Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aylin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą aylin. Pokaż wszystkie posty

14. Wyspy Cienia


Thresh wyprostował się i poruszył ramionami. Zastane kości zatrzeszczały. Bolały niewyobrażalnie, tępym, nieprzemijającym bólem. Thresh czuł go już od kilku godzin. Mimo tego nie wyszedł z Bractwa. Czekał w jego wnętrzu, tak blisko resztek błogosławionej wody, oczekując cudów, oczekując niemożliwego.

Na łóżku tuż obok niego spała Aylin. Była nieprzytomna i to od momentu, gdy zemdlała mu na łodzi. Przyniósł ją tutaj, przerażony i błagał Yoricka o pomoc. Ale grabarz westchnął tylko, wbił łopatę w ziemię i pokręcił głową.

- Nie mogę jej już pomóc – odpowiedział. – Nie mogłem nawet wtedy, gdy po raz pierwszy ją przyniosłeś tutaj.

Thresh nie rozumiał tego. Krzyczał, wściekał się i błagał. Yorick jednak był niewzruszony. Dopiero potem przyszło zrozumienie i zgoda na taki, a nie inny stan rzeczy.

Thresh zacisnął rękę na dłoni Aylin. Palce paliły go tak, jakby włożył je do ognia. Odzyskana niedawno, zielonkawa poświata magii zniknęła, skóra na ręce stała się szarawa, jeszcze kilka godzin temu była ciemna, teraz jednak robiła się coraz jaśniejsza i jaśniejsza – Thresh zauważył z niezadowoleniem, że nabierała naturalnego, bladego koloru ludzkiej skóry. Pomimo tego nie wypuścił dłoni Aylin – trzymał ją cały czas, odkąd tylko Yorick wskazał mu ten pokój i to łóżko.

- Lepiej by było, gdybyś zabrał ją do swojej Twierdzy.

Thresh odwrócił się i zerknął na Yoricka. Grabarz wciąż miał na szyi fiolkę z błogosławioną wodą – ciecz sprawiała, że po plecach Thresha przebiegał nieprzyjemny dreszcz, a coś, co kiedyś nazwałby wnętrznościami, wywracało mu się w środku na drugą stronę.

- Gdybyś dał jej wtedy wodę…

- Dałem jej wodę – zaprzeczył Yorick. – A mimo to umarła. Jej serce przestało bić jeszcze zanim opuściłeś wtedy Bractwo.

- Nie jest martwa – zaprzeczył Thresh. – Nie wygląda na martwą. Jej dusza…

- Jej dusza trzyma się jej ciała tak długo, jak ona będzie tego chciała – odparł Yorick. – Chciała tu zostać. I zostanie. Zabierz ją do siebie. Tutaj, przy wodzie, nie obudzi się tak szybko.

Thresh zacisnął szczękę, patrząc nienawistnym wzrokiem, jak grabarz po prostu odchodzi. W końcu jednak upiór podniósł się i delikatnie ujął ciało kobiety. Podniósł ją i przytulił do siebie. Aylin była lekka i bezbronna. Thresh czuł się przez to jeszcze bardziej beznadziejnie zrozpaczony.

Gdy wyszedł z Bractwa, uczucie mdłości i bólu w kościach nieco zelżało. Zniknęło całkowicie w połowie drogi. Wtedy też Aylin poruszyła się po raz pierwszy. Westchnęła, zamruczała coś i otworzyła swoje oczy.

- Thresh?

- Czemu nic mi nie powiedziałaś? – mruknął niechętnie.

- Ja… Yorick mówił, że może uda mi się wrócić - wyszeptała. – Że jeśli będę chciała wystarczająco mocno… to wrócę.

- Czemu nie chciałaś, głupia?

Spojrzała na niego i wiedział już, dlaczego nie chciała. On też nie chciał. Ani jedno z nich nie chciało, by wracała do świata żywych. Thresh westchnął i zatrzymał się. Znajdowali się niedaleko Gaju, na ścieżce, prowadzącej do twierdzy Thresha. Upiór odstawił Aylin na ziemię, ale nie wypuścił jej z uścisku. Kobieta wciąż była osłabiona.

- Zostałeś ze mną – przyznała nagle.

Miała cichy głos i spuszczone spojrzenie. Thresh westchnął i ujął jej podbródek, zmuszając ją, by spojrzała mu prosto w oczy.

- Wtedy na plaży, tak?

Skinęła krótko głową. W jej błyszczących oczach nie wiedział ani odrobiny spaczenia. Wydawały się tak żywe, a przecież żywe nie były. Teraz o tym już wiedział.

- Czy wiesz, na co się skazałaś? – zapytał.

Pokręciła tylko głową. Nie, nie miała pojęcia. A nawet jeśli by miała, jej głupie serce wołało tak samo tęsknie, jak i jego. Thresh parsknął tylko śmiechem.

- Nie chciałem, abyś wypływała – przyznał.

To wyznanie przyniosło mu ulgę. Długo i zawistnie skrywane, w końcu wydostało się z jego ust, ujmując mu tyle bólu i rozdrażnienia.

- Nie chciałam wypływać – odpowiedziała mu. – Thresh… czy mogę zostać tu z tobą?

- Chyba nie masz wyboru – odpowiedział, drugą dłoń układając na jej policzku. – Chociaż wolałbym, żebyś została w Twierdzy. Gaj to niezbyt bezpieczne miejsce.

Aylin skrzywiła się, niezadowolona z jego żartu. Nie pozwolił jej jednak długo się boczyć. Gdy pochylił się ku niej, poddała się mu całkowicie, niemal od razu zarzucając mu ręce na szyję.

Na ten pocałunek i na każde z kolejnych czułości, które pojawiały się między nimi później wiele, wiele razy, jego ciało wracało do niego, za każdym razem szybciej i na dłużej. W końcu zostało z nim na zawsze. Tak samo, jak Aylin.

 

KONIEC

13. Harrowing


Harrowing w końcu nieuniknienie nadeszło. Mgła zebrała się na brzegu i ruszyła ze świstem przez morze, a z jej pomocą - również wszelkie duchy i upiory. Thresh znalazł się z Aylin na brzegu wieczorem, usadził ją w łodzi, okrył płaszczem i kazał siedzieć jak najciszej. Była z nim, ale Strażnik nie wiedział, jak zareagują podniecone ponad miarę duchy i upiory.

Łódź nie potrzebowała na razie ani wioseł, ani żagla - poruszała się wraz z Mgłą, pozornie spokojnie, w półmroku jednak przemierzając wiele kilometrów naraz.

Aylin tuż przed wypłynięciem pożegnała się czule z Yorickiem. Grabarz przytulił ją i wyszeptał kilka pocieszających słów. Oddał ją pod opiekę Thresha bez najmniejszego słowa sprzeciwu. Thresh pomyślał, że nie tak powinno to wyglądać. Grabarz nigdy mu nie ufał, ale teraz… nie sprzeciwił się temu, by to właśnie Strażnik Łańcuchów towarzyszył Aylin.

Obok łodzi przemknęły głośno wyjące duchy. Aylin skuliła się przy maszcie. Thresh stał z tyłu łodzi, wyprostowany i czujny - nie wiedział, co może spotkać ich po drodze i wolał być gotowy na wszystko.

Gdzieś po prawej ktoś zakrzyknął z przerażeniem. Rżenie koni i stukot końskich kopyt o drewno rozległ się chwilę później, szybko jednak zagłuszyły je przerażone wrzaski. Musieli już zapędzić się dość daleko, skoro oszalały jak zwykle Hecarim dorwał jakąś zabłąkaną łódź. Thresh stał w pogotowiu tak długo, aż wrzaski i rżenie nie ucichły. Dopiero wtedy rozluźnił się, odwiesił latarnię na hak przy maszcie i ukucnął przy Aylin.

- Nie bój się - wyszeptał ciepło. - To nie potrwa jeszcze tak długo. Jesteśmy już bardzo daleko. A popłyniemy jeszcze dalej, może nawet pod same Bilgewater.

- Thresh, ja chyba… - kobieta przerwała nagle.

Upiór nie zapytał, o co chodzi, ani nie zachęcił do dalszych wyjaśnień - wiedział doskonale, co chodzi po głowie kobiety i nie mógł dopuścić, by te słowa zostały wypowiedziane na głos. Gdyby Aylin przyznała, że chce z nim zostać, pozwoliłby na to. Bez wahania.

- Wytrzymaj jeszcze - poradził sucho.

- Thresh, ja… - Kobieta złapała go za rękę, gdy się podnosił.

Przez metal rękawic nie czuł niczego. Na szczęście, inaczej ten płochy gest mógłby sprawić wiele złego. Thresh westchnął, wysunął rękę z jej uścisku i powtórzył:

- Jeszcze trochę.

Aylin zacisnęła tylko palce na płaszczu i spuściła spojrzenie. Thresh wiedział, że tymi słowami i gestami sprawia jej niemało bólu, ale wiedział też, że tak będzie lepiej. Żywi należeli do świata żywych, a martwi - do świata martwych. To, co chodziło pomiędzy jak Thresh, musiało związać się z Wyspami Cienia. Tak mówiła Szara, która na Wyspach miała swój koniec i swój nowy początek. Ona też w pewien sposób należała do tego przeklętego miejsca przez to wszystko.

Łódź mknęła cicho naprzód, bezszelestnie przemierzając kolejne kilometry. Dusze z prawej i lewej znikały, coraz mniej z nich miało na tyle siły, by sięgać tak daleko od Wysp, nawet jeśli na pomoc przychodziła im Mgła. Thresh poczuł, że zwalniają nieznacznie. A zatem i sama Mgła powoli traciła siły. Thresh był ciekawy, jak daleko sięgnęli.

Nie musiał jednak pytać - gdzieś we Mgle coś zabłyszczało, najpierw krótko, niemrawo, z każdą chwilą jednak coraz mocniej. Światło powiększało się, aż w końcu dało się rozpoznać tysiące pojedynczych świateł - latarni, pochodni, świec i ognisk.

Bilgewater.

- Patrz. - Thresh wskazał jedną ręką przed siebie, drugą wyciągając do Aylin. - Mówiłem, że się uda.

Aylin podniosła się z miejsca i podeszła do upiora. Łódź zachwiała się, ale kobietę szybko przytrzymał Strażnik. Oczy brunetki zabłyszczały, wilgotne z radości i wzruszenia. Mgła docierała już do Bilgewater, zatem łódź też niedługo i tam się dostanie.

- Mówiłem, że ci się uda.

Aylin skinęła tylko głową. Mgła przerzedzała się z każdą chwilą - im dalej od Wysp była, tym wolniej się posuwała i tym słabsza się stawała. Thresh widział jednak, że jej części dotarły już do portu. Światła tam przygasały, a woda już niosła niespokojne krzyki i umarłych, i żywych.

- Wrócę z Mgłą - zaczął cicho Thresh. - A ty… Aylin? Aylin!

Kobieta nagle upadła na kolana, blada i słaba. Oddychała niespokojnie, nierówno, ewidentnie się dusząc. Thresh uklęknął przy niej i ujął jej ręce w swoje dłonie.

- Aylin…

Kobieta jęknęła cicho. Upiór ułożył ją przy sobie, mocniej wtulając ją w swoje martwe ciało.

Byli już tak niedaleko. Magia Mgły nie była tu tak silna, zatem dlaczego Aylin tak nagle upadła? Thresh rozejrzał się. Mgła przerzedzała się, ale teraz podróżowały w niej już tylko naprawdę silne upiory. Thresh zobaczył w oddali Kalistę, a jeszcze dalej - orszak Hecarima. Dlaczego zatem Aylin… tak nagle…

- Aylin, jeszcze trochę - wyszeptał, przytulając ją do siebie. - Jesteś już tak niedaleko.

Kobieta oparła się o niego całym ciałem, słaba i niepewna. I dopiero wtedy Thresh to wyczuł. A raczej… nie wyczuł czegoś…

Serce Aylin przestało bić.

12. cisza przed burzą


Aylin trzymała się blisko Thresha. Była już o wiele odważniejsza i pewniejsza, niż w czasie ich pierwszego spaceru, ale mimo tego, że sama potrafiła wyjść nawet dość daleko już od Bractwa, przy Threshu zawsze trzymała się niesamowicie blisko upiora. Strażnik nie wiedział, czy go to cieszy, czy wręcz przeciwnie - niepokoi.

Mimo wszystko otaczał kruchą postać kobiety swoim ramieniem, szponiastą, ukrytą za metalową rękawicą dłoń układając albo na ramieniu, albo na talii kobiety. Druga dłoń upiora zawsze mocno przytrzymywała latarnię tak, by światło miliona udręczonych dusz ukazywało dwójce drogę wśród spaczenia i nieprzyjemności Wysp.

Był wieczór, zaczynało się zatem robić naprawdę ciemno. Poskręcane drzewa w półmroku i migotliwym świetle lampy wyglądały naprawdę upiornie. Nieprzyjemnie i smutno.

- Thresh…

- Tak? - odparł od razu Strażnik.

- Myślisz, że kiedyś król i królowa do siebie wrócą?

Thresh zmrużył oczy. Widział Viego, oszalałego z miłości, gotowego na wszystko, na rzeczy straszne i piękne, na poświęcenie ostateczne. Widział też Isolde, wściekłą i opętaną spaczeniem, wynikającym ze zderzenia życia ze śmiercią. Czy gdyby znaleźli się w końcu w tej Mgle, wszystko by się naprawiło, czy pogrążyłoby to w mroku cały ich świat?

- Nie wiem - przyznał Thresh. - Nie wiem, czy powinni to byli robić.

- Oboje są martwi, prawda?

- Tak - potwierdził.

- Czy nic nie może ich ocalić? - zapytała dziwnie płaczliwym głosem.

Thresh westchnął jedynie. Przypomniał sobie tysiąc lat mroku i przekleństwa, zobaczył na nowo miliony martwych dusz, błagające o koniec, który nigdy nie będzie im dany. Zobaczył spaczenie i nienawiść, zło, które zrodziło się z szaleńczej miłości.

A potem przypomniał sobie, jak wiele setek lat temu walczono o beznadziejną sprawę. Tymi opowieściami karmił się w dzieciństwie i był zachwycony przebiegiem wydarzeń. Nawet to, że odkrył prawdę o Czarnym Generale, nie umniejszało piękna historii i patosu zdarzeń.

- Zawsze jest jakieś wyjście, Aylin - odpowiedział powoli. - Nie wiem, jakie jednak byłoby najlepsze w tej sytuacji. Być może to, że król i królowa trwają martwi osobno, jest dla nas błogosławieństwem.

Aylin westchnęła, ciężko i tkliwie. Jej ta historia wydawała się wyjątkowo smutna. Threshowi - pełna jego błędów, które dziś już by nie popełnił. Thresh pamiętał, że Szara w dziwaczny sposób połączyła te wszystkie uczucia w jedno. Uważała tę historię za piękną i żałowała, że sama nie znała błogosławionych źródeł w czasach, gdy żyła i decydowała o losie milionów.

- Harrowing jest już niedługo - zauważyła cicho Aylin.

- Za dwa dni - doprecyzował Thresh. - Powinnaś zacząć przygotowywać się do podróży, Aylin.

- Wiem - wyznała cichutko. - Boję się tego, Thresh.

- Nie masz powodu - odpowiedział. - Będę obok. Tak długo, jak tylko dam radę.

- Co będzie dalej ze mną?

Thresh nie odpowiedział od razu. Nie bardzo wiedział, co ma odpowiedzieć.

- Nie wiem, Aylin - przyznał w końcu. - Nie żyję od tysiąca lat. Nie mam zielonego pojęcia, co teraz robią żywi.

- Nigdy nie chciałeś na nowo być żywym? - zapytała cicho.

- Nie, Aylin - odpowiedział. - Jestem martwy. Historia nauczyła nas już, że nic tego nie zmieni. Nawet błogosławiona woda.

- Ale… wtedy…

Zacięła się, Thresh zerknął więc na nią krótko. Miała czerwone od wstydu policzki i odwrócony od niego wzrok. Szybko pojął, o czym myślała – wtedy, na plaży jego ciało wróciło do niego na krótko, bardzo krótko. Wątpił jednak, by dało się w taki sposób ożywić upiora na nowo do ludzkiego życia.

Jego prawa ręka, ta, którą opierał wtedy o policzek Aylin, wróciła do normalności kilka dni po incydencie. Znów świeciła jasno przeklętą magią Wysp i nie bolała go za każdym razem, jak zginał palce. Thresh był ciekawy, co spowodowało te zmiany, skoro nie błogosławiona woda i jej niezwykłe właściwości.

- Wtedy? – podjął zadziornie mimo wszystko.

Aylin ostentacyjnie odwróciła głowę, trwając jednak cały czas pod ramieniem Thresha. W czasie rozmowy doszli do ogrodów biblioteki. Zawiłe dróżki, bujne, chociaż dziwaczne rośliny i przepiękne rzeźby wciąż mogły w pewien sposób urzekać. Thresha urzekały.

- Aylin?

Thresh zatrzymał się nad niewielkim stawem. Ponad wodą zwieszały się poskręcane gałęzie płaczącej wierzby. Wokoło rosły żywopłoty i wysokie krzewy, to odosobnione miejsce z jedną, kamienną ławeczką zawsze mu się podobało. Było mroczne i spokojne.

- Aylin… - powtórzył rozbawiony, gdy kobieta zignorowała jego wołanie.

- Ja wcale… i… Możemy o tym nie mówić? – jęknęła.

Zaśmiał się i pokiwał głową. Usiadł na ławce, latarnię odstawiając na wysoki postument. Aylin po chwili usiadła obok niego, wciąż czerwona jak piwonia, zażenowana i niepewna.

- Przepraszam – wyszeptała cichutko.

- Za co? – zdziwił się.

- Za… to wtedy…

- Ten pocałunek?

Pokiwała głową, wciąż z tym uroczym, słodkim spojrzeniem. Thresh musiał przyznać, że ten widok bardzo mu się podoba. Może nawet za bardzo.

- Nie musisz – odparł. – Nie sprawiłaś mi tym żądnej przykrości. Raczej przeciwnie.

- Ale… czy to cię… nie bolało?

- Bolało. Potem – potwierdził szczerze. – Nie bardziej, niż cokolwiek innego, związanego z tym, że jestem upiorem. Nie zadręczaj się tym. Nie ma sensu.

Kobieta wyraźnie chciała jeszcze o coś zapytać, jeszcze coś powiedzieć, ale milczała. Może bała się, a może wstydziła – Thresh nie wiedział. Właściwie Aylin też tego nie wiedziała.

- Thresh… a jeśli… się  nie uda?

- Jeszcze nawet nie spróbowaliśmy – zauważył.

- Ja po prostu…

- Jeśli nie uda się w to Harrowing, uda się w kolejne – zauważył. – Los ci sprzyja. Znaleźliśmy łódź. Tuż przed Harrowing.

Kobietka niemrawo skinęła tylko głową.

- Powinniśmy wracać – zauważył Thresh. – Powinnaś się przygotować do podróży i…

- Możemy jeszcze zostać? – przerwała mu. – Proszę.

Skinął głową. Gdy przytuliła się do jego boku, nie zareagował. Bał się, że jakikolwiek ruch lub gest może jedynie sprawić, że kobieta odwróci się od ich planu i będzie chciała zostać na Wyspach na zawsze. Widział to w jej oczach – tęskne pragnienie za czymś, za czym nie powinna była tęsknić.

Jeszcze bardziej jednak bał się tego, że właściwie on też tego samego chciał.

11. wybory


Thresh sprawdził raz jeszcze, czy łódź jest dobrze przycumowana. Liny trzymały, łódka unosiła się delikatnie na wodzie, kołysząc to w prawo, to w lewo, delikatnie obijając się o drewniane molo. Thresh przypłynął nią tutaj wczoraj, sam, z delikatną pomocą zamkniętych w latarni dusz, które służyły mu wtedy i za żagiel, i za siłę napędową do wioseł. Upiór uzupełnił wszelkie ubytki, naprawił wiosła i powiesił nowy maszt. Teraz łódź czekała już tylko na Harrowing.

Thresh podniósł się z krzywą miną. Znalezienie tej łodzi było niebywałym szczęściem. Radość Aylin była ogromna, tak samo zresztą, jak i Thresha. Upiór wiedział jednak, że w sercu obojga równie silne, co radość, płynie mrożący i palący smutek.

Strażnik nie przyznałby tego przed sobą, ale nie chciał, by Aylin wyjeżdżała. Im częściej się z nią widywał, tym bardziej skłaniał się ku temu, by błagać ją, już nie prosić, ale błagać, by została. Wiedział jednak, że to głupie i nielogiczne - wolał zatem trzymać się z dala od kobiety, z dala od niej, jej uroczych oczu, zaróżowionych policzków i lekkiego uśmiechu. Z dala od tego, co tak niesamowicie rozgrzewało jego martwe serce.

Łódź trwała w oczekiwaniu na Harrowing. Wielki dzień miał zacząć się niedługo – Thresh czuł już przeogromną siłę Mgły, która zachęcona lamentami ludzi zza oceanu zbierała się do podróży. Przygotowywały się też upiory i duchy, kierowały się ku portowi i plaży, oczekując możliwości przejścia wraz z Mgłą tam, gdzie był świat żywych i tam, gdzie zwykle nie mieli najmniejszej możliwości trafić.

Thresh odetchnął i jeszcze raz zerknął na łódź. Była cała, sprawdzał ją codziennie, dbając o to, by była gotowa do podróży. Im bliżej Harrowing było, tym częściej to sprawdzał. Nie chciał odrzucać tej szansy od losu, nawet jeśli pragnął, by Aylin tu została.

Warknął, zły na siebie ponad miarę. Nie! Thresh, głupcze, nie! Nie może tu zostać. Po prostu nie może.

Nie potrafił się skupić na pracy, dlatego krążył między Twierdzą, a portem, sprawdzając łódź i znosząc zapasy dla Aylin. Zakładał, że bezpieczniej będzie, gdy  popłynie w Harrowing wraz z nią. Nie zbyt często wyruszał poza Wyspy w ten dzień, uznawał to za tęskne łkanie za niczym, ale teraz… wolał upewnić się, że kobieta dotrze bezpiecznie gdzieś, gdzie poradzi sobie dalej sama.

Mimo przestróg do samego siebie, mimo upominania i obietnic koniec końców znalazł się pod budynkiem Bractwa Zmierzchu. Tym razem jednak w ogrodzie nie było Aylin. Przy skruszonym murze pracował jednak Yorick, przekładając kamienie i czyszcząc gruz.

- Przygotowuje się – mruknął grabarz, nie odwracając się nawet do Thresha. – Nie do podróży jednakże.

- Zatem? – Thresh odstawił latarnię poza krąg działania błogosławionej wody.

- Tysiąc lat zdecydowanie przyćmiło ci logikę – parsknął Yorick, wbijając swoją łopatę w ziemię i opierając się o nią ciężko. – Jest kobietą. Naiwna i młodą, ale wciąż kobietą.

Coś w sercu Thresha ścisnęło się na te słowa. Coś rozpaliło niespokojnym żarem, a coś innego zmroziło serce i duszę.

- Zaskoczyłeś mnie – przyznał po chwili Yorick.

Thresh przechylił jedynie głowę na bok.

- Odprowadziłeś ją za każdym razem – wyjaśnił grabarz. – Dlaczego?

Thresh nie potrafił odpowiedzieć. Sam zadawał sobie wiele razy to pytanie, ale nigdy nie znalazł na nie odpowiedzi. Tak samo mocno chciał zbadać kobietę, jak i ją chronić. Te sprzeczne uczucia bardzo mu się nie podobały.

- Nie wiem – wyznał w końcu.

Yorick parsknął tylko, wyprostował się i wyjął łopatę z ziemi.

- Jeśli uważałeś, że teraz jest ci ciężko, niedługo będzie jeszcze gorzej – zauważył.

Thresh zacisnął tylko szczękę. Coraz mniej podobało mu się to, jakimi zagadkami mówił grabarz. Upiór czuł się niczym głupiec, nie pojmując niczego z przeklęcie zawiłych słów Pasterza. Yorick jednak widocznie nie miał zamiaru niczego więcej wyjaśniać. Zabrawszy swoją łopatę, zniknął w głębi Bractwa, pozostawiając po sobie oczyszczoną wyrwę w murze. Przejście było wygodne i nie trzeba było go przeskakiwać. Thresh usiadł w nim, opierając się plecami o wyrwany mur.

Czy było mu teraz ciężko? Nie wiedział. Targały nim sprzeczne uczucia, pragnął niemożliwego i to czasami doprowadzało go do szaleństwa. Myśl, że będzie jeszcze gorzej, niczego nie poprawiała.

- Thresh!

Upiór uniósł spojrzenie i jego niebijące serce zatrzymało się w czasie i przestrzeni tak samo, jak jego ciało i umysł. Aylin. Przygotowywała się. Nie do podróży. Przygotowywała się dla niego.

Wyglądała olśniewająco. Blade policzki, ciemne włosy, ten niezwykły uśmiech. Umalowała się delikatnie, założyła piękną, krótką, zwiewną sukienkę. Była żywa, nieosiągalna i Thresh zdał sobie sprawę, że pragnął jej, jak nikogo innego na świecie.

- Thresh? – Aylin stanęła tuż przed nim w pełnej krasie.

- Łódź jest gotowa i bezpieczna w porcie – wymruczał uważając, by składać logiczne zdania i dokładnie wymawiać wyrazy. – Niedługo Harrowing.

Aylin skinęła tylko głową, ale jej smutna mina nie wskazywała, że kobieta wyjątkowo cieszy się z takiego obrotu sprawy. Threshowi się to nie spodobało. Nie chciał mieć więcej problemów ze sprzecznymi myślami, a właśnie takie problemy robiła mu niepewność kobiety.

- Co jeśli nie dam sobie rady sama? – zapytała, siadając tuż obok niego.

- Popłynę z tobą – obiecał. – Tyle, ile się da. Trochę więcej wiary, Aylin.

Kobieta pokiwała tylko głową. Thresh nie patrzył na nią – bał się, że jeśli to zrobi, poprosi kobietę, żeby z nim tu została, a ona, naiwna, zgodzi się na to na własną zgubę.

- Thresh…

- Tak? – odpowiedział niemal od razu.

- Możemy iść jeszcze raz na spacer?

Upiór po chwili skinął głową, podniósł się i chwycił swoją latarnię. Aylin wcisnęła się pod jego ramię. Czuł jej ciepło, nie powinien, ale czuł. Podobało mu się to na równi z przyjemnym zapachem delikatnych, kwiatowych perfum.

- Gdzie chcesz iść? – zapytał.

- Gdziekolwiek – wyszeptała. – Tylko żebym szła z tobą.

Thresh uniósł latarnię i z dziwnie ściśniętym, martwym sercem ruszył z Aylin.

10. łódź


- Gotowa?

Aylin pokiwała głową i przeskoczyła zgrabnie przez skruszony mur. Thresh wyciągnął dłoń, gdy ujęła ją, przyciągnął Aylin do siebie stanowczym, ale delikatnym gestem.

Było południe, a  nieprzyjemna, mdła szarówka ogarnęła całe Wyspy. Thresh razem z Aylin skierował się do północnego, mniejszego portu. Z jednej strony miał nadzieję znaleźć tam odpowiednią łódź, ale z drugiej… jeśli takowej łodzi nie znajdzie, Aylin zostanie tu na dłużej.

Harrowing zbliżało się  wielkimi krokami. Gdy z dala od Wysp Cienia ludzie wspominali zmarłych i świętowali to, co spotkają po drugiej stronie, magia Wysp jaśniała w pełnej krasie. Te myśli, modlitwy, przekleństwa, błagania – wszystko to wzmacniało przeklętą moc, pozwalając Mgle sięgnąć bardzo, bardzo daleko. Thresh liczył na to – z pomocą Mgły łódź z Aylin mogłaby dostać się naprawdę daleko, nawet pod samo Bilgewater.

- Thresh? Wszystko w porządku?

Upiór zerknął na Aylini niemal natychmiast pożałował tego ruchu – wzrok brunetki był uroczo zatroskany. Przez plecy Thresha przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Nienawidził tego uczucia. Kochał go z całego serca. Chciał, by zniknęło i by nigdy nie przemijało. Nie potrafił uwierzyć, że to nie przez błogosławioną wodę.

- Tak – odpowiedział. – Nie powinnaś się martwić o mnie, ale o siebie. Ja żyję tu już ponad tysiąc lat. Uwierz mi… lepiej, żebyś wypłynęła stąd  jak najszybciej.

Aylin skrzywiła się lekko, a Thresh nagle nabrał niepokojącego wrażenia, że kobieta tak naprawdę może nie chcieć stąd wyjeżdżać. Szybko jednak odepchnął od siebie wszelką radość i nadzieje, które by z tego wynikały. Nie… jeśli Aylin chce przeżyć, musi opuścić Wyspy Cienia. A on, Thresh, musi jej w tym pomóc. Głupio jej to przecież obiecał.

- Jesteśmy – zauważył, unosząc latarnię.

Północny port był jeszcze bardziej spaczony, niż południowy, wyglądał też o wiele bardziej ponuro i nieprzyjemnie. Krążyło tu jednak zdecydowanie mniej upiorów. Hecarim często szalał na tym brzegu, zatem każdy,  komu zostało chociaż odrobinę rozsądku i instynktu, omijał ten port z daleka. Przypływało z tej strony też zdecydowanie mniej ludzi – daleko za oceanem był kiedyś pewien piękny kraj, ale ludzie stamtąd dość szybko przestali tu przypływać. Thresh studiował jednak ich pamiętniki i księgi, które ze sobą zabierali – dowiedział się z nich wystarczająco wiele o pięknym, ale upadającym kraju, którym władał zakochany do szaleństwa król.

Thresh nieomal prychnął. Miłość. Przez miłość spaczenie pojawiło się na Wyspach, miłość sprawiła, że Mgła zaczęła się sączyć z królewskiego serca i miłość spowodowała wszystkie powroty umarłych już raz dusz. Thresh oczekiwał siły i potęgi, a jedyne, co uzyskał w dzień Zrujnowania, było ponurym spaczeniem z powodu głupiej, szaleńczej i niespokojnej miłości króla. Jak zatem mógł szanować to uczucie, skoro przywiodło ono tyle nieszczęść i przeciwności na jego drodze?

Do jego ramienia mocniej przytuliła się Aylin. Thresh zerknął na nią krótko, ale kobiecie nic nie było – była niepewna, może trochę zlękniona, ale rozglądała się wokoło w poszukiwaniu łodzi. Szła z Threshem, mimo iż rozsądek podpowiadał co innego. Strażnik był pewien, że Aylin bała się go na początku. Jednak ani to, ani ostrzeżenia Yoricka nie podziałały – Aylin poszła za Threshem, poszła nie raz i nie dwa. I za każdym razem wracała bezpiecznie.

- Oh! Thresh!

Upiór uniósł spojrzenie i zerknął w kierunku, który wskazywała kobieta. Przy brzegu leżała łódź, stara, ale cała. Maszt był złożony. Postrzępiony maszt falował na wietrze, ale Thresh wiedział, że ten element będzie akurat bardzo łatwo wymienić.

Aylin podbiegła do łodzi. Pierwszy raz wymknęła się spod ramienia Thresha. Strażnik rozejrzał się szybko wokoło, ale nigdzie nie było widać innych duchów ani upiorów. Pozwolił Aylin sprawdzić łódź, po czym z wyjątkowo ciężkim sercem zbliżył się do rozradowanej kobiety.

Łódź wyglądała na całą i była w dość dobrym stanie. Thresh zastanawiał się, czy ktoś żywy pojawił się niedawno na Wyspach, ale nie wyczuwał, aby Mgła była ostatnio bardziej niż zwykle podniecona.

- Thresh, udało się!

Do jego ciała przytuliła się Aylin, mocno obejmując go w pasie. W jednym momencie zrobiło mu się zimno i gorąco, a serce, chociaż rozradowane szczęściem kobiety, ścisnęło się z dziwnego bólu. Thresh objął kobietę i popatrzył ponuro na łódź.

Być może to nie Aylin, ale on chciał, by kobieta została tu na zawsze. Być może…

9. troska


Muzyka z gramofonu grała leniwie jakąś powolną, czułą nutę. Thresh nie zwracał na to uwagi – równie nieruchomo siedział przy tej melodii, jak i przy tuzinie poprzednich, gdy skoczne dźwięki obwieszczały radość świata. Odkąd wrócił, był tutaj, godzinę, dwie, cały dzień – sam nie wiedział ile. Minuty mijały, a on wpatrywał się w martwy, zielony ogień, myśląc tylko i jedynie o tym, co stało się na brzegu.

Jedna chwila zmieniła tak wiele rzeczy. Nic nie było normalne ani prawidłowe, wszystko przewróciło się do góry nogami i Thresh nawet nie wiedział, co ma z tym wszystkim zrobić.

Przycisnął palce prawej ręki do skroni. Metal rękawic zastukotał o twardą, czarną czaszkę. Jeszcze chwilę temu, gdy w jego ramionach pomrukiwała Aylin, nie było tu jedynie przeklętej kości – czuł mięśnie, skórę i nerwy, wspomnienie utraconego przed tysiącem lat ciała.

Thresh nie wiedział, czy to błogosławiona woda, czy może tatuaże Aylin – tak czy siak jego ciało powróciło na chwilę do niego, pozwalając mu poczuć nie tylko to, co utracone, ale też to, co nowe – przede wszystkim wszelkie czułości, które wtedy zaoferowała mu Aylin.

Thresh zamruczał zniechęcony na samo wspomnienie tej sytuacji. Coś w środku niego ścisnęło się też mocno. To nie tak, że mu się to nie podobało. O nie! Podobało mu się i to nawet bardzo. Krótkie pocałunki, ciche mruczenie, ciepło kobiecego ciała przy sobie, które wreszcie, do diabła!, czuł – bardzo mu się to podobało. Właściwie aż za bardzo.

Co strzeliło Aylin do głowy, aby całować przeklętego upiora? Co strzeliło jemu do głowy, że na to pozwolił, że nie dość, że tego nie przerwał, to jeszcze to pociągnął dalej? Z pomrukiem niezadowolenia Strażnik wstał i podszedł do okna.

Na zewnątrz było przerażająco ciemno. Zatem faktycznie minęło kilka godzin, skoro zapadła noc. Thresh rozejrzał się po okolicy – z Twierdzy widać było port, archiwa, bibliotekę, Bractwo i wzgórza za miastem. Mimowolnie wzrok Thresha skierował się ku Bractwu. Strażnik Łańcuchów zastanawiał się, czy Aylin śpi, czy może to zdarzenie z dzisiaj  dręczy ją tak samo, jak Thresha.

Upiór westchnął raz jeszcze. Po tym, jak czule wymienili pocałunki, odsunęli się od siebie. Nagły wybuch namiętności był nieprzewidywalny i przyniósł za sobą ogrom zażenowania. Milczenie przerwał upiór, wymrukując nieskładnie, że powinni wrócić. Sekundę, może dwie później na moment odzyskane ciało zniknęło, pozostawiając po sobie nieznośny, tępy ból. Zniósł go bez słowa, chociaż widział w oczach Aylin, że kobieta wie, jak wiele złego i jak wiele dobrego przywiódł upiorowi jej nagły, namiętny gest.

Odprowadził ją w milczeniu do Bractwa i zostawił przy skruszonym murze, sam ukrywając się w mroku i Mgle. Z jednej strony czuł się wtedy taki podniecony i szczęśliwy, a z drugiej… boleśnie zdawał sobie sprawę z tego, że zakazane pozostaje zakazane, a niemożliwe wciąż jest niemożliwe. Te uczucia towarzyszyły mu ciągle, nawet teraz.

Nie myślał już o badaniu Aylin, zaprowadzeniu ją do laboratorium w swojej Twierdzy, nie myślał nawet odrobinę już o tym, by cokolwiek złego zrobić kobiecie. Chciał, mocno i błagalnie, by brunetka zdołała się stąd wydostać jak najszybciej. Im dłużej przebywała na Wyspach, tym mniejsze prawdopodobieństwo było, że zdoła stąd wypłynąć cała i zdrowa. Mimo że mroziło go to i jednocześnie paliło gdzieś w środku, bardzo chciał jej dać możliwość bezpiecznej ucieczki.

Nie mogąc znieść dalej tej niepewności i tego bezruchu, Thresh odwrócił się, złapał latarnię i wyszedł z własnej Twierdzy. Skierował się w głąb Wyspy. Zakładał, że albo Aylin czeka na niego przy skruszonym murze, albo wręcz przeciwnie - zaszyła się w Bractwie i po akcji z plaży nigdy jej już nie zobaczy. Ta druga możliwość odbijała się echem w jego umyśle, mrożąc wszystko niespokojnym tchnieniem. Nie, absolutnie nie chciał takiego rozwoju wydarzeń.

Na tyłach Bractwa znalazł się po kilku minutach. Z westchnięciem zauważył Aylin - kobieta przechodziła właśnie przez mur, niepewnie i ostrożnie. Thresh nieomal parsknął śmiechem. Nie wiedział, czy nie chciała czekać na niego, czy może wręcz przeciwnie - miała już dość czekania.

- Ktoś tu zrobił się odważny.

- Thresh… - Aylin z ulgą spojrzała ku niemu. - Przyszedłeś. Myślałam, że… że już…

- Jestem - przerwał jej, podchodząc. - Jest późno. Gdzie ty chciałaś iść sama, co?

Zaczerwieniła się, pokręciła gwałtownie głową i usiadła na murze, nieco zdecydowanie bliżej Mgły, niż zwykle. Thresh usiadł obok niej, stawiając przed sobą latarnię. Jasne, zielonkawe światło omiatało teren dookoła, ukazując i niespokojne piękno wysp, i obrzydliwość przekleństwa.

- Nie powinnaś sama opuszczać Bractwa w nocy.

- Yorick mówi, że muszę przyzwyczajać się do Wysp – szepnęła cicho. – Że możliwe, że ich nie opuszczę już nigdy.

Thresh prychnął tylko. Wpatrywał się w Mgłę, leniwie przelewającą się między zdeformowanymi, czarnymi drzewami. Bardzo, bardzo nie chciał patrzeć na Aylin. Jej widok sprawiał, że działo się z nim coś dziwnego, coś, czego nie rozumiał. Kochał to uczucie i nienawidził go jednocześnie. Ten stan pogłębił się po ostatnim spacerze na plaży.

- Znajdziemy ci łódź – zapewnił. – W czasie Harrowing Mgła wysuwa się daleko na północ. Z odrobiną szczęścia wyrzuci cię przy Bilgewater.

- W jedną noc? – Aylin pokręciła tylko głową. – Przecież… my płynęliśmy  tygodniami.

- To Harrowing – mruknął. – Noc magii. Chcesz się wydostać stąd, czy nie? Teraz brzmisz, jakbyś chciała tu zostać.

Milczała, zerknął więc na nią i natychmiast pożałował tego wyboru. Kobietka miała spuszczony wzrok i urocze rumieńce na dość bladych policzkach. Wyglądała przesłodko, niewinnie, była tak mocno odmienna od całego przekleństwa Wysp. Ten widok sprawiał, że dziki, gorący dreszcz przebiegał przez plecy Thresha raz po raz, z każdą falą mocniej i nieznośniej. Zacisnął zęby, mocniej zacisnął pięści i niechętnie spojrzał w kierunku ciemności nocy.

Nie potrafił uwierzyć, że to nie jest efekt błogosławionej wody. Rozsądek jednak mówił jasno i wyraźnie - nie ma magii życiodajnych wód w Aylin. Już nie. Zatem te cholerne dreszcze… czego wynikiem były?

- Powiedziałem przecież, że ci pomogę wrócić do domu – mruknął po chwili.

- Wiem – odszepnęła cicho. – Doceniam to, Thresh.

- Ale?

Aylin pokręciła głową tak żywiołowo, że zauważył to nawet kątem oka.

- Zawsze masz jakieś „ale” – Strażnik Łańcuchów zaśmiał się krótko i podniósł.

- Idziesz już? – szepnęła z żalem.

- Przyjdę przed południem – obiecał. – Mam dużo pracy. Wyśpij się, bądź grzeczna, Yorick ma swoje lata, nie da rady wszędzie za tobą biegać, ani też pilnować cię, gdy sama wychodzisz w czasie nocy na przeklęte do cna Wyspy, Aylin.

- Nigdzie nie biegam – burknęła niechętnie.

Thresh zaśmiał się i pokiwał głową, kierując się w stronę ciemności tam, gdzie gęsta Mgła nie pozwalała niczego dostrzec. 

8. port


Wiedział, na czym to polega. Im dłużej kazał jej czekać, tym chętniej do niego ruszała. Z niezadowoleniem stwierdził jednak, że działa to w dwie strony – im więcej czasu mijało bez niej, tym ciężej było mu to wytrzymać. I tym chętniej ruszał ku niej, gdy w końcu zdecydował się iść.

Z jednej strony dziwnie go to cieszyło, ale z drugiej – nie czuł tego od ponad tysiąca lat, nie rozumiał do końca tych  uczuć i w ogóle właściwie bał się przyznać, że czuje cokolwiek. To nie pasowało do niego.

Gdy stanął przy skruszonym murze, nie zauważył Aylin ani na jej ławce, ani w oddali, gdzieś w ogrodzie. Przysiadł na kamieniach, latarnię umieszczając poza obręb działania błogosławionej wody. Ostatnim razem przez swoją głupotę stracił całkiem sporo dusz. Kilka dni bez Aylin minęły mu zatem na zbieraniu utraconych obiektów do eksperymentowania. Dzięki temu nie odczuwał tak mocno braku kobiety przy sobie. Zajęty pracą łatwiej znosił upływ czasu.

Było koło południa. Szarówka jednak trwała, niczym półmrok świtu. To najlepsze, co miały do zaoferowania Wyspy – słońce nie przebijało się zwykle przez gęstą Mgłę, zatem ciemność towarzyszyło mieszkańcom przeklętych wysp aż za często.

Siedział na skruszonym murze dość długo. Minęła godzina, może dwie, a Aylin nie pojawiała się. Thresh był ciekawy, czy może Yorick, po niefortunnej wycieczce kobiety, zabronił jej wychodzić do ogrodu i widywać się ze Strażnikiem.

Thresh zaczynał się niecierpliwić. Mijały kolejne minuty, a Aylin nie pojawiła się. Nim jednak upiór zniecierpliwił się do końca, z Bractwa wyszła kobieta.

Wyglądała wyjątkowo dobrze. Na policzkach pojawiło się zdrowe zaróżowienie, a oczy błyszczały wyjątkowo. Miałą też na sobie nową sukienkę. Gdy szła, ciemne włosy falowały w powietrzu.

Thresh nagle poczuł na plecach wyjątkowo dziwny, nieprzyjemny dreszcz. Im bardziej wpatrywał się w Aylin, tym mocniej odczuwał przechodzące mu po plecach ciarki. Przez chwilę nie wiedział, co się z nim dzieje, to dziwne uczucie nie towarzyszyło mu przecież codziennie. Potem pomyślał jednak, że przecież Yorick wciąż może podawać kobiecie błogosławioną wodę. Thresh nie podejrzewał jednak, że ciecz działa aż tak mocno na niego – był w końcu nie byle jakim upiorem, a odległość do kobiety była dość duża.

Aylin w końcu zauważyła go przy murze. Od razu rozpromieniła się. Radosny uśmiech zdecydowanie do niej pasował. Dzięki niemu wydawała się Threshowi jeszcze piękniejsza.

Plan, który zakładał wywabienie kobiety i zaciągnięcie jej do Twierdzy, nagle wyparował z jego głowy. Nie liczył się, tak samo, jak nie liczyło się teraz dla upiora nic, oprócz samej kobiety. Wpatrywał się w nią martwymi oczyma niczym w najdroższy skarb, niczym w cud na ziemi. Cud, który zdecydowanie nie powinien być na Wyspach Cienia.

Ta myśl nagle przyczepiła się do niego niczym rzep psiego ogona. Aylin nie powinna być na Wyspie Cieni. Chociaż Thresh bardzo chciał ją zbadać i posiąść jej magię dla siebie, to jeszcze mocniej nagle zapragnął jak najszybciej wywieźć stąd kobietę.

- Przyszedłeś.

Strażnik spojrzał na kobietę. Rozpromieniona i szczęśliwa była czymś, czego Wyspy Cienia nie widziały od tysiąca lat. Jednocześnie podobała się Threshowi i sprawiała, że czuł się nieswojo. Chciał, by była obok i by zniknęła jak najszybciej. Ta mieszanina uczuć kompletnie mu się nie podobała.

- Obiecałem, że przyjdę – zauważył. – Nie jestem przykładem świętego, ale dotrzymuję swoich obietnic, Aylin.

- Dziękuję – odpowiedziała cicho.

Thresh parsknął tylko krótkim śmiechem. Kobieta usadziła się na murze tuż przy nim, podciągając kolana pod brodę. Wydawała się szczęśliwa i jednocześnie bardzo zagubiona. Thresh niechętnie, niczym z użyciem nadludzkiej siły, odwrócił od niej wzrok. Gdy patrzył na kobietę, działo się z nim coś niepokojącego i złego. Wolał zatem na nią nie spoglądać. Tak było bezpieczniej dla niego i jego planu.

- Żadnych postępów z ucieczką? – zapytał.

Pokręciła głową tak gwałtownie, że zerknął ku niej krótko. Szybko pożałował tego odruchu – wpatrywało się w niego bowiem uroczo zrozpaczone spojrzenie. Przez te błagalne oczy coś ściskało się mocno w środku klatki piersiowej Thresha. Strażnik nie wiedział, czy w taki sposób wydobywa się z kobiety magia błogosławionej wody, czy… czy to może coś innego, coś jeszcze. Szybko odwrócił spojrzenie, skupiając się na przelewającej się przez las Mgle.

- Mogę cię zabrać do portu – zaproponował nagle. – Stoją tam łodzie. Być może któraś nada się do podróży.

Miał nadzieję, że kobieta zgodzi się. Port był daleko, tak długa trasa na pewno zniweluje magię błogosławionej wody i pozwoli Threshowi zabrać kobietę do Twierdzy.

- J-ja… nie umiem pływać łodzią – wyznała.

- Nauczysz się zatem – zaproponował.

Aylin zerknęła na niego krótko.

- Co jeśli nie zdołam dotrzeć do portu? – zapytała cicho. – Ostatnio… przecież…

- Szliśmy wolno – przerwał jej. – Pośpieszymy się.

Kobieta nie wyglądała na przekonaną, ale gdy zszedł z muru, wziął latarnię i wyciągnął dłoń, ujęła ją zaledwie po krótkiej chwili wahania. Thresh przyciągnął ją bliżej siebie i podał jej swoje ramię tak, jak poprzednim razem.

Ruszyli kamienną ścieżką, tym razem jednak nieco szybciej niż ostatnio. Aylin trzymała się wyjątkowo blisko Thresha, obejmując jego ramię w dość mocnym uścisku. Strażnikowi nie przeszkadzało to, nawet jeśli jej dotyk, pomimo grubego materiału płaszcza i metalowych wzmocnień ubrania wywoływał dziwne dreszcze. Thresh nie wiedział, ile błogosławionej wody krąży w żyłach kobiety, ale zakładał, że wycieczka do portu zdoła wszystko usunąć.

- Czy Yorick był zły za ostatni spacer? – zapytał Thresh.

- Nie – odpowiedziała. – Wyglądał tylko na zaskoczonego.

- Zaskoczonego? – zdziwił się Strażnik. – Czym?

- Chyba tym, że mnie oddałeś – odparła. – Myślał, że jeśli pójdę z tobą, już nie wrócę, że zabierzesz mnie i ukryjesz w swojej Twierdzy.

Thresh nie odpowiedział. Nie bardzo wiedział co, w końcu jego plan został jasno przedstawiony przez brunetkę. Nie zamierzał jednak przyznawać jej racji – to mogłoby zepsuć wszystko. Kobieta ufała mu, pomimo logicznego myślenia i ostrzeżeń Yoricka.

To nie ma znaczenia, przestrzegł sam siebie Thresh, Aliyn jest tutaj, poza Bractwem. Krótki spacer i będzie mógł bez obaw zaciągnąć ją do Twierdzy. Dokładnie tak, jak tego chciał i planował.

- Powiedziałem, że nic ci się przy mnie nie stanie – zauważył cicho. – Dotrzymuję obietnic, Aylin.

Do portu dostali się w ciągu kilkunastu minut. Przez cały ten czas Aylin trzymała się blisko Thresha, mocno obejmując jego ramię. Strażnik nie zauważył jednak, by tak jak ostatnim razem kobieta słabła z każdym krokiem. Wydawała się wciąż silna, zdrowa, chociaż nieco przerażona.

Nie spodobało mu się to. Czyżby tym razem magia błogosławionej wody była zbyt silna? Thresh czuł przebiegające mu po plecach dreszcze za każdym razem, gdy Aylin mocniej ujmowała jego ramię. To na pewno była ta cholerna magia błogosławionych wód. Prawda?

- Boisz się – zauważył w końcu Thresh, gdy Aylin objęła jego ramię prawą i lewą dłonią, jednocześnie mocno przyciskając się do upiora. – Upiory dość dobrze wyczuwają strach. Im bardziej się boisz, tym więcej ich się pojawia.

- Ja… przepraszam… - jęknęła cicho.

Thresh parsknął śmiechem i pokręcił głową, jednocześnie wysuwając ramię z uścisku Aylin. Otoczył kobietę ręką i przyciągnął ją do siebie. Ufnie ukryła się pod jego ramieniem. Przez plecy Thresha przeszedł kolejny, nieprzyjemny dreszcz.

- Czy Yorick wciąż podaje ci błogosławioną wodę? – zapytał nagle.

- Nie – odparła lekko zaskoczona. – Yorick podał mi błogosławioną wodę tylko raz. Wtedy, gdy przyniosłeś mnie do Bractwa.

Thresh zatrzymał się nagle. Nie miał zielonego pojęcia, jak to możliwe. Przecież czuł tę magię błogosławionej wody. Czuł, jak po plecach przebiegają mu dreszcze, widział, jak działało to na jego ciało, na dłoń! To niemożliwe, aby brunetka tak długo opierała się magii przeklętych Wysp tylko z pomocą swojej własnej siły. Nie… Yorick musiał… cholera… przecież…

- Thresh?

- Jesteśmy – mruknął, wciąż zaskoczony tym wszystkim. – Port.

Aylin zerknęła przed siebie i mocniej wtuliła się w bok Strażnika. Port pełen był duchów i upiorów, które jednak, widząc Thresha, czmychały w ciemne zakątki. Strażnik Łańcuchów poprowadził Aylin na szerokie, drewniane molo.

Port był właściwie pusty. Przy molo, na wpół zatopiony, na wpół oparty o brzeg leżał potężny statek. Kilka mniejszych łodzi znajdowało się dalej, na brzegu, większość jednak miała podziurawione burty lub przełamane maszty. Na pierwszy rzut oka nic, co znajdowało się w porcie, nie byłoby pomocne dla Aylin.

- Wiem, jak to wygląda – mruknął ponuro Thresh. – Ale może znajdziemy coś dla ciebie. Chodź.

Kobieta posłusznie ruszyła razem z upiorem, wciąż jednak kryjąc się w cieniu jego ramienia. Przeszli przez całe molo, sprawdzając łodzie, a potem plażą, oglądając leżące na piasku wraki. Sprawdzili wiele, ale nic nie nadawało się do żeglugi morskiej.

Gdy stanęli w końcu na pustej plaży, pełnej odłamków drewna i pozrywanych masztów, Aylin westchnęła i ukryła twarz w rękach. Thresh zerknął na nią, a coś w środku niego ścisnęło się tak mocno, że aż zabolało. Widok kobiety w takim stanie bardzo mu się nie podobał.

‘Co za różnica? – pomyślał. – Czas zabrać ją do Twierdzy.’

Jednak pomimo tego, że miał ku temu idealną sposobność, nie potrafił tego zrobić. To dziwaczne uczucie, które ściskało go gdzieś w środku, nie pozwalało skrzywdzić brunetki – a przecież gdyby zabrał ją ze sobą, zdecydowanie by ją skrzywdził.

- Aylin… to nie czas na płacz – westchnął po chwili. – Po drugiej stronie Wysp jest jeszcze jeden port. Może też zdarzy się jakiś szaleniec, który tu przypłynie.

Kobieta zaszlochała raz jeszcze, ale gdy objął ją i przycisnął do siebie, uspokoiła się. Czuł dziwne gorąco na sobie i nie chciał uwierzyć, że Yorick podał brunetce błogosławioną wodę jedynie raz.

- Pomogę ci – wymruczał, sam nie wiedząc, co go podkusiło do wyrzucenia z siebie takich słow. – Obiecuję, że pomogę ci wrócić do domu, Aylin.

Brunetka była niska, niemal o dwie głowy niższa niż Thresh, wtulała się zatem w jego tors, opierając czoło o pierś Thresha. Jej palce zaciskały się na płaszczu Strażnika, gdy ten wtulał kobietę w siebie tak, jakby jutra miało nie być.

Może i nie będzie, pomyślał Thresh. Obiecał coś Aylin i pomimo tego, że bardzo chciał ją przebadać, jeszcze mocniej chciał, by przestała płakać, by nie była smutna, by wróciła do żywego, słonecznego, radosnego świata.

- No już – wymruczał, szponiastą dłoń w metalowej rękawicy umieszczając na ciepłych, ciemnych włosach kobiety. – Wróćmy do Bractwa. Jutro przejdziemy na drugą stronę Wyspy i sprawdzimy tamte łodzie, dobrze?

- Naprawdę mi pomożesz?

- Naprawdę – parsknął niechętnie. – Powiedziałem już to, nie?

Usłyszał, jak pociąga nosem. Wydawała się zagubiona i jednocześnie urocza.

- Dziękuję… - wyszeptała.

Thresh parsknął tylko. Był jednocześnie zły na siebie i rozbawiony postępowaniem brunetki. Zerknął na nią, gdy przesunęła ręce z jego torsu na szyję. Nim zdołał ją zatrzymać, nim zdołał zatrzymać siebie lub cokolwiek, Aylin stanęła na palcach, przyciągnęła go lekko ku sobie i tak po prostu pocałowała.

7. złość


Thresh złapał za brzeg stołu i przewrócił mebel tak, że wszystkie narzędzia i całe szkło rozsypały się po podłodze laboratorium. Stół poleciał daleko, na drugą stronę pomieszczenia, a blat przełamał się w połowie, gdy uderzył o ścianę. Z wściekłym rykiem Thresh przewrócił w ten sam sposób kolejny stół, a potem ze złością sięgną po szafę, rozsypując wszystkie znajdujące się w niej księgi na podłodze.

Powiedzieć, że był wściekły – to za mało. Jego złość sięgała zenitu. Najgorsze jednak w tym było to, że był zły tylko i jedynie na siebie samego.

Przecież ją miał! Była poza Bractwem, bezbronna, bez magii błogosławionych wód, bez ochrony Yoricka, zdana tylko na łaskę Thresha! I on, na bogów!, okazał jej tę łaskę!

Głupiec. Thresh zatrzymał się na środku pomieszczenia i zaśmiał się ponuro. Tysiącletni głupiec. Tak wiele miałeś, tak mało masz. Jak zwykle przez swoją własną głupotę, co nie, Thresh?

Upiór uspokoił się i rozejrzał wokoło. Jego oczy zmrużyły się, szczęka zacisnęła. Narobił okropnego bałaganu, a posprzątać będzie musiał to nie kto inny, jak on.

Niezadowolony przestąpił nad stłuczonym szkłem ze stołów. Odłamki zachrzęściły pod jego mocnymi, metalowymi butami. Thresh podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. Zaczynało świtać, krwista łuna pokazywała się na wschodzie. Thresh wiedział jednak, że słońce nie wzejdzie – zrobi się jaśniej, ale ani jeden promień nie padnie na przeklętą ziemię. Upiór odetchnął i ściągnął z rąk rękawice.

Lewa ręka wyglądała normalnie, błyszczała delikatnie zielonkawą, przeklętą magią. Prawa jednak… prawa ręka długo, długo spoczywała na policzku Aylin, wchłaniając magię błogosławionej wody. Była ciemna i szarawa, martwa. Miał nad nią całkowitą władzę – palce zginały się tak, jak chciał. Nie czuł jej jednak kompletnie. Był ciekaw, czy ten stan utrzyma się długo, czy jednak minie z czasem.

Zły, zacisnął prawą pięść. Nie czuł bólu, ale widział, jak szarawą skórę przebijają jego długie paznokcie. Z naciętego naskórka popłynęła czarna krew. Thresh rozłożył palce i przyjrzał się gęstym, ciemnym kroplom. Były obrzydliwe, strzepnął je szybko i wytarł dłoń w płaszcz.

Jego złość nieco minęła. Thresh zabrał swoją latarnię i wyszedł z laboratorium, pozostawiając w pomieszczeniu cały rozgardiasz. Twierdza była na tyle duża, że nie musiał tego nawet po sobie sprzątać – w razie potrzeby zorganizuje laboratorium w innej komacie.

Uspokojony w końcu dał radę jeszcze raz na chłodno przeanalizować własne błędy i ułożyć kolejny plan. Aylin trafiła z powrotem do Bractwa, ale wiedział, że nie trzeba znowu tak wiele, by opuściła kompleks. Krótki, ponowny spacer też wystarczy, by magia błogosławionej wody wyparowała na tyle, aby mógł zaciągnąć brunetkę do Twierdzy. Po tym, jak odstawił ją bez słowa bezpiecznie do jej nowego domu, powinna posłusznie i ufnie ruszyć za nim kolejny raz.

Thresh przystanął na środku korytarza i zaśmiał się. Nie… nie wszystko jest stracone. Wręcz przeciwnie – być może wszystko jest tak, jak powinno być.

6. spacer


Gdy Aylin przeskoczyła nad murem i stanęła obok Thresha, Mgła z cichym sykiem wycofała się o kilka metrów. Wyczuwała krążącą w żyłach kobiety niemiłą jej, życiodajną wodę. Thresh też ją czuł. Tutaj, gdzie nie ochraniała ją aura Bractwa, kontrast pomiędzy błogosławioną a przeklętą magią był doskonale odczuwalny.

Przez rękawice nie czuł wiele, ale zakładał, że gdyby dotknął kobiety bez żadnej ochrony, jej skóra parzyłaby niczym ogień.

- Nie pójdziemy daleko, prawda? - zapytała go niepewnie.

- Pójdziemy tak daleko, jak będziesz chciała - zapewnił ją usłużnym tonem.

Kobieta uśmiechnęła się tylko lekko. Thresh opuścił nieco dłoń, ale brunetka nie wysunęła palców z jego uścisku - ewidentnie bała się, że gdyby to zrobiła, zostałaby sama wśród przerażającej ciemności i niespokojnych szeptów.

Thresh uniósł latarnię, którą cały czas trzymał w drugiej dłoni. Światło ogarnęło spaczone drzewa, poskręcaną trawę i kamienną ścieżkę. W ciemności Mgły zafalowały poszarpane płaszcze upiorów, duchy jednak szybko czmychnęły z widoku - bały się, zarówno życiodajnej wody, jak i samego Thresha.

Dwójka ruszyła powoli ścieżką. Aylin trzymała się blisko Strażnika, mimowolnie dość mocno zaciskając palce na metalowej rękawicy. Zauważył to, jej niepewność, nerwowe ruchy i to, że było jej wyjątkowo niewygodnie. Zmienił ustawienie ręki i dłoni i podał kobiecie swoje ramię.

- Będzie ci wygodniej - wyjaśnił.

Aylin wyszeptała cicho jakieś podziękowanie i ujęła ramię upiora. Była niższa od niego niemal o dwie głowy, ale Thresh stwierdził, że spacer w takiej formie ewidentnie podoba się kobiecie. Uśmiechała się lekko, jednak gdy tylko coś przemknęło z jej strony, mocniej przylegała do ramienia Thresha.

Kamienna ścieżka poprowadziła ich w głąb wysp. Mijali fantazyjnie i przerażająco poskręcane drzewa i budynki, których części opadły w głąb ziemi lub niezwykłą mocą uniosły się do góry. Popękane mury i ściany skrywały mrok i szepty, czaiły się tam również niebezpieczne, nienawistne istoty. Te jednak trzymały się na dystans - mimo że widok żywej kobiety był kuszący, obecność Thresha skutecznie hamowała większość głupich zapędów.

- To dlaczego to się stało z Wyspami? - zapytała go w końcu.

- Ponad tysiąc lat temu to było miejsce pełne magii i życia - zaczął. - Uczyli się tutaj najznamienitsi magowie, studiowali tu mędrcy, przyjeżdżali tutaj też ci, którzy szukali uzdrowienia. Pod Wyspami biło źródło magicznej, życiodajnej wody. Wszystko było tu słoneczne, kolorowe i idealne. Niczym raj na ziemi.

- Oh! - Aylin widocznie była zachwycona tym opisem. - To musiało być piękne.

Dwójka wyszła w końcu z lasu i stanęła nad brzegiem wysokiej skarpy. W dole rozciągał się widok na sporą część Wysp. Thresh rozpoznał bez problemu stare archiwa, bibliotekę, osnuty mgłą port oraz swoją własną Twierdzę na wzgórzu w oddali.

- Nie pamiętam tego aż tak dobrze - przyznał. - Byłem bardzo młody, gdy tu trafiłem. Długo, długo uczyłem się jako akolita w archiwach.

Thresh wyciągnął dłoń z latarnią i wskazał Aylin odpowiedni budynek. W środku archiwa podobnie jak biblioteka trzymały się nieźle. Były pełne duchów i upiorów, ale architektonicznie pozostały nienaruszone. Z tej odległości prezentowały się wyjątkowo dobrze. Budynki za czasów swojej świetności przed spaczeniem zawsze imponowały Threshowi.

- Co się stało zatem?

- W dalekim królestwie Camavor żył kiedyś młody król - zaczął Thresh, kierując się kamienną ścieżką w dół zbocza. - Miał żonę, zwykłą, niewinną szwaczkę. Kochał ją, kochał ją do szaleństwa. I to szaleństwo zgubiło jego, ją i cały ich kraj. I także nasze Wyspy.

Aylin słuchała go jak oczarowana. Mroczna historia, której oczekiwała, była o wiele piękniejsza, niż kiedykolwiek by przypuszczała. Thresh opowiadał ją też w szczególny sposób - nie była długa, ale mówił powoli tak, by Aylin przeszła z nim tak dużo, jak się tylko by dało.

Kobieta nie czuła tego, ale Thresh idealnie to widział - płynącą w jej żyłach jasną, życiodajną wodę. Raziła jego oczy i sprawiała, że po plecach raz po raz przechodził mu dziwny dreszcz. Jednak z każdą sekundą przebywania poza Bractwem, wśród spaczenia i Mgły, magia się ulatniała. Jasno błyszcząca zaczynała przygasać. Thresha cieszyło to, że naprawdę niewiele trzeba było, by usunąć życiodajną magię z kobiety.

- Gdy królowa zaniemogła, szukał ratunku wszędzie tam, gdzie tylko się dało. Znalazł nasze Błogosławione Wody, ale pomoc okazała się przyjść za późno. Jego królowa umarła, a on, zrozpaczony i wściekły, nie chciał przyjąć tego do wiadomości.

Thresh pamiętał ten dzień idealnie. Zmęczonego, straconego dla życia króla z trupem pięknej kobiety na rękach. Sam otworzył mu wtedy wrota do Źródła. To, co stało się zaledwie chwilę później, zaskoczyło wszystkich.

- Wrzucił jej ciało do życiodajnej wody - ciągnął Thresh. - To jednak nie pomogło. Woda potrafiła zawrócić z przedsionka śmierci tak, jak ciebie, ale nie potrafiła przywrócić do życia. Ten jawny gwałt na prawach natury dużo kosztował króla. Sprowadził na nasze Wyspy to, co nazywane jest Ruinacją, zniszczeniem i przekleństwem.

- Co się stało z królem i królową?

- On śpi, wściekły i zaklęty w swoim mieczu tuż przy Źródle - odparł Thresh. - A ona… nikt nie wie, co stało się z nią. Jest gdzieś, czasami słychać jej szloch. Nikt nie wie jednak gdzie.

Aylin westchnęła tylko.

- To taka smutna historia - zauważyła.

Thresh parsknął tylko. Zeszli ze wzgórza i kierowali się teraz szeroką, kamienną drogą w stronę portu. Tutaj było o wiele więcej upiorów i duchów - z dala od Bractwa stawały się też coraz bardziej nachalne. Nie zbliżyły się, jasno świecąca latarnia Thresha przypominała im, jak niewiele trzeba, by zostać uwięzionym w więzieniu Strażnika.

- T-thresh?

Upiór zerknął na Aylin. Brunetka trzymała się bardzo blisko niego, patrząc to w prawo, to w lewo, na przemykające coraz częściej w mroku upiory. Magia błogosławionej wody niemal całkowicie z niej wyparowała. Kobieta zaczynała to zapewne czuć - niebezpieczeństwo i otaczający ją coraz bardziej mrok. Tatuaże, które miała, zabraniały jednak jej duszy oddzielić się od ciała. Chroniły ją nie mniej niż życiodajna woda.

- Nie podejdą bliżej - zapewnił ją. - Nie do mnie.

- Możemy… możemy wrócić? - zapytała go cicho.

Zerknął na nią z uwagą i od razu poczuł, że popełnił błąd. Widok kobiety sprawiał, że po plecach upiora przeszedł nieznośny, mroźny dreszcz. Thresh zacisnął mocniej szczękę i wyjął ramię z uścisku Aylin. Kobieta zerknęła na niego błagalnie, zaraz jednak wtuliła się w bok Thresha, gdy otoczył ją całą.

Sam nie miał pojęcia, dlaczego to robi, ale widok przerażonej brunetki sprawiał, że coś w środku ściskało go mocno. W jednej chwili chciał ją zabrać daleko stąd, nie do Twierdzy, nawet nie do Bractwa, ale daleko, daleko poza Wyspy Cienia, do spokojnych krajów, gdzie piękno, dobro i słońce wypaliłoby jego spaczoną magię do cna i zabiłoby go na miejscu.

- Żaden upiór nie podejdzie do ciebie, gdy tu jestem, Aylin - zapewnił ją, zawracając jednak z obranej ścieżki. - Aylin?

- T-Thresh…

Wyglądała bardzo słabo. Nagle jej dotąd zaróżowione policzki zbladły, kobieta zapadła się też jakby sama w sobie. Zaczęła słaniać się na nogach, coraz słabiej przytrzymując się upiora.

Thresh pomyślał, że nawet jeśli spaczona magia Wysp dość dobrze poradziła sobie ze zniwelowaniem mocy błogosławionej wody, nie daje rady wydrzeć duszy z ciała kobiety. Próbuje jednak, a każda taka próba zdecydowanie osłabiała brunetkę. Być może zbyt mocno osłabiała.

Z dziwnym pomrukiem umieścił latarnię przed sobą i wziął kobietę na ręce, mocno przyciskając ją do siebie. Spacer nie trwał długo, ale dość daleko zaszli. Szybki krok Thresha pozwolił jednak upiorowi zanieść Aylin do Bractwa w ciągu kilku chwil. Thresh przestąpił nad skruszonym murem, ignorując nieprzyjemne ciarki, które zaczęły przebiegać mu po ciele. Usadził Aylin na kamiennej ławce przy jasno świecącej latarni i ujął w dłoń jej bladą twarz.

- Aylin?

Oddychała ciężko i nierówno, ewidentnie też się bała. Być może to nie sama magia Wysp doprowadziła ją do tego stanu, ale jej własny strach sprawił, że Mgła zaczęła mocniej szarpać jej jestestwo. Thresh odetchnął ciężko i ściągnął z rąk rękawice. Szponiasta dłoń nie była w żaden sposób zachęcająca, ale pozwalała na bezpośredni dotyk.

Gdy Thresh przyłożył palce do policzka Aylin, coś zapiekło. Magia błogosławionej wody nie wyparowała do końca tak, jak myślał. Paliła jego palce i sprawiała, że kości ściskały się mocno. Nie cofnął jednak dłoni.

- Oddychaj, Aylin - poradził cicho. - Jesteś już w Bractwie, oddychaj.

Z każdą mijającą sekundą brunetka uspokajała się coraz bardziej, a ręka Thresha paliła coraz mocniej. W końcu, gdy na policzkach kobiety zauważyć się dało ten żywy odcień różku, Thresh cofnął dłoń. Piekła tak, jakby wsadził ją w rozgrzane węgle. Nie błyszczała też magią Wysp - była ciemna i martwa. Thresh starał się nie zwracać na to uwagi. Założył rękawicę i podniósł podbródek dziewczyny nieco do góry.

Mimo że kucał przed nią, a ona siedziała na niskiej, kamiennej ławce, wciąż był od niej wyższy. Thresh z ulgą stwierdził, że powrót do Bractwa jednak wystarczył - kobieta odzyskiwała siły, a jej spojrzenie znów stało się błyszczące i żywe.

- Cóż, przynajmniej wiesz, jak daleko dasz radę zajść - parsknął śmiechem, opuszczając ręce.

- Tylko, jeśli będziesz obok - odpowiedziała cicho.

Thresh nie odpowiedział. Podniósł się i mimowolnie zacisnął dłoń na latarni. Z niezadowoleniem stwierdził, że część dusz zdołała uciec, korzystając z magii błogosławionej wody. Palce zazgrzytały o metal, ucinając silną magią ucieczkę kolejnych dusz. Dwie czy trzy przepołowione zostały przez to w czasie skoku. Aylin, mimo że stała tak blisko tego wszystkiego, nie zauważyła, nie usłyszała, ani nie wyczuła nic. Wiele rzeczy z Wysp nadal pozostawało dla niej niewidocznych. Na szczęście.

- Wróć do Yoricka - poradził Thresh. - Odpocznij.

Kobieta zerknęła na niego dziwnie tęsknym wzrokiem. Threshowi nie podobało się do końca to, jak na niego patrzyła, ani to, jak na to reagował.

- Przyjdę jeszcze - mruknął po chwili.

- Dzisiaj? - zagaiła.

- Nie - zaprzeczył szybko, być może nawet za szybko.

Znowu to spojrzenie. Było tak uporczywe i pełne tęsknoty, że miał ochotę ciągle w nie patrzeć i jednocześnie nigdy więcej nie wiedzieć tego wzroku. Nadludzką siłą, z ogromną niechęcią zerknął w bok, gdzie nie widział Aylin i gdzie łatwiej mógł się skupić na własnych myślach.

- Niedługo - mruknął. – Przyjdę.

Zauważył kątem oka, jak kiwa głową. Nie chciał patrzeć, czy był to radosny, czy raczej spokojny gest. Przestąpił nad skruszonym murem i nie obracając się, zniknął w mroku i Mgle.

5. głód


Praca w laboratorium w Twierdzy pełna była krzyków, jęków, próśb, przekleństw, warczenia i szeptów Mgły. Zwłaszcza na dolnych poziomach, gdzie zamknięci byli więźniowie, narzekanie i szał były na porządku dziennym. Zwykle to nie przeszkadzało Threshowi, dzisiaj jednak dość wcześnie skończył swoje eksperymenty i zamknął się w górnych komnatach, gdzie było ciszej i spokojniej, gdzie mógł po prostu pomyśleć.

W rogu dużej komnaty stał gramofon. Urządzenie wyrzucił kilkanaście lat temu na brzeg sztorm i okazało się, że po wysuszeniu i kilku naprawach wciąż działa doskonale. W skrzyni, w której Thresh znalazł gramofon, znajdowało się też kilka płyt. Słuchał ich wszystkich i znał tę muzykę na pamięć. Była niespokojna, chaotyczna, żywa, całkowicie inna niż ta, którą pamiętał z czasów, gdy Wyspy Cienia nie były jeszcze Wyspami Cienia.

Gramofon grał teraz jedną ze spokojniejszych nut. Thresh siedział w swoim fotelu, a w kruszejącym kominku palił się samoistnie zielony, przeklęty płomień. Zaczynała zapadać noc, już ponure i pochmurne niebo stało się jeszcze bardziej ponure i pochmurne, a z zakamarków spaczonych wysp wychodzili przeklęci do cna mieszkańcy.

Thresh widział to przez szerokie okno, witraż, w którym brakowało ponad połowy szkieł. Reszta migotała w nikłym blasku płomieni, opowiadając historię jakiegoś wielkiego, magicznego wydarzenia, bitwy z Żelaznym Królem, gdzie na końcu pojedynku spłonął i on, i jego generał. Obaj wojownicy przedstawiani byli jako tytani w ciemnych, surowych zbrojach. Thresh jednak wiedział, że generał nie był wysoki i na pewno nie nosiłby tak potężnego ochraniacza na krocze.

Strażnik Łańcuchów wpatrywał się w morze, widoczne za Mgłą. Woda była spokojna, cicha, co było właściwie czymś niezwykłym. Thresh zmrużył oczy i zauważył w oddali szarżującego donikąd Hecarima. Oszalały wojownik prowadził za sobą równie szalone co on wojsko. Thresh po chwili odwrócił od niego spojrzenie - widok Hecarima nie był dla niego czymś ani niezwykłym, ani zajmującym.

Za to w tym momencie chętniej zobaczyłby się z Aylin. Zniesmaczony własnymi pragnieniami i myślami wciąż odmawiał sobie tego spotkania, już trzeci dzień siedząc w swojej Twierdzy, z czego połowę z tego czasu - samotnie w swoich komnatach. Jednak im bardziej się karał za swoje marzenia, tym mocniej i natrętniej one wracały. Były niczym głód, dręczący, nieprzyjemny i nieprzemijający.

W końcu Thresh parsknął i podniósł się, wyciągając dłoń. W jednej chwili stojąca na szafce niedaleko latarnia znalazła się w jego ręce, palce w metalowej rękawicy zacisnęły się na uchwycie przedmiotu, a znajdujące się w środku dusze zakotłowały się z przestrachem. Thresh nie zwrócił na nie żadnej uwagi - bały się i dokładnie tak miało być. Gdy przestawały odczuwać wobec niego strach, boleśnie przypominał im o tym, kto jest panem, a kto nie ma żadnych praw.

Gdy wyszedł z Twierdzy, mrok ogarnął już całe Wyspy. Było ciemno, a Mgła uniosła się i szeptała szaleńczo. Wyspy Cienia nigdy nie były przyjemnym miejscem, ale nocą stawały się wyjątkowo złe.

Thresh minął zniszczony park, bibliotekę i archiwa. W końcu znalazł się na tyłach Bractwa i odetchnął głęboko. Była noc. Mimo że na Wyspach zawsze było ciemno i ponuro, noc znacząco odróżniała się od dnia. Thresh pomyślał niezadowolony, że być może przychodzenie tu w nocy nie miało kompletnie najmniejszego sensu.

Szybko jednak zmienił zdanie, gdy zauważył Aylin. Siedziała niedaleko skruszonego muru, na niedużej, metalowej ławeczce. Obok niej stała latarnia, rzucająca jasne światło dookoła. Kobieta czytała coś z ogromnej, starej księgi. Wyglądała na skupioną, ale Thresh zauważył, że co rusz unosi swoje spojrzenie i krótko omiata teren za murem swoim wzrokiem.

- Nie za późno  na czytanie? - zapytał, podchodząc bliżej.

Aylin od razu spojrzała na niego, rozpromieniając się w jednej chwili niczym wychodzące nagle zza chmur słońce. Thresh mimowolnie uśmiechnął się na to w duchu - widok zadowolonej kobiety o dziwo bardzo mu się spodobał.

- Wróciłeś - wyszeptała, odkładając tom na ławkę i podchodząc do muru. - Nie było cię tak długo.

- Miałem dużo pracy - wyznał. - Jak idzie ucieczka z Wysp?

Kobieta odetchnęła ciężko. Thresh doskonale wiedział, że wypłynięcie z przeklętego portu jest mało możliwe - bez odpowiedniej ochrony brunetka nie będzie w stanie nawet wyjść poza teren Bractwa. Yorick był za słaby, by przeciwstawić się wszystkim upiorom, a nikt inny na razie nie raczył pomóc kobiecie. Thresh przeczuwał, że wyciągnięcie jej poza teren działania błogosławionej wody będzie zatem jedynie kwestią czasu.

- Czyli nie idzie - dodał, uśmiechając się lekko.

- Nie wiem nawet, od czego zacząć - wyznała. - Yorick mówi… mówi, że to nie będzie łatwe.

- Nic nigdy nie jest łatwe - parsknął Thresh.

Po prawej coś zaskowyczało, długim, nieprzyjemnym zewem. Aylin zerknęła tam płochliwie, cofając się o pół kroku w głąb ogrodu Bractwa. Thresh nie ruszył się nawet o milimetr, spokojnie próbując dostrzec niedostrzegalne we Mgle.

- To tylko upiory - mruknął po chwili. - Mniej świadome niż ja.

- Czasami… czasami podchodzą bardzo blisko - przyznała Aylin. - Zwłaszcza gdy siedziałam tutaj.

- Nie siedź tutaj zatem - parsknął ze śmiechem Thresh. - Jesteś żywa. Ledwo, ale żywa. Doskonale to czują. Garną do tego niczym ćmy do światła.

- Ty… ty się tak nie zachowujesz - zauważyła po chwili cichym głosem.

Thresh przeniósł wzrok z mroku Mgły na kobietę. Wpatrywała się w niego dziwnie tęsknie, z chorą, niezrozumiałą dla Thresha ufnością.

- Nie wszyscy, którzy tu żyli, zostali przeklęci - wyjaśnił. - Większość po prostu umarła. Ci, którzy mieli pecha, zostali. Ludzie o silnej woli zachowali więcej z siebie. Słabsi to przeklęte upiory bez inteligencji, czucia i jakichkolwiek zahamowań. Tacy właśnie jak oni.

Aylin zerknęła jeszcze raz płochliwie w stronę Mgły, ale już nic więcej się tam nie zakotłowało, ani nie zawyło. Thresh sądził, że to zapewne przez niego samego - był doskonale znany na Wyspach, każdy z duchów i upiorów starał się omijać go z daleka. Strażnik Łańcuchów zwykle był rozważny i spokojny, ale niewiele trzeba było, by wpadający mu do głowy kolejny, szalony pomysł sprawił, że zaczynał wyłapywać kolejne dusze z okolicy.

- Mówiłeś, że wiesz, dlaczego na te Wyspy spadło przekleństwo - zauważyła po chwili Aylin. - Opowiesz mi to?

- To długa opowieść - zauważył.

- Raczej nie narzekam teraz na brak wolnego czasu - odpowiedziała.

Thresh parsknął śmiechem. Tak, taki obrót sprawy był mu bardzo na rękę, dokładnie o czymś takim myślał, planując to wszystko.

- A może masz ochotę na spacer? - zapytał usłużnym tonem.

Dusze w latarni zawirowały ostrzegawczo - wołały ku kobiecie, by nie ufała upiorowi. Aylin nie potrafiła jednak usłyszeć ich niemych krzyków, mimo to Thresh mocniej ścisnął uchwyt, uciszając skutecznie martwych.

- Po Wyspie? - zapytała niepewnie. - Yorick mówił, żebym nie opuszczała Bractwa. Przynajmniej na razie.

Thresh zmrużył nieco oczy. Na razie? Co planował ten szalony grabarz? Thresh nie był tego pewny, jednocześnie też nie chciał zajmować sobie tym myśli - jeśli wszystko pójdzie tak, jak trzeba, kobieta jeszcze dzisiaj wyląduje w jednym z jego laboratoriów.

- Będziesz ze mną - zauważył Thresh, wyciągając dłoń ponad skruszony mur.

Ziemia Bractwa, mimo że wciąż przesycona życiodajną wodą, nie paliła go tak, jak obecność cieczy w niewielkiej flaszeczce, którą Yorick nosił zawsze ze sobą. Thresh zakładał, że mógłby wejść nawet dość głęboko na teren kompleksu bez szkody dla samego siebie. Nigdy jednak wolał tego nie próbować. Zasoby ksiąg i zwojów mogły być cenne, ale nie na tyle, by ryzykować spotkanie z Yorickiem i jego małym zapasem błogosławionej wody.

Tak czy siak, wyciągnięcie dłoni ponad tę umowną granicę skruszonego muru nie sprawiało żadnych trudności upiorowi. Jego wyciągnięta niemo dłoń, otoczona metalową rękawicą, nie była zachęcająca. Szponiaste palce, zimna stal i przebłyskująca pomiędzy kośćmi magia przeklętych Wysp odrzucały. Thresh jednak był dobrym aktorem i świetnie potrafił wykorzystać wszelkie atuty zarówno swoje, jak i sytuacji, w której się znajdował.

Być może dlatego bez żadnego zaskoczenia patrzył, jak kobieta ujmuje jego dłoń i powoli przechodzi ponad skruszonym murem, oddając się ufnie w objęcia tysiącletniego zła.