Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marie. Pokaż wszystkie posty

43. Zrujnowanie

 


- Marie!

Gdy otworzyłam oczy ponownie, nie słyszałam już ani Wilka, ani Owcy. Byli daleko, zbyt daleko, bym ich wyczuła lub usłyszała. Za to tuż obok znajdował się Viego, ze swoim przerażonym wzrokiem, mokrymi policzkami i drżącymi rękoma na moich policzkach.

- Marie!

- V-Viego?

- Oh, Marie! – Zrujnowany król przyciągnął mnie do siebie i wtulił mocno w swoje ciało. – Jesteś tu!

Oparłam się o niego, pozwalając mu na ten nagły wybuch czułości. I dopiero po chwili poczułam, że przestał już być taki zimny – wydawał się ciepły, czuły, bliski, jak jeszcze nigdy wcześniej.

- Marie… nic ci nie jest – westchnął. – Marie?

Uniosłam swoją dłoń i przyjrzałam się jej dokładnie. Była trupio blada i świeciła dziwną, zielonkawą, lekką poświatą. To światło… znałam je… takim samym blaskiem świeciły oczy Viego, gdy używał swojej przeklętej magii.

Mgła owinęła się wokół mnie i zrujnowanego króla. Była taka cicha, spokojna. Gdy sięgnęłam ku niej, bez problemu zanurzyłam w niej palce, łapiąc ciemne, lekkie pasma. Mgła nie była już taka ulotna. Czułam ją. Czułam jej magię i jej delikatny, czuły dotyk.

- V-Viego… - wyszeptałam zachwycona.

- Oh, Marie… - Jego głos był drżący i wyjątkowo smutny. – Marie… tak mi przykro, Marie…

Zerknęłam na niego zaskoczona. Przykro? Dlaczego miałoby mu być przykro.

- Viego… - zaczęłam cicho, układając dłoń na jego policzku. – Czy teraz mogę zostać z tobą?

Zrujnowany król zamrugał tylko oczyma, a po chwili zaśmiał się cicho i przymykając oczy, ułożył swoją dłoń na mojej, przytrzymując ją przy swojej twarzy.

- Szalona, głupia i naiwna szwaczka – jęknął. – Myślisz, że możesz robić, co ci się żywnie podoba, tak?

Pokiwałam tylko głową.

- Czy nie tego mnie uczyłeś, Viego? – zapytałam. – Brać to, czego chcę i robić to, co pragnę robić?

- Głupia szwaczka – skarcił mnie. – Bezczelna do tego. Śmiesz używać mojej własnej filozofii przeciw mnie?

Pokiwałam tylko głową, a Viego zaśmiał się ponownie. Gdy podniósł się, pomógł mi wstać. Czułam się dziwnie słabo i niepewnie, ale z każdą mijającą sekundą to wrażenie znikało.

- Czy wiesz, na co ty w ogóle się skazałaś, Marie? – zapytał mnie z troską, przytrzymując mnie przy sobie. – Czy w ogóle wiesz, co oznacza, że tu jesteś?

- Zostanę z tobą, prawda? A ty będziesz mógł zostać ze mną.

Viego uśmiechnął się i skinął głową.

- Z nas dwojga myślałem, że to ja jestem bardziej uparty – wyznał cicho – ale okazało się, że pokonała mnie niespełna rozumu szwaczka.

- Viego…

Mężczyzna zaśmiał się i przytulił się mocniej do mnie.

- Zostanę z tobą – wyszeptał. – Tak długo, jak będziesz tego chciała, Marie.

- Chcę na zawsze – odpowiedziałam. – Czy wieczność to odpowiedni czas?

Skinął głową.

- Niechaj zatem będzie i wieczność – wyszeptał. – Marie…

- Tak? – odpowiedziałam od razu.

Zrujnowany król pochylił się nade mną i czule ucałował mnie w usta. Przestał być tak zdystansowany – jego ciepłe ciało pełne było ułudnego życia i chęci, ochoty na odrobinę szczęścia i pragnienia niemożliwego. Ja też tego chciałam. Martwa, czy nie, szalona czy też zdrowa na umyśle… to nie miało znaczenia. Teraz w ramionach zrujnowanego króla w zrujnowanym świecie odnalazłam swoje wyjątkowe miejsce i wcale nie miałam zamiaru go opuszczać.


KONIEC

42. Mgła

 


- Marie!

Poczułam zimno, przyjemne, czułe zimno. Gdy otworzyłam oczy, sala wypełniona była mrokiem i złą, szepczącą Mgłą. Uśmiechnęłam się tylko. Tyle dni czekałam na to. Byłam niemalże gotowa uwierzyć, że to tak naprawdę był piękny, chociaż smutny sen.

Viego. W końcu wrócił.

- Marie…

Moje dłonie wylądowały w jego zimnych rękach. Słyszałam czyjeś głosy, krzyki i piski, ale niewiele mnie to interesowało. W tle widziałam kotłującą się wściekle Mgłę – pożerała coś, byłam tego pewna. To też nie miało najmniejszego znaczenia.

- Viego…

Uśmiechnęłam się, zaciskając mocniej palce na jego dłoni. Zrujnowany Król odpowiedział mi tym samym, smutnym uśmiechem.

- Oh, Marie – westchnął. – Głupia, kłopotliwa szwaczka.

- Viego, zostań – poprosiłam od razu. – Proszę… zosta…

- Cicho bądź, szwaczko – skarcił mnie tylko. – Nie mów nic, proszę, Marie.

Zamilkłam, chociaż tak bardzo pragnęłam go błagać o to, by został, by zabrał mnie z tego słonecznego Sudaro do mrocznego świata martwych, gdzie było Ostrze, gdzie była Mgła i gdzie był on, Zrujnowany Król zrujnowanego królestwa.

- Marie…

Joel. Moje serce ścisnęło się z bólu. Joel. Wciąż tutaj był ze swoim troskliwym głosem i czułym spojrzeniem. Poczułam, jak Viego przyciska mnie do siebie, zazdrośnie i mocno. Nie przeszkadzało mi to, na bogów!, kompletnie mi to nie przeszkadzało. Mimo tych czułych dni z Joelem, w ramionach Viego czułam niesamowity spokój.

- Miałeś ją chronić. – Głos zrujnowanego króla był wyjątkowo nieprzyjemny i chrapliwy, tak odmienny od tego tonu, jaki miał jeszcze kilka sekund wcześniej. – Miałeś ją chronić nawet za cenę własnego życia.

- J-ja…

Mgła uniosła się, sycząc wściekle. Widziałam ją już taką kilka razy i wiedziałam, do czego mogłaby być zdolna.

- Viego… - szepnęłam, unosząc dłoń. – Vi…ego…

Momentalnie zwrócił na mnie swoje spojrzenie i w jednej chwili te bezdenne, nieczułe oczy wypełniły się troską i ciepłem. Mgła opadła, zbliżając się ku mnie. Otoczyła mnie i Viego, przesuwając się z cichym, smutnym szeptem wokół naszych ciał.

- Marie… - szepnął cicho Viego.

- Zabierz mnie ze sobą – poprosiłam.

- Głupia i szalona szwaczka – odparł. – Nic ci nie będzie. Zamknij tylko oczy na chwilę, dobrze?

Posłusznie przymknęłam oczy, opierając się cała o Viego. Był zimny, tak niebywale zimny, ale jego uścisk był o wiele czulszy i przyjemniejszy, niż bym się kiedykolwiek tego spodziewała. Poczułam, jak Mgła unosi się wokoło nas, ciasnym kokonem przylegając do naszych ciał. Wiedziałam, co to oznacza… moje serce, chociaż teraz tak słabe, zabiło radośniej.

- Viego…

- Jeszcze chwilę, Marie – odpowiedział mi od razu. – Na Wyspach wciąż jest Źródło pod Bractwem Zmierzchu. Błogosławiona woda…

- Viego…

- … może cię uratować – ciągnął nieskładnie. – A potem… potem wrócisz…

- Viego…

Zrujnowany król zatrzymał się. Mgła opadła nieco, a ja otworzyłam swoje oczy. Viego patrzył przed siebie, a jego policzki były mokre od nieumarłych łez. Uniosłam nieco dłoń i dotknęłam jego szczęki. Na bladej skórze pozostał ślad czerwonej, jasnej krwi.

- Kocham cię – wyszeptałam cicho. – Do śmierci i ponad nią. Proszę. Nie zostawiaj mnie, Viego. Nie teraz.

- Nie potrafię, Marie – wyznał. – Nie potrafię pozwolić ci umrzeć.

- Potrafisz – wyszeptałam. – Jestem tutaj, gdzie tak naprawdę nie umiera nic. Viego…

Zrujnowany król nie odpowiedział. Ruszył przez siebie, przyciskając mnie do swojego ciała zazdrośnie i czule. Widziałam, jak duchy i upiory z Wysp Cienia zbierają się wokoło, przepuszczając jednak swojego króla bez cienia sprzeciwu.

Nie do końca wiedziałam, gdzie szedł Viego. Świat rozmazywał mi się przed oczyma, coraz ciężej było mi też oddychać i mieć otwarte oczy. Oparłam się o Viego, czując, jak jego zimno powoli znika. Im bliżej końca byłam, tym mniej ciepła miałam sama w sobie i tym mniejsza różnica temperatur była pomiędzy mną, a Viego.

- Marie, nie zasypiaj.

- Nie zasypiam – odpowiedziałam.

- Już niedaleko, Marie – zapewnił mnie. – Jeszcze trochę.

Świat zaczął ciemnieć mi przed oczyma, a Viego przyśpieszył kroku.

- Jeszcze trochę, Marie – zapewnił. – Jeszcze tylko chwilę.

Jego cichy głos dobiegał do mnie niczym zza grubej kotary. Chciałam go słuchać, ale nie miałam na to siły. Gdzieś w oddali usłyszałam za to głośne wycie i cichy śmiech. Wilk i Owca. Byli tak blisko…

- Jeszcze tylko trochę, Marie. Jeszcze… Marie!

Poczułam, jak ktoś wyrywa mnie z rąk Viego, jak warkot Wilka zbliża się wraz z delikatnym cichym śmiechem Owcy.

- Marie!

Głos Viego był taki przerażony, a ja… ja tak bardzo po prostu nie chciałam umierać.

 


41. Skrytobójca

 


- Marie. Wyglądasz pięknie. Nie denerwuj się, proszę.

Przełknęłam tylko ślinę, niepewna czy to, co robię, jest na pewno odpowiednie. Delegacja z Noxus złożona była z wysoko postawionych osób, szlachty, wojskowych i kupców. Przyjechali do króla Sudaro, spotkać się z arystokratami i bogatymi kupcami. Zwykła, naiwna i szalona szwaczka nie pasowała do tego. Nawet, jeśli Joel próbował podtrzymać mnie na duchu czułam, że to nieodpowiednie.

- Ja naprawdę nie powinnam… - spróbowałam jeszcze.

- Powinnaś – zaprzeczył szybko, mocniej ściskając moją dłoń. – Marie. Wszystko będzie w porządku.

Jego uśmiech sprawiał, że moje serce uspokajało się i, dotąd trzepoczące szaleńczo w klatce piersiowej, zaczęło bić spokojniej. Uśmiechnęłam się do Joela. Przy nim nic złego nie mogłoby mi się stać. Jego ciepło, uśmiech i czułość naprawdę mnie uspokajały.

Joel mocniej ścisnął moją dłoń i poprowadził mnie do wnętrza ogromnej jadalni. Sala była duża, może nie aż tak duża, jak sala balowa, ale imponowała zdobieniami i wyposażeniem. Posadzka ułożona była z kolorowych płytek, a ściany zdobiły przepiękne malowidła. Jeszcze piękniejsze freski znajdowały się na suficie. Środek sali zajmował solidny, dębowy stół, teraz przykryty śnieżnobiałym obrusem. Złota zastawa, kryształy i szklane wazony z kolorowymi kwiatami dopełniały reszty.

W sali znajdowała się już delegacja Noxusu. Joel zapewnił mnie, że nie ma tam ani Darkwilla, ani jego osławionego generała. Delegacja była ważna, ale według zapewnień Joela mogłam spokojnie mu w tym spotkaniu towarzyszyć.

Joel podszedł do noxiańskiej szlachty i kupców. Przywitał się z nimi i przedstawił mnie jak Marie, kompletnie pomijając jakiekolwiek tytuły czy wyjaśnienie mojego pochodzenia. Nim delegacja zapytała o to dziwaczne niedopatrzenie, Joel zaprosił wszystkich do stołu.

Usiadłam pomiędzy Joelem, u szczytu stołu. Po mojej prawej stronie siedział jeden z delegatów, brunet w średnim wieku z dziwnie zadziornym uśmiechem i niebezpiecznym błyskiem w oczach.

Służba ustawiła przed nami przystawki. Joel zadbał o to, bym nauczyła się pałacowej etykiety, sama też bardzo się do tego przyłożyłam, wiedząc, że będzie to kiedyś naprawdę potrzebne, w sytuacjach takich, jak ta teraz.

Joel szybko zajął się rozmową o handlu. Sudaro było niewielkim krajem, ale produkowaliśmy wysokiej jakości biżuterię, meble i tkaniny. Na sprzedaż nadawały się także produkty takie jak cukier, konopie i opium. Naszym głównym źródłem utrzymania był handel. Gdy bestie zniknęły z zatoki na nowo mogliśmy odżyć. Nowe szklaki handlowe i nowe umowy należało zatem utworzyć jak najszybciej, by znów uzyskać wysoki status na światowej arenie.

- Nie jesteś wysokiego rodu, prawda?

Zerknęłam płochliwie na noxiańczyka, który siedział obok mnie. Nie wydawał się być zniesmaczony, jego wzrok nie wyrażał też pogardy. Był zaciekawiony, zadziorny uśmiech wskazywał, że lubił prowokować, ale w jego oczach czaiło się coś dziwnego. Zło i szaleństwo, którego właściwie mogłam się bać.

- Mam na imię Talon – przedstawił się. – Zwykle zabijam wszystkich tych, których mi wskażą ci na górze w Noxus. A ty? Co zrobiłaś, że zawróciłaś w głowie samemu królowi?

Pokręciłam tylko głową, zapewne czerwona jak piwonia. Ten człowiek… był taki bezpośredni, dziwnie radosny, a do tego ewidentnie niebezpieczny. Mimo wszystko nie potrafiłam się go bać. Nawet, jeśli przyznał, że jest zabójcą, czułam, że nic złego mi nie zrobi.

Naiwna, głupia, szalona Marie…

- Wcale nie zawróciłam nikomu w głowie – odpowiedziałam cicho.

Talon zaśmiał się. Oczywiście, że mi nie uwierzył. Oczywiście, że miał rację.

- Co robisz na co dzień? – zapytał, niezrażony niczym.

- Ja… szyję – odpowiedziałam cicho. – Jestem szwaczką.

- Szwaczką? – zdziwił się. – Tak po prostu szwaczką?

Pokiwałam głową, spuszczając spojrzenie.

- To całkiem przyjemna robota, nie? – zapytał cichym, czułym tonem. – Spokojna. Coś bardziej uczciwego niż bycie zabójcą na zlecenie.

Zerknęłam ku niemu, niepewna jego słów i jego zachowania. Mówił tak szczerze… czułam, że nawet jeśli jest niebezpieczny, a jego aura jest niebezpieczna, to w głębi serca wcale nie jest taki groźny.

- Myślałem, że zaskarbiłaś sobie uwagę króla czymś zgoła innym – usprawiedliwił swoje wcześniejsze słowa. – Że jesteś szpiegiem albo… damą do towarzystwa. Ale szwaczka… musisz być nieprzyzwoicie urocza, że się tu znalazłaś, Marie.

Teraz ewidentnie byłam czerwona. Talon wydawał się z kolei wyjątkowo zadowolony z przebiegu rozmowy. Służba zabrała talerze z przystawkami i przyniosła pięknie pachnące danie główne.

- Skoro już wiem, że zawróciłaś w głowie królowi – ciągnął niczym niezrażony Talon. – powiedz mi, czy on tobie też siedzi w serduszku.

Nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć mężczyźnie. Czy kochałam Joela? Zdecydowanie. Czy jednak taka odpowiedź w pełni oddawałaby cały obraz sytuacji? Wątpiłam.

- Marie? – Talon uniósł w górę jedną brew, jednocześnie niczym dziecko grzebiąc w talerzu jednym widelcem.

Zaskakiwał mnie raz po raz. Ewidentnie znał etykietę wysokich sfer i ewidentnie nie miał najmniejszego zamiaru się nią przejmować. Jadł, zachowywał się i mówił to, co chciał. Nagle poczułam się wyjątkowo zazdrosna dla jego odwagi bycia po prostu sobą.

- Lubię go – odpowiedziałam cicho. – Bardzo.

- Tylko? – Talon uśmiechnął się lekko. – Ty jednak jesteś nieprzyzwoicie urocza, Marie.

- Ja wcale nie… - jęknęłam.

- Jesteś – przerwał mi od razu. – To byłoby naprawdę cudowne mieć kogoś tak miłego obok siebie. Szwaczkę, piekarkę albo nie wiem… kwiaciarkę.

- Nie masz nikogo? – zapytałam, zadowolona, że mogę zmienić tok rozmowy.

- Moja praca raczej temu nie sprzyja – wyznał. – Ani moje…

Talon przerwał w pół słowa, unosząc swoją głowę. Zerknął w prawo, a potem w lewo, szybko ogarniając spojrzeniem sporą część sali. W jednej chwili jego wzrok spochmurniał mocno, stał się też nieprzyjemnie uważny niczym u niebezpiecznego drapieżnika.

- Czy coś się… - zaczęłam.

Krzyknęłam krótko, gdy Talon wstał zwinnie niczym dym, łapiąc jednego ze służących i przyciskając go do stołu tuż przy mnie. Joel zerwał się i przyciągnął mnie mocniej do siebie. Służący charknął, szarpnął się, a z jego ręki wypadł krótki, mokry od zielonej mazi sztylet.

- Ładnie, ładnie – zamruczał Talon, uśmiechając się niechętnie. – Prawie ci się udało.

- Udało się – charknął służący.

Talon natychmiast uniósł spojrzenie i szybkim ruchem odtrącił trzymanego dotąd służącego na bok, tuż pod stopy biegnącego ku nam Adona. Spojrzenie Talona osiadło na mnie, potem uniosło się nieco – noxiańczyk ruszył, wyciągając zza pleców krótkie ostrza.

Jego ruchy były szybkie i bardzo zabójcze. Nim się obejrzałam, kolejny z zabójców leżał u moich i Joela stóp, brocząc krwią i charcząc. Wystający z jego szyi krótki, srebrny sztylet błyszczał niebezpiecznie w blasku świec.

Joel przycisnął mnie mocniej ku sobie. Wokoło zaczął się robić niesamowity ruch, chaos, przez który nie wiedziałam, co tak naprawdę się działo. Kątem oka widziałam Talona i żołnierzy Joela. Służba rozpierzchła się na boki, jednak kilka osób ruszyło z krzykiem ku nam.

Cały ten zamęt trwał naprawdę krótko. Nie minęła minuta, a wszyscy zabójcy byli martwi lub obezwładnieni. Mimo to trwałam przyciśnięta do Joela, przerażona całym zajściem. Nogi uginały się pode mną, gdy chaos nieco przycichł, adrenalina opadła i poczułam się wyjątkowo słabo.

- M-Marie…

Uniosłam spojrzenie i jak za mgłą zobaczyłam obok siebie Talona.

- Marie!

Gdzieś w oddali krzyknął Joel. Jęknęłam tylko, gdyż uczucie słabości spotęgowało się na tyle, że nie byłam w stanie utrzymać się na własnych nogach. Osunęłam się na ziemię, podtrzymywana przez ręce Joela.

- Marie…

Westchnęłam. Chciałam unieść dłoń, uspokoić i Joela, i Talona, ale nie potrafiłam. Zerknęłam na moje ręce – były pełne czerwonej, jasnej krwi. Jak przez mgłę zauważyłam krótki sztylet, lśniący niebezpieczne, umazany w zielonej, lepkiej cieczy. Tkwił w moim brzuchu, a spod niego wypływała moja własna krew.

Przymknęłam tylko oczy. Jakie to ironiczne… może ten świat nie jest stworzony dla szwaczek, które kochają się w królach? Być może…

 


40. Pałac

 


Każdy kolejny dzień wyglądał podobnie. Wstawałam rano, służki pomagały mi w toalecie i ubraniu się, a potem prowadziły mnie uśmiechnięte do jednej z jadalni lub na któryś z tarasów, gdzie czekał przy małym stoliku Joel. Jedliśmy razem śniadanie, rozmawialiśmy, a potem Joel spędzał niemal cały dzień na spotkaniach z ministrami, politykami i kupcami. Spotykaliśmy się na obiedzie lub, jeśli spraw wagi państwowej było naprawdę dużo, dopiero na kolacji.

W czasie wolnym mogłam robić, co chciałam. Nikt nie ograniczał mnie ani nie rugał, mogłam poruszać się swobodnie po całym Pałacu. Z początku towarzyszył mi Adon lub Zaton, ale szybko przyzwyczaiłam się do rozkładu korytarzy i sama potrafiłam odnaleźć dość dobrze w nich potrzebną mi drogę.

Joel nalegał, bym została w Pałacu. Zorganizował w jednym z pokoi warsztat, w którym mogłam swobodnie szyć. W pałacowych progach witały teraz zamożne panny i wysoko postawione szlachcianki, projektowałam więc i szyłam tylko dla nich. Joel w wolnych chwilach odwiedzał mnie, ewidentnie polubił przesiadywanie przy mnie w czasie, gdy szyłam.

Dzień za dniem coraz bardziej przyzwyczajałam się właśnie do takiego życia – spokojnego, wytrawnego i pełnego cichego splendoru. Joel coraz częściej namawiał mnie, bym uczestniczyła w balach i wystawnych obiadach, gdzie zawsze towarzyszyłam mu, stojąc lub siedząc u jego boku.

Mimo tego, że właściwie czułam się szczęśliwa, coś dziwnego od czasu do czasu ściskało moje serce i mroziło moją duszę. Joel był uroczy, kochany i wiedziałam, że z każdym dniem jesteśmy coraz bliżej siebie, a mimo to… tęskniłam, na bogów, tęskniłam tak mocno za czymś, co było martwe, przeklęte i dalekie.

Nocami siedziałam sama na łóżku i łkałam, mając nadzieję, że Viego przyjdzie, że wróci do mnie. Być może był blisko, a być może nie – nie wiedziałam tego. Nigdy, nieważne jak mocno łkałam, nie przychodził…

- Marie? Marie, znowu bujasz w obłokach, prawda?

Uniosłam swoje spojrzenie. Joel przyglądał mi się z uśmiechem, przechylając uroczo głowę na bok. Odpowiedziałam mu podobnym gestem, chociaż zapewne o wiele smutniejszym.

- Marie?...

- Panie mój? – zapytałam od razu.

Było piękne popołudnie i dziś wyjątkowo Joel nie miał żadnych spotkań. Siedzieliśmy w ogrodzie, ciesząc się ciepłym słońcem, świeżym powietrzem i pięknem kolorowych kwiatów.

- Marie, jutro wieczorem spotykamy się z delegacją z Noxus – zauważył Joel. – Czy zrobisz mi tę przyjemność i będziesz wtedy przy mnie?

Zerknęłam na niego zaskoczona. Tak, czasami towarzyszyłam mu w mało ważnych spotkaniach, ale po raz pierwszy Joel chciał mnie zabrać na coś, co miało naprawdę duże znaczenie nie tylko dla niego, ale i dla całego Sudaro.

- Czy jesteś tego pewien, mój panie? – zapytałam cicho. – Noxus może nie być… zadowolony z mojej obecności przy tobie.

- Marie, nawet tak nie mów. – Joel zrobił niezadowoloną minę. – Będę naprawdę szczęśliwy, jeśli będziesz ze mną. Proszę?

Skinęłam tylko głową z uśmiechem. Na większość próśb Joela reagowałam ostatnio tak samo – zgadzałam się, gdyż właśnie tak właściwie mogłam odwdzięczyć mu się za jego opiekę, dobroć i czułość.

- Dziękuję, Marie. – Joel wyciągnął do mnie rękę, a ja ujęłam ją po chwili. – Chciałabyś przejść się ze mną po ogrodzie przed kolacją?

Podniosłam się wraz z Joelem i ruszyłam wraz z nim wolno przez ogród. Właśnie w czasie takich chwil poznawałam go od tej jego zwyczajnej strony. Był dobrym królem, wspaniałomyślnym i współczującym, ale poza tym był też po prostu dobrym człowiekiem. Przy nim czułam się wyjątkowa. Przy nim byłam szczęśliwa.

Ale nie w pełni szczęśliwa, pomyślałam z goryczą. W pełni szczęśliwa nie myślałabym wciąż o zimnych dłoniach, martwych czułościach i jednym, przeklętym przez los i czas pocałunku. Nieważne, jak uroczy był Joel i jak dużo czasu przy nim spędzałam – koniec końców zawsze pojawiał się taki moment, że wracałam myślą ku Viego, ku tej postaci zrujnowanego władcy, którego, na bogów!, możliwe że pokochałam z całego swojego zlęknionego serca.

Taka mała, delikatna rzecz… ta miłość. Uczucie, przez które budowane i rujnowane były narody. Przez miłość wypłynęłam w nieznane, przez miłość obudziłam pradawne zło i przez miłość do tego zła chciałam wracać raz po raz.

Ocknęłam się z ponurych przemyśleń, gdy Joel narzucił mi na ramiona swój krótki płaszcz. Materiał wciąż był ciepły od jego ciała, miękki i przyjemnie pachnący dawał mi idealną ochronę przed zimnem wieczoru.

- Dziękuję – wyszeptałam.

- Wrócimy do Pałacu? – zapytał Joel.

- Ja… możemy jeszcze zostać? – zapytałam cicho.

- Oczywiście. Nie jest ci zimno, Marie?

- Nie, dziękuję – odparłam z uśmiechem.

Spacerowaliśmy jeszcze chwilę, rozmawiając o bardzo błahych sprawach. Dzięki takim właśnie rozmowom dowiedziałam się, jak bardzo uroczym i miłym człowiekiem jest Joel. W czasie tych rozmów, spacerów, obiadów, kolacji, śniadań i wspólnego czasu poznawałam go doskonale. W takich momentach czułam, że między nami rodzi się coś więcej.

Przypomniałam sobie, że dokładnie tak samo zbliżałam się do Viego – przez rozmowy, wspólne zaczepki, spędzanie czasu. W którym momencie go pokochałam? – nie miałam pojęcia.

W końcu spacer zabrał mnie i Joela do tej części ogrodu, po której spacerowałam też z Viego w czasie balu. Mocniej naciągnęłam na siebie płaszcz Joela. Wspomnienie o zimnym pocałunku i chłodnych dłoniach wywołało dreszcze.

- Marie?

- Nic mi nie jest – odpowiedziałam od razu. – Możemy usiąść?

Joel skinął głową i poprowadził mnie ku pierwszej ławeczce. Ze ściśniętym sercem zauważyłam, że nie tak dawno temu siedziałam dokładnie w tym miejscu podczas chłodnego wieczoru przy martwym królu.

- Marie…

Uniosłam swoje spojrzenie. Joel. Ten słodki, uroczy, kochany Joel. Wpatrywał się we mnie z lekkim uśmiechem i dziwnie niepewnym spojrzeniem. Widziałam już kiedyś takie oczy. Widziałam, chociaż nie potrafiłam sobie przypomnieć gdzie i u kogo.

- Ja… naprawdę… bardzo mi zależy na tobie, Marie.

- P-panie mój? – wyszeptałam.

Nie zaoponowałam, gdy Joel pochylił się ku mnie i gdy jego ciepłe wargi dotknęły moich ust. Przymknęłam oczy i poddałam się tej czułej pieszczocie. Chociaż czułam, że to punkt, z którego się już nie zawraca, chociaż moje serce wołało z tęsknotą za zapomnianym i dawnym, w tej chwili ciepło i życie wygrało.

I nawet jeśli było mi trochę smutno, to o wiele mocniej cieszyłam się z tego, co mnie spotykało.

 


39. Płacz

 


Joel zostawił mnie w ogromnej komnacie. Widziałam w jego oczach tę tęsknotę i ból, ale zrozumiał mnie i usłuchał, pozostawiając samą. Usiadłam na potężnym łóżku i ukryłam twarz w dłoniach, po raz kolejny wylewając z siebie swoje łzy. Gdzieś w środku mnie ściskało się wszystko nieprzyjemnie. Gdzieś w środku mnie coś znowu wyło z tęsknotą.

Dzisiejsze wydarzenia były przerażające. Joel uznał, że wstrząsnęły mną do głębi, bo jak inaczej wytłumaczyć ten cały płacz i żal? Nikt nie wiedział nic o martwym królu. Wszyscy uznawali, że sprowadziłam jedynie Zrujnowane Ostrze. A ja płakałam wciąż i wciąż za martwym królem martwego królestwa.

Oh, Viego! Jak mogłeś?! Jak mogłeś ulec głupiej, naiwnej szwaczce, oddając jej swój miecz, swoje umiejętności, swój czas? Gdybyś zostawił mnie wtedy, gdyby rozszarpały mnie upiory… wszystko byłoby inaczej.

- Jesteś naprawdę kłopotliwa, Marie…

Uniosłam spojrzenie i zamarłam. Mój marazm trwał jednak tylko sekundę, może dwie, a zaraz potem z jękiem dopadłam do Viego, wtulając się w jego martwe ramiona. Przerażająca, szepcząca Mgła ogarnęła mnie od razu, niczym czuły kochanek witający swoją ukochaną.

- Viego… - jęknęłam.

- Głupia, naiwna, szalona i kłopotliwa szwaczka – wymienił z lekkim uśmiechem. – Ile jeszcze określeń sobie przysposobisz, zanim zacznę doceniać coś dobrego w tobie, hm?

Załkałam ponownie, wtulona w jego tors. Jego skóra była blada i zimna, a jego uścisk twardy i surowy. A mimo to trwałam tu, ukojona martwą obecnością martwego władcy.

- Marie… jesteś w pałacu twojego ukochanego króla – wyszeptał cicho, układając mi ręce na policzku. – Czyż nie powinnaś być teraz z nim? Czemu znów płaczesz za przeklętym, martwym władcą?

- Ty jesteś moim królem, Viego – jęknęłam, łapiąc jego dłonie. – Proszę… nie zostawiaj mnie.

- Jestem martwy, Marie. – Jego zimny głos był pełen bólu i tęsknoty, a oczy wyrażały każde z jego niespełnionych, zakazanych pragnień. – A ty należysz wciąż do światła…

- Zabierz mnie ze sobą – poprosiłam.

- Nie.

- Viego…

- Nie, Marie – powtórzył, uśmiechając się smutno. – Nie potrafię. Nie umiem rozszarpać twojej duszy i spaczyć twego ciała, zrujnować cię do cna. Marie… nie potrafię cię skrzywdzić. I tak samo nie potrafi tego zrobić ani ta przeklęta Mgła, ani to Zrujnowane Ostrze.

Zrobiłam płaczliwą minę. Tak bardzo, bardzo nie chciałam, by Viego odchodził. Sam zrujnowany król zaśmiał się tylko i ostrożnie, czule ucałował mnie w czoło. Miał zimne usta, zimne i martwe, jak on cały. A jednak to wszystko podobało mi się o wiele mocniej, niż czułe gesty Joela. Marie! Czy już oszalałaś do cna?

- Marie, próbowałem odejść – przyznał z bólem. – Chciałem zostawić cię w twoim słonecznym, żywym świecie. Ale gdy tylko dziś zakrzyknęłaś z bólem… ta przeklęta Mgła powiedziała mi o wszystkim, a to Zrujnowane Ostrze kazało do ciebie biec. Jak mogłem odmówić, Marie?

- Więc nie odmawiaj też mi – poprosiłam. – Zostań ze mną.

Viego westchnął tylko i oparł swój podbródek o moją głowę. Mgła przyciskała nas do siebie tak mocno. Ona, podobnie jak ja, nie chciała, by kończyło się to w ten sposób, smutno i bez celu.

- Będę blisko – obiecał. – Ale nie będziesz nigdy moja, szwaczko. Jesteś w Pałacu swego ukochanego króla, Marie. Czyż nie tego pragnęłaś? Czy nie dlatego obudziłaś pradawne, zrujnowane zło?

Pokręciłam tylko głową. Nawet jeśli tego pragnęłam wtedy, wypływając w zdradliwe morze, to teraz moje marzenia były całkowicie inne.

- Czy możesz chociaż raz dać swemu ukochanemu królowi szansę? – zapytał cicho. – Jego troska o ciebie była ogromna. Zabrał cię tutaj. Nie powinnaś go odrzucać. On, jako król pięknego królestwa, nie może płakać i prosić o uwagę tak, jak ty, głupia i naiwna szwaczko.

Oh, Viego! Tak logicznym w szaleństwie możesz być tylko ty!

- Czy naprawdę mnie nie chcesz, Viego? – zapytałam z bólem.

Poczułam, jak drgnął i jak zamarł w jednej chwili. Zaraz jednak westchnął.

- Jestem martwym królem, szwaczko. Nie chcę i nie pragnę już niczego – wyznał powoli. – Ta szalona Mgła i to Zrujnowane Ostrze ukochały cię z głębi swego przekleństwa. I będą trwać przy tobie, ale ja nie jestem nimi.

Coś w moim sercu pękło, coś w mojej duszy rozdarło się na dwoje. Jego słowa, zimne jak on sam, bolały do głębi.

- Powinnaś odpocząć, Marie – zauważył, odsuwając się nieco. – I jutro spróbować być milsza dla swojego ukochanego króla. Hm?

Chciałam płakać, chciałam krzyczeć, ale milczałam z bólem. Viego ujął moją dłoń i poprowadził mnie do łóżka, po czym poczekał, aż wsunę się pod koc.

- Zostaniesz na noc? – zapytałam.

- Nie – odpowiedział. – Mam bardzo dużo pracy, Marie. Śpij. Jutro rano twój ukochany król będzie na ciebie czekał.

Wyciągnęłam do niego dłoń, ale nie dotknął jej. Skłonił się lekko z uśmiechem i odwrócił, chociaż Mgła syczała i kotłowała się obok niego w gniewie. Gdy zniknął, opuściłam rękę i opadłam na poduszkę, łkając po raz kolejny.


38. Napad

 


Zasłoniłam usta ręką. Dwóch mężczyzn przeszukiwało pracownię, wyrzucając z szafek i półek dosłownie każdą rzecz. Trzeci trzymał mnie za ramię, usadzając mocno na miejscu.

- Gdzie to jest? – warknął. – Gdzie jest Ostrze?!

Pokręciłam tylko przerażona głową. Mężczyzna mocniej zacisnął palce na moim ramieniu i szarpnął. Zabolało, pisnęłam więc.

- Mów!

Upadłam pod ścianą, gdy mężczyzna rzucił mnie tam w bardzo brutalnym geście. Dwóch pozostałych wciąż przeszukiwało każdy kąt i teraz ruszyli na zaplecze, do moich kwater, gdzie również po chwili usłyszałam stukot przedmiotów opadających na podłogę i trzask tłuczonego szkła.

Zwinęłam się przerażona pod ścianą. Tak bardzo się bałam. Viego odszedł, a wraz z nim jego Zrujnowane Ostrze. Lecz nawet jeśli miecz by tu był, nie chciałabym oddawać go złoczyńcom.

- Gdzie to jest?!

Krzyknęłam, gdy ręka mężczyzny wylądowała na moim policzku. Raz zapiekł i sprawił, że moje serce zamarło z przerażenia. Tak bardzo chciałam, by przestali, by odeszli, by ten koszmar w końcu się skończył. Tutaj, w blasku wieczornego słońca w środku pięknego Sudaro wśród szczęśliwych ludzi pragnęłam tylko, by wszystko wypełniło się Mgłą i by otoczyła mnie ta czuła, bezpieczna ciemność.

- Ty cholerna dzi-

Swoich słów mężczyzna nie dokończył. W jego piersi pojawiło się długie, lśniące zieloną, martwą mocą ostrze. Zbir westchnął, jęknął i zapadł się w sobie tak, jakby jego dusza uleciała w jednej chwili z jego ciała. I być może właśnie tak było – Mgła bowiem szarpnęła czymś półprzeźroczystym i pożarła to w jednej sekundzie.

Ciało mężczyzny głucho opadło na podłogę. Viego wyjął swój miecz z trupa i złym spojrzeniem ogarnął wbiegających z zaplecza dwóch mężczyzn.

- Ze wszystkich osób na świecie – zaczął zimnym tonem – wy musieliście atakować akurat szwaczkę. Głupcy.

To nie trwało długo. Dwa ciosy, dwie wydarte dusze, dwa upadające cicho ciała. Kilka sekund później pracownię ogarnął cicho szepczący mrok i krzyk zrujnowanego króla.

- V-Viego… - jęknęłam.

Martwy władca od razu się odwrócił i z cichym jękiem dopadł do mnie. Viego odłożył miecz na podłogę i ujął moją twarz.

- Marie…

Wypływająca z jego serca mgła ogarnęła mnie czule tak samo, jak dłonie zrujnowanego króla. Do moich oczu zaczęły napływać łzy, a po chwili dopadłam do Viego, mocno wtulając się w jego ramię i szlochając w panice. Ten cały pozorny spokój zniknął teraz w jednej chwili, pozostawiając tylko strach, ból i przerażenie. Viego westchnął i przycisnął mnie do siebie mocno.

- Marie… głupia, naiwna szwaczko, czemu ty zawsze musisz wpakować się w kłopoty, hm? – wymruczał. – Czyż twój martwy król nie powiedział ci, że musi odejść?

- Nie zostawiaj mnie – jęknęłam. – Viego… nie zostawiaj mnie!

- Gdzie jest Joel, Marie? – Viego odsunął mnie nieco od siebie i spojrzał w moje oczy. – Miał cię strzec. Miał zawsze być przy tobie.

- Chcę, żebyś ty był przy mnie – wyznałam z jękiem. – Viego…

Viego zamrugał zaskoczony oczyma. Chciał coś powiedzieć, już otwierał swoje usta, ale zamknął je i zerknął zły ku drzwiom. Wręczył mi, po raz kolejny, Zrujnowane Ostrze.

- V-Viego?...

- Powiedz im, że wróciło – wymruczał tylko, układając mi dłoń na policzku. – Że wróciło i zabiło każdego, kto chciał zrobić ci krzywdę, Marie.

- Ale… - jęknęłam.

Viego podniósł się nieco, ucałował mnie czule w czoło i zniknął we Mgle. Ciemność wycofała się z mojej pracowni w ostatniej chwili – drzwi gwałtownie otworzyły się i do środka wbiegło dwój zbrojnych z królewskiej straży.

- Panno Marie! – zawołał jeden z nich.

Przełknęłam tylko ślinę i mocniej zacisnęłam palce na Zrujnowanym Ostrzu. Migotało przepięknym, przeklętym blaskiem. Małe pasma Mgły wirowały przy rękojeści, owijając się też na moich palcach.

- Panno Marie, czy nic panience nie jest? – jeden ze zbrojnych klęknął obok mnie. – Panno Marie…

- N-nie – jęknęłam. – Nie, nic mi nie jest. Ja…

- Nasz pan już został powiadomiony. – Rycerz podał mi rękę. – Będzie tu za chwilę, panno Marie.

Podniosłam się z pomocą zbrojnego. Mężczyzna stał usłużnie tak, by zasłaniać mi widok trzech ciał. Miecz Viego ciążył mi nieznośnie w rękach. Oparłam go o warsztat, ale nie odeszłam. Nie chciałam. Ten miecz… był teraz jedynym, co łączyło mnie z martwym królem. Bardzo nie chciałam się go pozbywać, ani nawet odchodzić od niego na krok. Mgła owijała się wokół mej ręki, zazdrośnie ciągnąc mnie ku Ostrzu. Kompletnie mi to nie przeszkadzało.

Drugi zbrojny sprawdził każde z ciał. Gdy pierwszy, ten, który stał przy mnie, zerknął ku niemu, drugi pokręcił jedynie głową. Widziałam przerażenie w jego oczach. Zwłoki musiały nosić na sobie ślady upiornej magii, nie były zatem zbyt przyjemne do oglądania.

- Czy możemy poczekać na zewnątrz, panno Marie? – poprosił pierwszy ze zbrojnych czułym głosem.

Pokiwałam tylko głową, zaraz jednak się spięłam. Zrujnowane Ostrze. Było takie ciężkie… mimo to sięgnęłam po niego drżącą dłonią. Miecz jednak sam od siebie wyprostował się, okręcił się szybko i stanął na sztorc. Zbrojny cofnął się o krok – stal błysnęła o kilka centymetrów od jego twarzy.

- Wybacz – jęknęłam, opierając dłoń o zimne, martwe Ostrze. – Jest… bardzo nerwowy teraz.

Rycerz skinął tylko głową i wciąż osłaniając mi widok za sobą, wskazał ręką ku drzwiom. Ruszyłam tam powoli, a miecz, niczym dwumetrowe, cienkie, metalowe i przeklęte szczenię, ruszył za mną.

Na ulicy zebrało się nieco ludzi, jednak mały kordon zbrojnych trzymał ich z daleka od mojej pracowni. Zaczerwieniłam się zażenowana, czując, że wzrok wielu opadł właśnie na mnie. Zrujnowane Ostrze płynęło obok mnie, gdy jednak tylko stanęłam, zatrzymało się przede mną, zielonym blaskiem i pasmami czarnej Mgły odgradzając mnie od wszystkiego innego. Z westchnięciem oparłam się o miecz czołem. Wciąż byłam przerażona. Wciąż nie chciałam, by miecz znikał.

- Marie!

Odwróciłam głowę, gdy Joel zatrzymał konia, zeskoczył z siodła i podbiegł do mnie. Zrujnowane Ostrze błysnęło złowieszczo, a Mgła ogarnęła cały miecz, przez co król zatrzymał się w pół kroku. Jęknęłam i otoczyłam zrujnowaną broń rękoma.

- Proszę, nie teraz – wyszeptałam. – Nie bądź zły, proszę.

Miecz uspokoił się i przygasł. Dopiero gdy odsunęłam się od niego, Joel podszedł do mnie, tym razem wolniej i ostrożniej.

- Marie… czy nic ci nie jest?

- N-nie, panie mój – wyszeptałam, skłaniając się przed nim.

- Ostrze wróciło do ciebie – zauważył cicho. – Oh, Marie! Powinienem zabrać cię od razu do Pałacu!

Joel przyciągnął mnie do siebie i mocno wtulił w swoje ciało. Był taki ciepły, żywy, tak dramatycznie różny od Viego. Od lat marzyłam o takich chwilach, od lat z moją cichą miłością do niego wyobrażałam sobie dokładnie takie sytuacje. A dopiero od kilkunastu dni, gdy właśnie to, o czym marzyłam, mnie spotykało, ja chciałam trwać w totalnie innych, zimnym i martwych ramionach. Oh, Marie! Szalona, naiwna i głupia szwaczko!

- Zabiorę cię do Pałacu, Marie – zarządził Joel. – Tutaj jest dla ciebie zbyt niebezpiecznie, nawet jeśli… nawet jeśli Ostrze wróciło.

Miecz w odpowiedzi zabłysnął złowieszczo, ale Mgła nie podniosła się ani trochę. A ja stałam tam, zaszokowana, nierozumiejąca nic. Dlaczego Joel, pan całego Sudaro, ten, który mógłby mieć każdą kobietę dla siebie, chce mieć w swoim Pałacu jedynie naiwną i głupią szwaczkę? Dlaczego znów ponawiał tą dziwną, przeczącą wszelkim prawom prośbę?

- Czy mamy zabrać jakieś twoje rzeczy, Marie? – Joel spojrzał na mnie ciepłym, zatroskanym spojrzeniem. – Wolałbym, abyś nie wchodziła teraz do swojej pracowni. Możemy wrócić jutro po rzeczy, Marie?

- J-ja…

Tuż obok mnie Ostrze zamigotało kolejny raz, Mgła podniosła się i broń, nagle, zniknęła. Jęknęłam tylko, łapiąc powietrze w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowało się Ostrze.

- Marie…

Zaszlochałam, przerażona dzisiejszymi wydarzeniami, przerażona tym, że Ostrze zniknęło, a wraz z nim – możliwe, że zniknął z mojego życia mój martwy, zrujnowany król. Joel westchnął i przytulił mnie po raz kolejny, ale jego ciepło, mimo że tak przyjemne i czułe, nie potrafiło mnie ukoić.

- Już w porządku, Marie – wyszeptał. – Zostaniesz ze mną. Nie pozwolę cię skrzywdzić, Marie. Już nigdy więcej nikt cię nie skrzywdzi, Marie.

 


37. Ożywienie

 


Słodka bułka pachniała owocowym nadzieniem i była na tyle gorąca, że przyjemnie rozgrzewała moje palce. Joel kupił dwie sztuki tego cudownego przysmaku – druga bułka tkwiła w jego rękach. Oboje siedzieliśmy na ławce w parku przy rynku, ciesząc się słońcem, świeżym powietrzem i własnym towarzystwem.

Park był piękny. Soczysta zieleń mamiła oczy, drzewa szumiały przyjemnie, kwiaty pachniały niesamowicie. Park był klejnotem miasta, wiedziałam, że Joel bardzo dba o to, by prezentował się nie gorzej, niż królewskie ogrody. Z terenu chętnie korzystali mieszkańcy, latem wylegując się na ścinanym trawniku, zimą przechadzając się odśnieżonymi ścieżkami lub, tak jak my teraz, siedząc na jednej z setek ławeczek.

Joel wydawał się szczęśliwy. Opowiadał mi o tym, jak bardzo rozwinął się handel, dzięki temu, że zatoka znów była bezpieczna. Mówił, że sprowadziło się do Sudaro wielu artystów i architektów, że pieniądze znów zaczęły płynąć i że na nowo stać nas na inwestycje, które były niemożliwe z wciąż nękającymi nas bestiami.

- Wiem, że mówiłem to wiele razy, Marie – zaczął Joel – ale jestem ci naprawdę wdzięczny, że sprowadziłaś Ostrze.

Uśmiechnęłam się tylko na jego słowa. Gdyby wiedział, że nie tylko Ostrze przybyło wraz ze mną…

- Nie widziałam Ostrza w twojej pracowni – zauważył Joel.

- Ono… zniknęło – wyznałam. – Nie wiem jak, ani gdzie. Po prostu… odszedł.

- Oh. – Joel westchnął cicho. – Myślisz, że wróciło do swojego właściciela? Do zrujnowanego króla?

Moje serce zmroziło się nieprzyjemnie. Nie… nie wróciło. Ostrze zawsze było z Viego. Viego odszedł. Ostrze wraz z nim.

- Nie wiem – odpowiedziałam. – Może nigdy się nie dowiem.

Joel zaśmiał się tylko lekko. Dla niego te słowa nie miały większego znaczenia. Mnie wciąż niesamowicie bolały, przepełniając smutkiem i tęsknotą. Viego zniknął nie tak dawno temu, a ja tęskniłam za nim, na bogów!, tęskniłam za nim tak bardzo, bardzo mocno.

- Może to i lepiej – zauważył Joel. – Jeszcze ten szalony, zrujnowany król wróciłby po Ostrze. I zabrał cię ze sobą.

Spuściłam tylko głowę, mocniej zaciskając palce na słodkiej bułce. Chciałabym… szalona, czy nie, chciałabym, aby Viego wrócił i zabrał mnie ze sobą tam, gdzie tylko zapragnął.

Oh, Marie! Siedzisz tutaj w słonecznym Sudaro tuż obok swojego ukochanego króla, a jedyne, o czym myślisz, to martwy, przeklęty i zrujnowany wkładca, który należy do całkiem innego, ciemnego świata i który zostawił cię tutaj, wśród żywych. Powinnaś przestać. Tak, jak mówił Viego i tak jak radził Uma. Powinnaś przestać.

- Marie? Wszystko w porządku?

Spojrzałam na Joela i uśmiechnęłam się lekko. Nie był to ciepły uśmiech, ale wiedziałam, że nie jest już tak beznadziejnie smutny, jak ten, który pokazałam królowi jeszcze nie tak dawno temu.

- Tak - odpowiedziałam. – Wszystko w porządku.

Joel odpowiedział mi uśmiechem, ciepłym i serdecznym. Ten gest rozgrzewał moje zmartwione serce i o dziwo pomagał mi się uspokoić. Joel… był taki cudowny. Szczery, troskliwy i czuły. A ja wciąż byłam w nim tak bardzo, bardzo zakochana. Prawda?

Odwróciłam od niego swoje zawstydzone spojrzenie, chowając też czerwone policzki. Joel nie zauważył tego, albo po prostu usłużnie zignorował ten fakt. Na ławeczce siedzieliśmy sami, ale widziałam, że straż przyboczna Joela, w tym również Zaton i Adon, są niedaleko, gotowi na każde skinienie króla, gotowi bronić go przed każdym niebezpieczeństwem.

Dalsza rozmowa była już o wiele mniej poważna, lekka i przyjemniejsza. Skończyliśmy swoje bułki. W sam raz – zaczynał się wieczorny chłód.

- Marie…

- Tak?

Natychmiast uniosłam spojrzenie. Joel wydawał się niepewny, lekko zdenerwowany. To nie było dla niego naturalne, przynajmniej nie w porównaniu z  ostatnimi jego rozmowami, jego pewnością i radością.

- Marie, ja… właściwie… chciałem…

- Tak?...

- Czy chciałabyś zamieszkać ze mną w Pałacu?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Nie wiedziałam nawet, co myśleć. Joel… ja… dlaczego on o to w ogóle pytał?

- Marie, ja… zależy mi na tobie. Bardzo. Za bardzo, żebym tak po prostu to zostawił. Proszę. Zamieszkaj ze mną w Pałacu.

Otworzyłam usta, ale właściwie nie potrafiłam odpowiedzieć Joelowi. Wciąż próbowałam przeanalizować jego prośbę. Wciąż nie wierzyłam, że dokładnie o to mu chodzi, że chce, żebym naprawdę zamieszkała z nim w jego pięknym Pałacu. Oh, Marie… szalona, szalona, szalona Marie! Czyżbyś w końcu spełniła swoje sny? Czemu zatem tak ciężko jest ci się na nie zgodzić, co?

Moje serce ścisnęło się z bólu i tęsknoty. Wiedziałam, dlaczego. Oh, wiedziałam, wiedziałam idealnie! Głupiutka, naiwna, szalona szwaczka, zakochana w królu, który nigdy, przenigdy nie będzie należał do mnie.

- Marie?...

- J-ja… ja jeszcze nie mogę – wydusiłam z siebie. – Czy możemy… mogę… jeszcze jakiś czas? Potrzebuję… jeszcze czasu.

Joel skinął głową, ale widziałam w jego oczach, jaki ból sprawiają mu te słowa. Uśmiechnął się jednak ciepło do mnie. Czyżby… może on naprawdę chce ze mną… skoro jest w stanie poczekać, skoro rozumie moje słowa.

- Czy mogę odprowadzić cię do pracowni, Marie?

Skinęłam głową, Joel wstał, a ja podniosłam się za nim. Wolnym krokiem wróciliśmy do pracowni. Pod drzwiami skłoniłam się Joelowi, a król uśmiechnął się do mnie ciepło. Dołączyli do niego żołnierze jeszcze nim zniknął za rogiem rynku.

Weszłam do pracowni i zamknęłam za sobą drzwi. Oparłam się o nie z dziwnie trzepoczącym sercem. Oh, Marie! Czyżbyś naprawdę osiągnęła dokładnie to, czego chciałaś?

Do drzwi ktoś zapukał. Otworzyłam je od razu, myśląc, że to Joel lub Uma. Szybko jednak dowiedziałam się, że nie, to nie jest żaden z nich – przed drzwiami stało bowiem trzech niezbyt przyjaźnie wyglądających mężczyzn.

 


36. Smutek

 


Wieczór był cichy. Głosy z rynku, śpiewy, rozmowy i śmiech docierały do mnie niczym zza grubej kotary, Siedziałam w wygodnym fotelu w pracowni i chociaż było ciepło, otaczałam się szalem i rękoma, drżąc z niespokojnego szlochu.

Nie wiem nawet, ile czasu minęło od balu. Dni i noce wydawały mi się takie same, nieskończenie smutne i żałosne. Czasami ktoś pukał do drzwi, jednak cisza i mój bezruch sprawiały, że ludzie odchodzili zniechęceni. Trwałam więc tak samotnie, oczekując, aż Viego powróci, aż Mgła mnie ogarnie, aż gdzieś obok zabłyśnie Ostrze, aż stanie się niemożliwe.

- Marie? Jesteś tam, Marie?

Uniosłam nieco głowę. Uma Jan. Jego zatroskany głos przebijał się przez grubą kotarę mojej niechęci i bezruchu.

- Marie?...

Odetchnęłam, otarłam przyschnięte łzy i podeszłam do drzwi. Otworzyłam je i stanęłam w nich niemrawo, otaczając własne ramiona rękoma i wpatrując się beznamiętnie w ziemię przed sobą.

- Boże mój, Marie… - jęknął Uma. – Co się stało?

Pokręciłam tylko głową. Na jego pytanie momentalnie coś mocno ścisnęło się w środku mnie. Przeżywanie tego, że Viego odszedł było trudne, nie mniej trudne było jednak to, by o tym opowiedzieć komuś na głos.

- Oh, Marie! – Uma Jan wprowadził mnie do środka i zamknął za sobą drzwi. – Ludzie mówili, że warsztat jest zamknięty, ale nie myślałem, że jest tak źle. Maleńka…

Zacisnęłam mocniej zęby, starając się też powstrzymać łzy. Uma usadził mnie w jednym z foteli i sam usiadł w drugim, pochylając się nieco ku mnie.

- Co się stało, Marie?

Chciałam otworzyć usta, ale nie potrafiłam. Skuliłam się, ukryłam twarz w dłoniach i załkałam. Usłyszałam jak Uma wzdycha, a po chwili przygarnia mnie ku sobie. W jego silnym, niedźwiedzim uścisku płakałam dość długo. Przyniosło to ulgę, niewielką, ale na tyle dużą, że w końcu odsunęłam się, otarłam łzy i odetchnęłam.

- Marie… - Uma Jan spojrzał na mnie z dziwnie cierpiętniczą miną. – Coś stało się na balu? Ktoś zrobił ci przykrość?

Pokręciłam głową. Nie bardzo wiedziałam od czego zacząć opowieść. Tak długo ukrywałam prawdę o tym, co stało się na Wyspach i o tym, jak naprawdę wyglądała obrona Sudaro przed bestiami. Czy zdołam teraz po prostu o tym opowiedzieć?

- Chodzi o tego chłopaka? – Uma złapał moją dłoń i ścisnął ją lekko.

Skinęłam tylko głową. Nie… Umie nie mogłabym tak po prostu skłamać w oczy.

- Odszedł? – Głos Umy był spokojny, ale wyjątkowo smutny.

Pokiwałam głową i przełknęłam ślinę, znów czując, jak do oczu wciskają mi się łzy.

-Co się stało, Marie?

-U-uma… - jęknęłam. – Ja… i on…

Zamilkłam, mocniej ściskając jego dłoń. Uma westchnął jedynie i uśmiechnął się lekko.

- Opowiedz mi wszystko, dobrze, Marie?

Odetchnęłam i wyprostowałam się, ścierając spod oczu nikłe łzy.

- Ja… właściwie to… nie pokonałam bestii, Uma…

- Co ty mówisz, Marie. – Uma uśmiechnął się ciepło. – Przecież sprowadziłaś Ostrze, wiedzieliśmy wszyscy.

- Tak, ale… właściwie to… sprowadziłam Zrujnowanego Króla. A Ostrze… Ostrze było razem z nim. I to on pokonał bestie.

- Zrujnowanego Króla?

Skinęłam głową. Uma Jan wyprostował się, a jego spojrzenie było wyjątkowo zaskoczone.

- Marie… Zrujnowany Król przybył tu z tobą? Tak po prostu?

-Wcale nie jest taki zły - zauważyłam. – Jest czasami roztrzepany i zadziorny. I… nie wiem czemu mi pomagał, ale gdy bestie zaatakowały port, ruszył naprzeciw nim bez wahania.

- Mówisz o nim, jakby…- Uma przerwał w pół zdania, a potem westchnął tylko ciężko. – Oh…

- Nie chciałam, żeby odchodził – wyszeptałam, łamiącym się głosem. -Powiedział, że… że nie może tu zostać. Że jest martwy. A ja żywa. I… i…

- Oh, Marie. – Uma przygarnął mnie do siebie, gdy znów zaczęłam płakać. – Dziecinko… tak mi przykro.

Zacisnęłam mocniej palce na ramionach Umy. Mężczyzna pozwolił mi płakać tak długo, jak tego potrzebowałam, a gdy znów się uspokoiłam, zaczął cichym głosem:

- Marie… martwi nie powinni chodzić wśród żywych, wiesz o tym. Twój Zrujnowany Król miał rację. Wiem, że jest ci przykro, ale… jesteś żywa. Twoje miejsce jest wśród żywych.

Spuściłam tylko głowę. Oczywiście, że zarówno Viego, jak i Uma mieli rację. Wcale nie znaczyło to, że było mi lżej z odejściem zrujnowanego władcy.

- Bardzo ci na nim zależało, Marie?

- Bardzo – odpowiedziałam.

Uma westchnął tylko i uśmiechnął się lekko.

- Oh, Marie… ty faktycznie lubisz kłopoty, czyż nie?

Nie odpowiedziałam. Było mi ciężko z powodu odejścia Viego, ale teraz, po rozmowie z Umą też żal i smutek powoli zaczynały zamieniać się w zrozumienie.

- Zostanę z tobą dzisiaj, dobrze? Lepiej, żebyś nie była sama.

Pokiwałam tylko głową. Nim jednak Uma lub ja zdążyliśmy zrobić cokolwiek, do drzwi ktoś zapukał. Uma zerknął na mnie i podniósł się, pojednawczo wyciągając ku mnie dłonie.

- Zajmę się tym – powiedział z uśmiechem.

Pozwoliłam mu podejść do drzwi i otworzyć je. W tym czasie otarłam spod oczu nikle łzy i wygładziłam swoją suknię. Słyszałam, jak Uma Jan mówi coś cicho, ale właściwie nie chciałam nadmiernie interesować się tym, kto przyszedł i po co. Nie, dopóki nie usłyszałam tych kilku słów, które padły z ust tak szczególnej mi osoby:

- Czy nawet ze swoim królem nie chce się spotkać? Naprawdę?

Moje serce zadrżało niczym obudzony nagle w swej klatce ptak. Joel. Joel był przy drzwiach. Był tam, chociaż nie miałam zielonego pojęcia, dlaczego…

Usłyszałam, jak Uma Jan coś odpowiada, spokojnym, cichym głosem. Odetchnęłam i podeszłam do niego, po czym skłoniłam się nisko przed Joelem. Król naprawdę tam był. Miał niespokojne spojrzenie, zmartwioną minę i nieco nerwowe ruchy.

- Marie! – zawołał, gdy tylko pojawiłam się przy drzwiach. – Czy nic ci nie jest?

- N-nie, panie… - odparłam nieco zaszokowana jego obecnością i tym dziwnym zainteresowaniem.

- Adon mówił, że kompletnie nie mógł się z tobą skontaktować. – Joel wyminął w drzwiach niezadowolonego i zbitego z tropu Umę i stanął przede mną, delikatnie kładąc ręce na moich ramionach. – Po balu myślałem, że… - Joel zaciął się i dopiero po dłuższej chwili podjął na nowo: - Ale jesteś tutaj! Marie…

Nie odpowiedziałam, autentycznie zaszokowana już nie tylko pojawieniem się Joela, ale również tym, że władca był tak wylewny i tak dziwnie emocjonalny. Za jego plecami stał Adon i Zaton. Obaj uśmiechnęli się tylko do mnie pokrzepiająco, a Adon dodatkowo zerknął ku Umie i wskazał mu drzwi i ulicę za sobą. Jan nie sprzeciwiał się o dziwo temu gestowi. Krótko skłoniwszy się przed królem, wyszedł wraz z dwoma żołnierzami, pozostawiając w pracowni mnie i Joela samych.

- Myślałem… że wyjechałaś, Marie.

- Wyjechałam? – zdziwiłam się. – Ale… gdzie?

- Do… Camavoru? Właściwie… nie wiem…

Na wspomnienie o utraconym kraju zrujnowanego króla coś w środku mnie załkało smutno. Nie! Nie mogę znowu zacząć płakać, nie przed Joelem. Oh, Marie! Uspokój się, proszę!

- Jestem tutaj – wyznałam smutno, uśmiechając się jednak lekko.

- To dobrze, Marie. – Uśmiech Joela był ciepły i szczery. – Wyglądasz blado. Jadłaś dziś cokolwiek? Może chcesz wyjść? Jest piękna pogoda, idealna na spacer…

Mechaniczne skinęłam głową, nie bardzo jednak pojmując, dlaczego Joel wspomina o pogodzie, spacerach i jedzeniu. Król jednak nie przejmował się moją markotnością – zadowolony z mojej zgody złapał mnie za dłonie i wyprowadził na zaludniony rynek, w samo serce słonecznego, pięknego Sudaro.

 


35. Niezrozumienie


Poranek tuż po balu przyszedł szybciej, niż bym się tego spodziewała – w Pałacu z Viego spędziliśmy dużo czasu, zrujnowany król zabrał mnie stamtąd dopiero, gdy niemal zaczęło świtać. Odprowadził mnie do warsztatu i dopiero tam zniknęła ta ułuda tego, że jest żywy – martwe oczy wypełniły się martwą magią Wysp Cienia, bladość jego skóry stała się idealnie widoczna, a Mgła uniosła się i ogarnęła go całego tak samo zresztą, jak i mnie.

- Viego? – zaczęłam cicho, gdy stał tak nieruchomo dość długo.

- Dobrze się bawiłaś, Marie? – zapytał, otrząsając się z dziwnego marazmu.

- Tak – odpowiedziałam, uśmiechając się. – Dziękuję, Viego.

Zrujnowany król odpowiedział mi uśmiechem, ale gest wydawał się smutny. W oczach Viego nie widziałam też zwykłej mu radości i zadziorności. Władca martwego świata martwił się czymś, a jego widok sprawiał, że moje serce pękało na pół z dziwnego bólu.

- Viego? – położyłam dłoń na jego ramieniu. – Wszystko w porządku?

Zrujnowany król skinął głową, ale jego uśmiech przybladł. Coś dręczyło go, jednak nie chciał o tym opowiadać.

Zrobiło mi się zimno. Czy stan zrujnowanego władcy był wynikiem tego jednego, nagłego wybuchu namiętności, któremu i Viego, i ja poddaliśmy się wtedy w ogrodzie? Było mi wtedy tak przyjemnie… Viego widocznie to dręczyło, mimo że w Pałacu nie pokazał niczego po sobie.

- Już późno, Marie – zauważył. – A raczej bardzo wcześnie. Powinnaś odpocząć chwilę, przespać się trochę. Dobrze?

Pokiwałam głową.

- Co z tobą? – zapytałam.

- Nie potrzebuje snu, głupia szwaczko – zaśmiał się, tym razem jednak jego uśmiech był zadziorny i uroczy. – Poczytam trochę.

Pokiwałam głową i zniknęłam na tyłach warsztatu, pozostawiając Viego samego. Zaczynało świtać, a ja czułam się szczęśliwa i jednocześnie bardzo, bardzo zmęczona. Ściągnęłam z siebie suknię, a Mgła, która wciąż wiła się między materiałami, zaszczebiotała cicho. Wyciągnęłam ku niej ręce, a pasma od razu owinęły się wokół moich palców. Przycisnęłam je do siebie z czułością.

- Zostań ze mną – poprosiłam cicho. – Ty, Ostrze i… Viego. Proszę.

Mgła mocniej przylgnęła do mnie, jakby chciała pokazać, że absolutnie nie chce mnie opuszczać. Uśmiechnęłam się i ułożyłam w łóżku, a Mgła wciąż przepływała wokoło mnie, szepcząc mi swoje szalone pieśni.

Obudziłam się kilka godzin później. Słońce było już wysoko, ciepłe promienie wpadały do mojej sypialni, ogrzewając moja twarz i ręce. Podniosłam się i przetarłam oczy, rozglądając niemrawo wokoło.

Suknia, w której byłam na balu, leżała tam, gdzie ją zostawiłam, jednak wydawała się teraz wyblakła, pozbawiona blasku, który zapewniała jej Mgła. Mgły też nigdzie nie było widać. W moim sercu zrodziła się niepewność, coraz bardziej ogarniając mnie całą.

Wyskoczyłam z łóżka i ubrałam się szybko. Spięłam włosy i odetchnęłam. Nie, wszystko jest w porządku. Zaraz przekonasz się, że wszystko jest w porządku, głupia szwaczko.

Z drżącym, przerażonym nie wiedzieć czemu sercem wkroczyłam do warsztatu. Było tu cicho, ale o wiele mniej słonecznie niż w sypialni, mimo że warsztat miał o wiele większe okna. Odetchnęłam. Zimno i ciemność wskazywały, że ani Viego, ani Mgła nie zniknęli.

- Odpoczęłaś, Marie? – Viego zeskoczył z belek pod sufitem i stanął przede mną.

- Tak. – Uśmiechnęłam się natychmiast. – Czy dużo przeczytałeś?

- Wszystko – wyznał.

- Oh! – westchnęłam zaskoczona. – Zatem wypożyczę ci…

- Nie, Marie – przerwał mi. – Ja… powinienem wracać już, Marie.

- Wracać? – zdziwiłam się.

Tak, doskonale wiedziałam, o co może mu chodzić. Moje serce zamarło  jednej chwili, zrobiło mi się też nieprzyjemnie zimno. Nie… to nie może się dziać. Viego tak po prostu… nie…

- Dziękuję ci za wszystko, Marie – zaczął cichym tonem, a lekki, smutny uśmiech pojawił się na jego twarzy.

- Nie idź – wyszeptałam. – Viego, nie idź.

Zrujnowany król westchnął tylko i dotknął mojego policzka. Jego uśmiech stał się jeszcze smutniejszy.

- Należysz do światła, Marie – zauważył. – A ja… przeciągałem cię do ciemności już zbyt długo. Czas przestać.

- Nie idź – powtórzyłam, łapiąc jego rękę.

Mgła otoczyła moje palce z cichym sykiem ukazując, jak bardzo nie chce mnie zostawiać. Viego delikatnie ściągnął moją dłoń drugą ręką i przytrzymał obie moje ręce przy mojej piersi. Gdy pochylił się nade mną i czule, ale krótko ucałował mnie w czoło, wiedziałam, że nic już nie dam rady zrobić, ani zmienić.

- Proszę… - jęknęłam cichutko.

- Twój król czeka na ciebie – zauważył Viego. – Zostanie i zaopiekuje się tobą, Marie.

- Viego, proszę…

- Żegnaj, Marie.

Zrujnowany król odsunął się, a gdy próbowałam wyciągnąć dłoń, cofnął się o kolejny krok. Po chwili Mgła ogarnęła go całego, z sykiem zakotłowała się i zniknęła. Warsztat wypełnił się słońcem i ciepłem, a ja opadłam na kolana, szlochając za utraconym uczuciem.

Szalona, szalona, szalona Marie! Cóż jeszcze zrobisz dla swojej miłości?

  



34. Bal (4/4)

 


Ogrody były ciche i spokojne, chociaż nie byliśmy jedynymi, którzy się po nich przechadzali. Z sali balowej docierała cicha, przytłumiona muzyka, ale śmiechy, szepty i niezadowolone prychnięcia umilkły.

Viego szedł powoli, rozglądając się ciekawie to na prawo, to na lewo. Ogrody pałacowe Sudaro były nieco mniejsze niż te, które znajdowały się na Wyspach Cienia, ale żywe i nienaznaczone przekleństwem zrujnowania prezentowały się o wiele estetyczniej.

- Nie jest ci zimno, Marie? – zapytał.

- N-nie – odszepnęłam. – Wszystko w porządku, Viego.

Mężczyzna uśmiechnął się uroczo i podał mi swoje ramię. Z dziwnie drżącym sercem ujęłam je i razem ze zrujnowanym królem powoli ruszyłam piękną ścieżką głębiej w te piękne ogrody. Co jakiś czas mijały nas inne pary, a tu i ówdzie, w alkowach, kryli się zakochani, oddani tylko sobie i krótkim, nikłym pocałunkom. Na ich widok odwracałam zażenowane spojrzenie.

- Marie?

Zerknęłam na Viego. Zrujnowany król ewidentnie był w doskonałym humorze. Moja nieporadność i wszelkie przejawy zażenowania niezwykle mocno go bawiły, chociaż tak naprawdę nigdy nie wiedziałam, dlaczego.

- Wiesz, Marie, że ogrody pałacowe to zawsze podczas balów miejsce schadzek dla par, prawda?

Pokręciłam tylko głową, teraz już zapewne czerwona jak piwonia. Skąd miałam wiedzieć o takich rzeczach? Byłam na takim balu po raz pierwszy, a on… oh, Viego!, zrujnowany, zły i złośliwy królu utraconego świata!

Viego znalazł w końcu jedną wolną ławkę w cichym kącie ogrodu. Gdy usiedliśmy tam, Mgła momentalnie się podniosła, otaczając nas w szepczącym mroku. Viego zaśmiał się, ale nie rozgonił tej ciemnej osobliwości. Widocznie jemu odgrodzenie się od wszystkich innych nie przeszkadzało. I, o dziwo, mnie też nie.

Zapora z Mgły była przyjemnym aspektem, ale niestety – w pobliżu tak dużej, skumulowanej siły z Wysp Cienia momentalnie robiło się zimniej. Owinęłam się mocniej szalem, otaczając własne ramiona.

- Oh, Marie. – Viego rozwiązał zapięcia swojego płaszcza i zarzucił mi go na ramiona. – Mówiłem, że tamten szal był lepszy.

- Nie, nie mogłabym – przyznałam szczerze, chowając dłonie pod płaszcz. – Należał do Isolde.

Viego zamilkł, a jego twarz momentalnie stężała. Tak bardzo, bardzo kochał swoją żonę, że nawet najmniejsze wspomnienie o jej osobie przyprawiało go o ból i tęsknotę. Czułam to, czułam to idealnie – ogrom tej miłości, obsesyjnej i pięknej, silniejszej niż cokolwiek innego na świecie, przekraczającej progi i szaleństwa, i śmierci.

- Nie byłaby zła. – Gdy Viego odezwał się po chwili, jego głos był spokojny, ale nieco pusty. – Ani nie miałaby tego za złe, Marie.

Pokręciłam tylko głową. Nie, ta myśl wydawała mi się nieprawidłowa, bardzo, bardzo nieprawidłowa. Suknie przyjęłam jedynie dlatego, że Viego przyznał, iż Isolde nigdy jej nie włożyła. Ale szal… widziałam w jego oczach, że szal znaczył dla niej dużo więcej. Zatem dla niego też.

Viego uśmiechnął się tylko. Widziałam go, jak na Wyspach Cienia wściekał się na duchy, które zabłąkały się pod monument postawiony dla Isolde, widziałam, jak wyrywał z czasu i przestrzeni ogromne głazy, gdy tylko dowiedział się, że jej rzeczy okurzyły się chociaż trochę. Jednak mi nie zabronił niczego. Mogłam dotykać jej rzeczy i wypowiadać jej imię. Przy mnie jej wspomnienia nie wywoływały wściekłości, a jedynie niespokojną falę bólu i tęsknoty.

- Przypominasz mi ją – wyznał cicho, niemal niesłyszalnie. – Ona też była kłopotliwą i szaloną szwaczką.

Skrzywiłam się tylko, czerwieniąc nieco. Te jego uwagi zawsze sprawiały, że robiłam się wyjątkowo zakłopotana. Jego z kolei bardzo to bawiło.

- Wybacz mi, Marie – westchnął po chwili. – Powinnaś teraz być ze swoim królem, a nie siedzieć z martwym władcą wśród zimnej, przeklętej Mgły.

- Nie, to nie tak!... – jęknęłam. – Jest mi tu dobrze, a Joel… on… i ja…

Viego zerknął na mnie zaciekawiony, zaraz jednak zaśmiał się i ułożył mi dłoń na policzku. Ten czuły gest zawsze mnie uspokajał, a jednocześnie sprawiał, że gdzieś w moim wnętrzu gorzał wściekły, niespokojny i nie wiedzieć czego pragnący ogień.

- Jesteś czasami taka kłopotliwa, Marie – wyszeptał. – I przez to jeszcze bardziej szalona. Głupia i naiwna szwaczka.

Odetchnęłam tylko głęboko, odwracając wzrok na bok. Tylko on jeden te obraźliwe słowa mógł wypowiadać z taką czułością i takim spokojem.

- Powinienem cię odprowadzić do sali – westchnął. – Ale tak bardzo nie chcę.

- V-Viego? – zdziwiłam się, spoglądając na niego.

Wpatrywał się w mnie z taką dziwną tęsknotą, niepewnością w oczach i smutnym, niecierpliwym oczekiwaniem.

- Wybacz mi, Marie – niemal jęknął. – Mgła wcale mnie nie wołała do ciebie dzisiaj. Sam nie mogłem znieść myśli, że jesteś tak daleko.

Milczałam, nie bardzo wiedząc, co mogę odpowiedzieć. Mówił tak szczerze i widziałam w jego oczach, że te słowa sprawiają mu ból i trudność. Ten szalony władca martwego świata… tytan czasów, które przeminęły i które nadejdą, potrafił pokonać bestie z mórz, ale widocznie bał się jednej, naiwnej i głupiej szwaczki.

- Marie…

- Tak? – odpowiedziałam od razu.

- Przepraszam.

Chciałam zapytać, dlaczego znów mnie przeprasza i czemu jego głos jest tak drżący, ale nie zdążyłam. Gdy dotknął wargami moich ust, nie potrzebowałam też ani tych pytań, ani żadnych odpowiedzi. Pustka w mojej głowie nie wymagała już niczego.

Oh, Viego! Martwy królu martwego królestwa! Mogłeś od tysiąca lat być nieumarłym, a jednak było w tobie tak wiele pragnień i życia!

Viego z początku był bardzo niepewny. Całował krótko, niespokojnie. Gdy jednak przymrużyłam oczy i pochyliłam się ku niemu, przycisnął mnie do siebie mocniej. Momentalnie też stał się bardziej namiętny i niespokojny.

Na bogów! Jak bardzo mi się to podobało! Ta jego martwa czułość, te jego zimne pieszczoty. Mgła otoczyła nas oboje ciasnym kokonem, jeszcze mocniej przyciskając nasze ciała do siebie. Szeptała i mruczała, zadowolona, ukojona. I ja też mruczałam, nie mniej zadowolona, o wiele bardziej podniecona.

Oh, Marie! Jesteś szalona, tak bardzo, bardzo szalona. Joel jest tak blisko, a ty oddajesz się ciałem i duszą martwemu władcy zrujnowanego świata! I kompletnie ci to nie przeszkadza… Który z nich w końcu będzie twoim ukochanym królem, Marie?

Viego w końcu jednak się odsunął. Westchnęłam jękliwie. Ta pieszczota, właściwie pierwsza taka w moim życiu, podobała mi się tak mocno. Chciałam więcej. Gdy jednak spojrzałam na Viego wiedziałam, że więcej dziś nie będzie – zrujnowany władca wydawał się rozdarty i widocznie czymś wewnątrz siebie przerażony. Zacisnął zęby, ścisnął ręką jedną moją dłoń, w drugiej ukrywając własną twarz.

- V-Viego…?

- Nie powinienem – jęknął. – Wybacz mi, Marie. Nie powinienem. Należysz do światła, a ja…

Przerwał, gdy ułożyłam dłoń na jego policzku. Spojrzał na mnie, tym tęsknym, przestraszonym wzrokiem tak bardzo nie pasującym do niego, do tytana, władcy martwego świata.

- Czy chciałeś tego, Viego? – zapytała cicho.

Skinął głową z lekkim uśmiechem. Oh, doskonale widziałam w jego oczach, że chciał, bardzo tego chciał.

- Czyż nie jesteś królem, który chce i który bierze? – wyszeptałam. – Chciałeś, więc to zrobiłeś.

- Twój król…

- Mój król jest cały czas ze mną – przerwałam mu. – Przebywa co dzień morza, oceany i góry, śmie nawet pojawiać się wśród żywych. Jak mogłabym mu odmówić czegokolwiek?

Viego zaśmiał się tylko. Ten szalony władca zrujnowanego świata… tak bardzo chciałam, by został przy mnie jeszcze przez chwilę.

- Wróćmy do sali, Marie – zaproponował. – Jesteś w końcu na balu. Powinnaś tańczyć, uśmiechać się i pięknie wyglądać. Niech wiedzą, że szwaczka może podbijać królewskie serca.

Odetchnęłam tylko zażenowana. Jego słowa jak zawsze wprawiały mnie w zakłopotanie. Posłusznie jednak podniosłam się i wróciłam do sali balowej, gdzie Viego do końca wieczoru nie odstępował mnie na krok, tańcząc każdy taniec jedynie ze mną.