. Vay stał na półce skalnej nad nimi. Oczywiście. Bez zadrapania. Bez śladu zmęczenia. Jakby cały czas spacerował sobie po bezpiecznej ścieżce i podziwiał krajobraz.

Toyan powoli wstał. Bardzo powoli.

– Proszę o przyzwolenie na swobodne mówienie, mistrzu – powiedział.

Vay przechylił głowę. Był rozbawiony.

– Zezwalam – rzucił.

– Pierdolę ten trening, ciebie i całą tą planetę – warknął Toyan.

Vay przez chwilę nie poruszył się. Potem rozległ się jego radosny ryk.

– Przyjąłem – rzucił.

Gu’the prychnął. Thei też by się zaśmiał, gdyby nie czuł właśnie, że całe lewe przedramię piecze jak zanurzone w kwasie.

Vay zeskoczył z półki z irytującą lekkością. Podszedł najpierw do smugowców, obejrzał ich czaszki, potem ślady na ziemi, pęknięty występ skalny, wgniecenia po pazurach i miejsce, gdzie Thei zrobił swój idiotyczny manewr ze ścianą. Przy tym ostatnim zatrzymał się na dłużej.

– To było głupie – powiedział.

Thei zacisnął szczęki.

– Wiem.

– Mogła oderwać ci kręgosłup od reszty ciała.

– Wiem.

– I było genialne. Dobra robota.

Thei spojrzał na niego ostrożnie. Vay wskazał na ogłuszoną samicę.

– Wygrałeś. Nie dlatego, że byłeś silniejszy. Nie byłeś. Nie dlatego, że byłeś szybszy. Nie byłeś. Zadziałało, bo wreszcie zauważyłeś, że ona nie goni cię bezmyślnie.

Potem spojrzał na Toyana.

– Ty byłeś przynętą dźwiękową.

Toyan odsłonił kły.

– Bardzo użyteczną przynętą dźwiękową – dodał radośnie Vay.

Veya przeszedł do Gu’the i bez pytania obejrzał jego ranę.

– Płytka.

– Wiem.

– Udawanie głębszej było dobre.

Gu’the skinął głową, ale w jego oczach błysnęła satysfakcja. Vay wyprostował się i dopiero wtedy jego głos stwardniał.

– Zawaliliście podejście. Daliście się wyczuć. Rozproszyliście się. Każde z was próbowało wygrać własną walkę, zamiast polować jako grupa. Gdyby to nie były smugowce, tylko coś jadowitego, coś większego albo coś, co potrafi wspinać się lepiej niż wy, trzech młodych idiotów leżałoby teraz otwartych na kamieniach, a ja wróciłbym wcześniej do domu.

Żadne z nich nie odpowiedziało. Nawet Toyan. Vay kopnął lekko żwir przy śladach smugowców.

– Ale potem zrozumieliście. Wykorzystaliście echo. Przewężenie. Różnicę masy między samcem a samicami. Reakcję stada na ból. Użyliście siebie nawzajem.

Spojrzał na Theiego.

– To było dobre polowanie.

Thei poczuł, jak coś ciężkiego opuszcza mu pierś. Nie duma. Jeszcze nie. Bardziej ulga, brudna i zmęczona. Toyan za to splunął w bok.

– Następnym razem niech Gu’the będzie przynętą dźwiękową.

Vay spojrzał na niego bez cienia rozbawienia.

– Za dobrze wam poszło. Następnym razem pójdziecie bez włóczni.

Wąwóz zamarł. Gu’the powoli zamknął oczy, Thei westchnął, a Toyan uniósł ręce ku niebu.

– Pierdolę. Pierdolę takie treningi!

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz