Pokazywanie postów oznaczonych etykietą izuna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą izuna. Pokaż wszystkie posty

Izuna: córka Palownika



NN sapnęła tylko. Wokoło niej zbierało się coraz więcej żołnierzy, białych, cichych demonów. Madara westchnął i podniósł się. Towarzyszący mu Sasuke i Tobi mocniej chwycili broń.

- Skarbie… nie zdołasz pokonać ich wszystkich. – NN uśmiechnęła się upiornie.

- Spokojnie, Naomi. Też wzięliśmy ze sobą armię.

Obok Tobiramy stanął Izuna. Splunął pod nogi Naomi i uśmiechnął się wrednie.

- Izuna… - Madara jęknął tylko.

- Gdzie jest ta wasza armia? – NN zaśmiała się tylko. – Słońce?

Izuna skinął głową ku wzgórzu. Wszyscy zwrócili tam głowy, poczynając od NN, poprzez Uchiha, Naruto, a kończąc na pozostałych ninja Zjednoczonych Sił. Swoje spojrzenie przeniósł tam też zarówno Pierwszy, jak i Drugi Cień.

- Na bogów… - jęknął Tobirama.

- Mam migawki spod wodospadu – zawtórował mu Hashirama.

NN zacisnęła zęby i warknęła, a jej zastępy ruszyły na wzgórze. Na jego szczycie stał samotny wojownik. Poszarpany płaszcz łopotał na wietrze i mimo, że szarżowało na nią miliony spaczonych ciał, Malak nie ruszyła się na krok. Wyciągnęła swój miecz i uniosła go do góry.

- Thar’n-da s’ yin’tekai!

Jej słowa pozostały niezrozumiane dla większości. Odpowiedziało jej jednak miliard dusz, równym, silnym głosem krzycząc za nią to samo zdanie. Khalida wskazała cel, a jej wojsko ruszyło natychmiast. Ona sama także ruszyła do boju. Pole bitwy znaczyły makabryczne ślady jej przejścia – na wysokich palach szarpali się przebici żołnierze NN, rycząc z bólu i trwogi.

- Chyba po ciebie idzie. – Izuna uśmiechnął się tylko, przechylając głowę na bok. – Słońce.

  

Sasuke: dom

 


Ulica klanu Uchiha już od dobrych dziesięciu lat nie była tak zatłoczona i pełna życia. Uśmiechnąłem się mimowolnie. Na głównym placu płonęło ognisko, a wokoło ustawiono ławy i stoły. Swoje miejsce znalazł tutaj Brzask i wszyscy ci, którzy pozostali z szanowanego niegdyś klanu wachlarzy.

Madara nie opuszczał Malak na krok. Nie znałem tej kobiety, ale domyślałem się, że to o niej mówił nie raz w pełnych żalu i tęsknoty słowach. Dwójce często towarzyszył Izuna i ten cichy Tobirama. Z kolei mistrzyni, pomimo ostrych słów przed bramą, dawała się zauroczyć Itachi’emu po raz kolejny. I nie sądziłem, by któremukolwiek z dwójki to przeszkadzało.

- Sasuke!

Jęknąłem, gdy ktoś z hukiem wpadł na mnie całym ciężarem własnego ciała.

- Naruto, idioto – parsknąłem. – Jesteś ciężki. Oszczędzaj z tym ramenem, co?

Uzumaki zaśmiał się tylko i przysiadł się obok mnie. Skrzywiłem się nieco. Ten prostolinijny idiota. Jemu jako jednemu z niewielu mój powrót w takich okolicznościach i takim towarzystwie kompletnie nie przeszkadzał.

- Mistrz Kakashi mówi, że teraz będziemy mieć szanse w walce – zauważył. – Chce nas sprawdzić jutro na polanie. Ciebie też, Sasuke!

Zmarszczyłem brwi. Widziałem jak mistrzyni Chiva rozmawiała z mistrzem Kakashim. Nie pomyślałem jednak, że sprawy przybiorą taki obrót. Teraz Thwei siedziała z Itachi’m, cicho rozmawiając o czymś, co zapewne było niezwykle ważne dla dwójki.

- To twój brat, prawda? – Uzumaki stał się nieco spokojniejszy. – Wszystko skończyło się jednak dobrze między wami.

Pokiwałem głową. Uzumaki uśmiechnął się lekko. Ten młotek… przez te trzy lata mojej nieobecności wyrósł, spoważniał i zapewne urósł w siłę nie mniej, niż ja. W takim wypadku reaktywowanie drużyny siódmej nie wydawało mi się być takim wielkim problemem i tak dużą głupotą.

- Mistrz Kakashi powiedział, że możemy wszystkim tutaj zaufać – westchnął Naruto. – Nawet… tym z Brzasku.

- Itachi jest w Brzasku – zauważyłem.

Naruto pokiwał tylko głową.

- Czemu tu siedzicie? – Do naszego stolika podszedł Izuna. – Nie powinniście znaleźć sobie dziewczyn?

- I kto to mówi, mistrzu! – Naruto wyszczerzył tylko ząbki.

Izuna stuknął go dwoma palcami w czoło. Poczułem się dziwnie. Ten gest towarzyszył mi od maleńkości, a teraz wracał do mnie ze zdwojoną siłą.

- Idź ty już podrywać Hyugę – westchnął.

- Hyugę? – zdziwił się Naruto. – Ale…

- Naprawdę, nie zauważył tego przez tyle lat? – parsknąłem śmiechem.

- Nie. – Izuna westchnął.

- O co wam chodzi?! – Uzumaki oburzył się widocznie.

Zaśmiałem się tylko. Ten młotek. Nie, jednak nie dorósł nawet odrobinę. Rozwrzeszczany, nieświadomy niczego dzieciak z mocą wielkich tego świata.

- O nic, Naruto – odparłem.

- Eh… - Izuna westchnął tylko głęboko. – Hinata! Oj, Hinata! Hinata, chodź tu natychmiast!

Młoda panienka Hyuga posłusznie podeszła. Skłoniła się przed każdym z nas z szacunkiem.

- M-mistrzu? Sasuke. – Jej wzrok osiadł na postaci Uzumakiego, momentalnie sprawiając, że kobieta zaczerwieniła się mocno. – Naruto?

- Hinata, Naruto się źle czuje, możesz go wziąć na spacer? – Izuna machnął ręką na dwójkę. – Świeże powietrze znad rzeki dobrze mu zrobi.

- Ale mnie nic nie…

- A zaraz może być. – Głos Izuny był zimny i nieprzyjemny.

Naruto przełknął tylko ślinę i po chwili niezręcznie ruszył z Hyugą nad rzekę. Izuna natomiast odetchnął i przysiadł naprzeciw mnie.

- Mistrzyni mówi, że czeka nas coś złego – zauważyłem cicho.

- Owszem – potwierdził Izuna. – Skoro jednak jesteśmy tu już wszyscy, powinno pójść nam z tym o wiele łatwiej, Sasuke.

Odetchnąłem. Spojrzałem wokoło. Część członków Brzasku siedziała przy ognisku, ciesząc się swoim towarzystwem. Reszta rozmawiała, zabawiając młode dziewczę o białych włosach. Madara i Khalida zniknęli, tak samo zresztą, jak mistrzyni i Itachi. A mnie, nie wiedzieć czemu, nagle zrobiło się strasznie smutno i samotnie.

- Coś cię martwi, Sasuke? – zapytał Izuna.

- Nie – skłamałem.

- Pan Sasuke kłamie. – Na ławę przy naszym stole wdrapała się Arystea, wychowanica Brzasku. – Martwi się, bo mu smutno i nie wie, czy wszystko się uda. Ale się uda. Itachi jest już w domu, a niedługo wszyscy znajdą swoje serduszka do kochania.

Skrzywiłem się tylko, słysząc małą.

- Ar, miałaś nad tym panować. – Izuna uśmiechnął się tylko.

- Kiedy to prawda! – oburzyła się widocznie. – I pan też nie musi się martwić. Nawet jeśli będzie pan czekał z nas wszystkich najdłużej, panie Izuna.

 


Madara: ona

 


Grabarz śpiewał cicho jakąś zapomnianą, pogrzebową pieśń. Obok niego, na koźle, siedziała Chiva, otulona płaszczem, oparta o ramię siwowłosego. Sasuke z kolei opierał się plecami o jedną z trumien, niespokojnie spoglądając to w prawo, to w lewo. On, podobnie jak ja, denerwował się tą całą podróżą, a w szczególności jednak tym, co miało być przy jej końcu.

W końcu drzewa zaczęły stawać się zbyt znajome, a my obaj – nazbyt zdenerwowani. Westchnąłem tylko i wyprostowałem się. Sasuke obrzucił mnie nerwowym spojrzeniem. Wiedziałem, że wolałby ruszyć do boju, niż mierzyć się z przeszłością. Tak samo zresztą, jak i ja.

- Nie śpij, maleńka. – Grabarz poruszył się, budząc Thwei. – Jesteśmy na miejscu.

Uniosłem głowę. W moim sercu coś zabiło mocniej, coś innego zmroziło wszystkie żyły. Liść. Brama Liścia. Odetchnąłem tylko i podniosłem się, zeskakując z wozu. Sasuke zrobił to samo.

Tuż przed bramą Grabarz zatrzymał klaczkę. Zarżała cicho i wstrząsnęła łbem. Odetchnąłem tylko i poklepałem Sasuke po ramieniu.

- Dasz radę, młody – mruknąłem, chociaż sam nie byłem już niczego pewny.

Pokiwał tylko głową w milczeniu i odgarnął włosy z czoła. Podeszliśmy do Grabarza, który rozmawiał właśnie ze strażnikami. Przy bramie stał też ktoś jeszcze. Grabarz zasłaniał go swoim ciałem, a ja pozostałem przy klaczce, głaszcząc zwierzę po szyi.

- To znaczy? – Usłyszałem kobiecy głos. – Co to znaczy, że masz dla mnie niespodziankę, Daksza?

Uniosłem nagle spojrzenie, wciąż odwrócony plecami do bramy. Ten głos… nie słyszałem go prawie sześćdziesiąt lat, ale doskonale pamiętałem ten głos. Był jedyny w swoim rodzaju, niczym łagodny dźwięk tysiąca srebrnych dzwoneczków. Zapowiedź ogromnej rozkoszy i niewyobrażalnego bólu.

- Tak, Itachi jest we wiosce, przyjdzie za chwilę, odnosił tylko coś do Hatake. Daksza? Czemu się tak śmiejesz?

Odwróciłem się powoli. Na bogów… tyle lat szukałem i czekałem. Przez tyle lat mijałem się z nią w tylu miejscach, przez tyle lat goniłem za duchem. Aż w końcu… tam, gdzie najmniej jej bym się spodziewał…

- K-Khalida?...

Grabarz odsunął się i dziewczyna w końcu mogła mnie zobaczyć. W jej oczach widniało zaskoczenie, nie mniejsze, niż zapewne w moich. Opuściłem ręce z szyi klaczki i zrobiłem jeden krok.

- Madara?...

Grabarz zachichotał po wariacku. Ja natomiast jęknąłem i podszedłem do dziewczyny, mocno wtulając ją w swoje ciało.

- Błagam, nie znikaj – wyszeptałem. – Proszę cię, nie znikaj.

- Madara…

- Tylko mi znowu nie znikaj, Khalida.

- Madara.

Wtuliła się w mnie mocno. Jęknąłem tylko, odsuwając się nieco. Ująłem jej twarz w dłonie i uśmiechnąłem się.

- To naprawdę ty – wyszeptałem. – Khalida… gdzieś ty była przez cały ten czas?

- J-ja… - zaczęła. – I Daksza… znaczy Grabarz… i…

- Grabarz? – zdziwiłem się, po czym spojrzałem na siwowłosego. – Wiedziałeś przez cały ten czas?

Mężczyzna zachichotał i rozłożył ręce na bok.

- Nigdy nie pytałeś – wymruczał.

Prychnąłem tylko. Paczcie go. Nigdy nie pytałem.

- Madara. – Khalida odgarnęła z mojego prawego oka grzywkę, czym na powrót zwróciła całą moją uwagę na siebie.

- Na bogów, jesteś tak samo piękna jak w dzień, gdy ostatni raz cię widziałem, Khalida.

Zaczerwieniła się widocznie. Chciała wysunąć się z moich rąk, ale nie pozwoliłem jej na to. Nie tym razem.

Zamruczała cichutko, gdy zanurzyłem się w jej ustach. Przymrużyła oczy, oparła się o mnie i objęła mnie mocno. Na bogów ziemi i nieba! Jak bardzo, bardzo mi tego brakowało.

Odsunąłem się nieco od Khalidii i odetchnąłem. Malak też westchnęła, opierając czoło o mój tors. Gdzieś tam wciąż chichotał Grabarz. Jego szatański plan w końcu się mu zapewne udał.

- Madara? Co ty tu… S-sasuke?...

Uniosłem spojrzenie i zamarłem. Przede mną stał Itachi. A za mną, o ile wciąż dobrze pamiętałem, znajdował się najmłodszy przedstawiciel klanu Uchiha.

 


izuna: ulica klanu Uchiha

 


Izuna odetchnął tylko i uśmiechnął się lekko. Ulice klanu Uchiha, po raz pierwszy od ponad dziesięciu lat, rozświetliły się całe blaskiem latarni. Słychać w końcu było tutaj glosy, krzyki i śmiech.

Pomysł, żeby to właśnie tu umieścić członków Brzasku, przyszedł do umysłu jego i Khalidii tak naturalnie i nagle, że wcale nie sprzeciwiali się temu. Żadnych obiekcji nie wyrażał też Hatake, który w czasie niedysponowania Piątej pełnił jej obowiązki i niedługo miał być nadany mu tytuł Szóstego Cienia.

Brzask sprzątnął ulicę, zajął też część domów. Mieszkania zostały uporządkowane i wyposażone. Każdy z przestępców, być może pierwszy raz od dłuższego czasu, w końcu miał własny kąt i coś, co mógłby w lepszych czasach nazywać domem.

Ale czasy nie były dobre. Izuna odetchnął i potarł kark rękoma. Czekała ich wojna, bitwa, jakiej jeszcze nie widział ten świat. Myśl, że mogliby stanąć do walki wszyscy razem, była szalona i realna.

 - Gdybyś jeszcze tu mógł być, Madara – westchnął cicho Izuna.

Sam z Khalidą zajął swoje stare domostwo. Budynek był najbardziej zapuszczony ze wszystkich, równie dobrze mogli go zburzyć i wybudować od nowa. Izuna wątpił, by od czasu, gdy Rumi odeszła, dom był używany przez kogokolwiek. Kilkadziesiąt lat zaniedbywania dało się odczuć.

Uporządkowanie pokoi zajęło im dwa dni, a naprawa dachu – kolejny dzień. Z pomocą na szczęście przyszli pozostali członkowie Brzasku i, o dziwo, uczniowie Izuny. Dystans i nieufność było czuć w powietrzu. Mimo to wszyscy pracowali razem. Izuna znał już takie odczucia – tak samo było wtedy, gdy z Senju razem trenowali u Ibota.

Niebo nad wioską było jasne i przejrzyste. Uchiha odetchnął świeżym, porannym powietrzem. Obiecał swoim uczniom i Hatake, że dziś jeszcze z nimi potrenuje.

Przez uliczkę szedł właśnie Hidan, a u jego ręki uwieszała się młoda panienka Senju. Z tymi jasnymi włosami przypominała mi Tobiramę, z ciepłymi oczyma – Hashiramę. Ale chakra, która się z niej wydobywała, nie należała do żadnego z nich. Była inna, szczególna, obca. I, o ile czułem dobrze, było jej nienaturalnie dużo.

- Co tu jeszcze robisz, Izuna?

Khalida. Odwróciłem się do niej i uśmiechnąłem lekko. Malak miała zaspany wzrok i wyglądała wyjątkowo uroczo. W moim sercu wciąż, pomimo tylu lat, zajmowała szczególne miejsce. A mimo to wiedziałem, że nic z tym nie zrobię. W jej sercu to szczególne miejsce zajmował mój brat i nijak nie mogłem z tym walczyć.

- Za chwilę pójdę na trening – odpowiedziałem. – Czemu już nie śpisz? Jest jeszcze wcześnie.

- Grabarz chciał się spotkać pod bramą – wyjaśniła, zawiązując włosy w nieporządny kucyk.

- Grabarz?

Malak westchnęła i skinęła głową. Ziewnęła, przeciągnęła się mocno, kusząco wyginając się w tył. W myślach to przepraszałem, to przeklinałem Madarę. Tak, czy siak, ciężko było mi oderwać wzrok od kobietki.

- Pójdę po Itachi’ego – poinformowała po chwili. – Grabarz chciał, abym przyszła z nim. A gdzie Tobirama?

- Poszedł do wioski godzinę temu – odparłem, też podnosząc się. – W końcu trafił do Liścia, Khalida. Potrzebuje trochę czasu.

Pokiwała tylko głową.

- Przypilnuj, żeby wrócił wieczorem – poprosiła.

- Oczywiście, słońce.

Malak zniknęła po chwili w bramie klanu, a ja zapiąłem swój sztylet w rękach i ruszyłem na polanę treningową.

 


Kakashi: Brzask

 


Wstałem i odetchnąłem tylko. A więc w końcu to moje zaufanie mnie zgubiło. I to w takiej sytuacji. W takich czasach.

- Kakashi…

- Pozwoliłem ci na tyle rzeczy, Khalida – westchnąłem, zakładając ręce na pierś. – W końcu obróciło się to przeciw mnie.

Odetchnęła tylko. Stojący za nią członkowie Brzasku zerknęli na mnie spode łba, ale nie odezwali się za wiele. Było w nich coś dziwnego. Zachowywali się niczym porzucone na ulicy dzieciaki. Część z nich usiadła cicho na trawie, część stała w milczeniu, a jeden trzymał na rękach wyjątkowo spokojne dziecko. Wszyscy byli ranni, poszarpani i brudni.

- Pomóż nam – poprosiła.

- Wam? – skrzywiłem się mocno. – Khalida, Brzask zaatakował nasza wioskę! Wszyscy…

- Pomóż nam – powtórzyła. – Sami nie damy jej rady.

Wzdrygnąłem się. Ta szalona Malak. Pierwszy raz widziałem ją tak bardzo zdesperowaną. Odetchnąłem tylko i podrapałem się w kark.

- Wytłumacz mi wszystko – mruknąłem. – Wszystko, Khalida.

Pokiwała głową i usiadła na trawie, a ci z Brzasku, którzy jeszcze stali, poszli za jej przykładem. Sam też usiadłem, zmęczonym spojrzeniem ogarniając całą ferajnę. Czułem, że znów robię coś głupiego, ale nie potrafiłem przestać. Nie potrafiłem jej odmówić niczego.

- Gdzie Uchiha? – zapytałem tylko, nie widząc wśród zbieraniny dwóch brunetów.

- Tobirama jest na granicy z Wiatrem, zabezpieczył nam odwrót – odpowiedziała. – Izuna jest w Dworze. Zbiera moje wojsko.

Zamrugałem oczyma. Czułem, że im więcej odpowiedzi dostanę, tym więcej pytań się zrodzi.

- Z kim walczymy?

- Nazywają ją NN – odparła, a kilku członków Brzasku skrzywiło się mimowolnie. – Ale tak naprawdę nazywa się Nefretetti Naomi. Była córką Hagamoro. A ja byłam bardzo głupia, pozwalając jej aż na tyle.

- To znaczy?

- Myślałam, że Naomi zbiera demony, żeby podbić świat – odparła. – Ogoniaste to potęga, ogromna siła. Ale… chyba chodzi o coś więcej, Kakashi. Nie mam pojęcia tylko, o co.

Westchnąłem, mrużąc oczy. Malak rzadko była czegoś niepewna. I rzadko przychodziła też z prośbami o pomoc. Ale siedziała tu, naprzeciw mnie, w imieniu całej tej bandy przestępców, błagając o schronienie.

- Naruto będzie potrzebował ochrony – zauważyła. – Możemy pomóc sobie nawzajem.

- Chcesz, żeby Brzask chronił Naruto? – parsknąłem. – To bardzo ironicznie, nie sądzisz?

Khalida uśmiechnęła się tylko krzywo. Za jej plecami siedział białowłosy kosiarz, Hidan. Pomiędzy swoimi nogami przytrzymywał młodą, białowłosą dziewczynę. Dziecko mogło mieć zaledwie osiem lub dziewięć lat.

- Jestem głodna, Hidan… - wyszeptała mała.

- Wiem, Ar. – Anihilista uśmiechnął się do niej słabo. – Wytrzymaj jeszcze trochę, dobrze?

Pokiwała główką i przytuliła się mocno do niego.

- Co to za dziecko? – zapytałem.

- Arystea Senju, prawnuczka Hashiramy Senju – odpowiedziała Khalida. – Jedyna posiadaczka linii krwi, którą zwą Oś Świata.

- Oś Świata?

- Pana tato już doszedł do światła, panie Kakashi – cichy głos Arystei rozległ się wokoło. – Jest szczęśliwy z pana mamą. I powiedział, że jest z pana dumny, bo wciąż ufa pan wszystkim głupcom na swojej drodze. – Arystea zrobiła nieszczęśliwą minkę i spojrzała na Hidana. – To bardzo brzydko mówić na kogoś, że jest głupi, prawda?

- Bardzo, mała. – Hidan uśmiechnął się tylko.

Westchnąłem tylko. Ta mała… nie wiedziałem, ile wie od Malak, a ile sama zgadła. Ale pewnych rzeczy po prostu nie można znać od tak. A na pewno nie takich, o których mówiła przed chwilą.

- Zbieramy siły do walki – wyznał Kakashi, wstając. – Nie do końca wiemy tylko, z czym. Myślę jednak, że przyda się każda pomoc.

Khalida odetchnęła tylko i uśmiechnęła się. Wstała, a wraz z nią wstał cały Brzask.

- Khalida!

Dziewczyna odwróciła się, a członkowie Brzasku natychmiast dobyli broni. Szybko jednak opuścili ją, widząc jedynie Konan, u której ramienia zwieszał się wyczerpany ponad wszelką miarę Nagato.

- Nie tego chcieliśmy dla Brzasku – jęknęła kobieta, uginając się tuż przed Malak.

- Uciekliście? – zdziwił się Kakuzu.

- NN… Khalida… NN… - Nagato zakaszlał. – NN zbiera armię.

 


Sasori: tylko jedna bajka

 


Kisame i Itachi zajęli jeden pokój, a Deidara drugi. Arystea odmówiła spania osobno w czwartym, wolnym łóżku, wciskając się pod pościel razem z Uchihą. Itachi nie zaoponował, wręcz przeciwnie – o ile mi się dobrze wydawało, przyjął ten fakt z pewną dozą ulgi.

Dorzuciłem do paleniska trochę drew. Było chłodno, a ogień ogrzewał zarówno salon, jak i oba pokoje. Wolałem, żeby nikt nie przeszkadzał mi w pracy, nie chciałem też słuchać kolejnego narzekania Deidary na katar.

Był środek nocy, a ja dopiero złożyłem ogon Hiruko w całość. Zniszczona w ostatniej walce dłoń Cienia Wiatru też wymagała naprawy i nowych pieczęci. Westchnąłem i odłożyłem na bok Hiruko, wyjmując zwój z moją ulubioną kukłą. Rozpieczętowałem ją i ułożyłem równo przed sobą.

Drzwi do sypialni, w której spał Itachi i Kisame, otworzyły się. Zerknąłem tam i zmarszczyłem brwi, widząc drepczącą Senju. Miała na sobie o wiele za dużą koszulkę Deidary, w której niemal cała się topiła. Wyglądała wyjątkowo pociesznie i nieporadnie.

- Czemu nie śpisz? – skarciłem ją. – Jest późno, Ar.

- Czemu pan nigdy nie śpi, panie Sasori?

- Nie potrzebuję snu – odpowiedziałem. – Chcesz pić?

Pokręciła głową i przysiadła przed marionetką. Pogładziła palce kukły i westchnęła tylko. Może wyczuła, że kiedyś ten człowiek żył, a może po prostu spodobało jej się gładkie, czyszczone niemal do połysku drewno.

- Idź spać, Ar – mruknąłem.

- Mogę zostać z panem, panie Sasori?

- Nie spodobało ci się spanie z Itachim? – zauważyłem kąśliwie, a gdy zaczerwieniła się lekko, westchnąłem. – Eh, stanowczo za mała jesteś na takie uwagi.

- Nie jestem wcale mała! – oburzyła się.

- Dobrze, jesteś nieletnia na takie uwagi – odparłem. – Czemu chcesz tu siedzieć?

Mruknęła coś niewyraźnie pod nosem, odwracając wzrok na bok. Zmrużyłem oczy z uśmiechem. Senju zrobiła się ostatnio naprawdę dziwna. I, jak prawdziwa kobieta, zaczęła być bardzo kłopotliwa i niezrozumiała.

- Ar, mów wyraźnie – skarciłem ją, rozkręcając ramię kukły. – Albo wracaj spać.

- Opowie mi pan bajkę, panie Sasori?

Westchnąłem tylko, patrząc na nią niechętnie. Wiedziałem, że ten jeden raz, kiedy ostatnio opowiadałem jej bajkę, będzie się za mną ciągnął i ciągnął.

- Nie, idź spać – burknąłem. – Mam dużo pracy i nie mam czasu na bajki.

Nie odpowiedziała, ale też sobie nie poszła. Siedziała po drugiej stronie Cienia i kiwała się na piętach to w przód, to w tył. Jasne włosy wysunęły się z nieporządnego warkocza, odgarniała je raz po raz. Gdy kucała, sięgały aż do podłogi.

Wyjąłem drugi zwój i rozpieczętowałem odpowiednie części. Wymieniłem ramię kukły i wymalowałem na nim odpowiednie pieczęci. Złożyłem wszystko w całość z wyjątkową dokładnością i zapieczętowałem na powrót w zwojach.

- Teraz opowie mi pan bajkę, jeśli pan już skończył?

- Jesteś męcząca, Ar – westchnąłem, chowając zwoje.

- Proszę?

Westchnąłem tylko i usiadłem przed paleniskiem po turecku. Mała od razu wdrapała się na mnie i usadziła się pomiędzy moimi nogami. Oparłem głowę o rękę, której łokieć wsparłem o kolano.

- Nie pozwalasz sobie na za dużo? – zamruczałem, mimowolnie się uśmiechając.

- Proszę, panie Sasori – wyjęczała. – Tylko jedna bajka.

Westchnąłem tylko.

- Ostatnio też była tylko jedna – zauważyłem. – Idź spać do Itachi’ego, Ar.

Młoda panienka Senju robiła wybitnie niezadowoloną minkę, czym właściwie już topiła moje twarde i nieczułe serce. Odetchnąłem tylko głęboko, przymykając swoje oczy. Jeśli nie będę widzieć tej jej słodkiej, płaczliwej minki, może mała sobie po prostu pójdzie, czyż nie?

Ale nie, nie poszła sobie. Wręcz przeciwnie, wtuliła się we mnie jeszcze mocniej.

- Ar… przesadzasz.

- Tylko jedna?

Westchnąłem po raz kolejny i otworzyłem oczy. Arystea siedziała między moimi nogami i wtulała się we mnie całego. Ta mała, cholerna, irytująca dziewczyna. Nie zazdrościłem temu, który będzie ją musiał kochać w przyszłości.

Drgnąłem lekko. Jeśli Ar zostanie z nami dłużej, może nie mieć nikogo, kto ją będzie kochał w przyszłości. Nagle z tego powodu poczułem się zły i smutny. Senju mocniej przycisnęła się do mnie i wymamrotała coś niewyraźnie.

- Ar, nic nie rozumiem, jak tak mamroczesz – mruknąłem.

- Niech się pan nie martwi, panie Sasori – wyszeptała już wyraźniej. – Jeśli ani pan, ani reszta się nie zawahacie w odpowiednich momentach, wszyscy będą mieć kogoś, kto będzie ich kochał.

Skrzywiłem się mocno i postukałem Arysteę w czubek głowy.

- Miałaś tego nie robić – zauważyłem niechętnie. – Ar… to prywatne myśli, nie możesz ciagle się w nie wpinać.

- Kiedy to tak samo… - jęknęła płaczliwie. – Przepraszam, panie Sasori.

- Panuj nad tym – westchnąłem, prostując się. – Czy treningi z Kakuzu nic ci nie dały?

- Ale to tak do końca nie zależy od chakry, panie Sasori – zauważyła. – To raczej… tak samo się.

- Aha – westchnąłem. – Jedna bajka i wracasz do Itachi’ego, jasne?

Pokiwała ochoczo głową. Westchnąłem tylko i zacząłem opowiadać stare baśnie, które kiedyś opowiadała mi do snu babcia Chiyo. Nie były długie, nie były też krótkie. W sam raz, żeby zaspokoić dziecięce potrzeby i samemu nie zanudzić się na śmierć. Gdy skończyłem, Arystea ziewnęła i przytuliła się mocniej do mnie.

- No, no, no. – Odsunąłem ją od siebie niechętnie. – Spać, mała.

Arystea zeszła z moich kolan i skierowała się z powrotem do sypialni. Nim jednak tam dotarła, wróciła, ucałowała mnie mocno w policzek i już biegiem dopadła do drzwi. Westchnąłem tylko i uśmiechnąłem się. Ta mała, szalona dziewuszka nie przestawała mnie zaskakiwać.

 


Itachi: lalkarz

 


Zakaszlałem i zatrzymałem się. Ból w piersi spotęgował się mocno, zgiąłem się więc w pół. Na dłoni pozostały ślady jasnej, zapienionej krwi. Nie zostało tak wiele czasu, choroba postępowała coraz mocniej, ból był coraz większy, a Sasuke wcale nie miał widocznej ochoty w końcu za mną ruszyć.

- Możemy się zatrzymać, Itachi.

Kisame jak zwykle w tej sytuacji był usłużny i przyjacielski. Pokręciłem tylko głową, odkaszlnąłem tylko raz jeszcze i podniosłem się. Krew wytarłem w chusteczkę i odetchnąłem. Wciąż bolało, ale wiedziałem, że ból minie za chwilę.

Dziś było wyjątkowo źle. Przy ostatnim postoju ból był na tyle mocny, że przez godzinę nie potrafiłem ruszyć się z miejsca.

- Na świecie na pewno są na to jakieś sposoby – zauważył cicho.

- Próbowałem już wielu rożnych rzeczy – przyznałem.

Wiedział o tym. Gdy podróżowaliśmy razem, sam proponował nowe środki i zabiegi. Nic nie pomagało na tyle, by cofnąć chorobę.

- Czy wiemy, gdzie jest Sasori i Deidara? – zmieniłem temat.

- Zetsu informował, że dziś jeszcze ich spotkamy – odparł Kisame. – Arystea się ucieszy. Kupiłem jej słodycze w mieście.

Uśmiechnąłem się tylko. Kisame rozpieszczał małą bardziej niż Hidan. Hoshigaki o dziwo szybciej znalazł z Senju wspólny język i nie wątpiłem, że słodycze miały w tym ogromny udział.

Odetchnałem głęboko. Miałem nadzieję, że ból zelżeje, nim spotkamy się z Ar. Nie chciałem, by mała patrzyła na krew i mękę, z którą nikt nie mógł nic zrobić.

Z Kisame zatrzymaliśmy się na rozstaju dróg. Z północy miał przybyć Sasori i Deidara, a potem z małą i Kisame mieliśmy skierować się na południe. Tam też znajdowała się jedna z naszych baz, zaledwie kilkanaście minut drogi stąd. Mogliśmy co prawda poczekać tam, ale dziwnie i ja, i Kisame chcieliśmy zobaczyć małą jak najszybciej.

- Oh. Tego bym się nie spodziewał.

Zerknąłem na drogę przed nami. Sasori siedział w Hiruko, a obok niego szedł Deidara. Nie to było jednak najdziwniejsze. Na plecach Hiruko siedziała Arystea i ten widok był wyjątkowy. Lalkarz nie przepadał za małą, nie krył się ze swoją niechęcią i dystansem, a mimo to teraz pozwlał jej na tak wiele.

Uśmiechnąłem się mimowolnie. Młoda panienka Senju stawała się już dla każdego z nas kimś wyjątkowym i drogim. Jej dobroć i łagodność podbijała serca nawet takich gburów, jak Sasori.

- Pan Kisame! Pan Itachi!

Kisame rozpromienił się widocznie i mi tez zrobiło się milej na sercu. Arystea machała do nas ochoco, ewidentnie kręcąc się na plecach Sasori’ego. W końcu lalkarz wyciągnął swój ogon, owinął wokół małej i ściągnął ją ze swoich pleców. Jak strzała popędziła ku nam.

- Cześć, dziecinko.

Kisame wtulił małą w siebie, a ta z ufnością otoczyła jego szyję rączkami, składając na jego policzku soczystego całusa.

- Czy ma pan coś dla mnie, panie Kisame? – zapytała.

- Może – odparł.

Pisnęła, ale zaraz przypomniała sobie też o mnie. Podeszła do mnie i wyciągnęła ręce. Odetchnąłem tylko. Ból wciąż promieniował w klatce piersiowej, ale nie mogłem przecież od tak jej odmowić. Usadziłem ją na swoim ramieniu i stuknąłem palcami w czoło.

- Dobrze się bawiłaś z Sasori’m? – zapytałem.

- Pan Sasori jest coraz milszy – zauważyła. – Dał mi szalik. I obronił mnie przed trzema złymi panami. – Jej głos nagle ściszył się. – I opowiadał bajki, ale tylko wtedy, gdy Deidara spał.

- Naprawdę? – uśmiechnąłem się. – No kto by pomyślał, że Sasori będzie aż tak ujmujący.

Arystea nagle zaczerwieniła się, a ja uniosłem nieco brwi. Jej reakcja była zaskakująca i urocza.

- Ar? – zaśmiałem się tylko. – A kto z Brzasku podoba ci się najbardziej, hm?

Młoda panienka Senju odwróciła obrażona główkę, z czerwonymi policzkami ukazując, że nie ma zamiaru odpowiadać na to pytanie. Zaśmiałem się głośniej, ale zaraz pożałowałem tego – ból w piersi wzmogł się nagle.

- Panie Itachi. – Senju zrobiła nieszczęśliwą minkę.

Chciałem ją przeprosić i odstawić na ziemię, ale ból przeszył mnie na wskroś. Zacisnąłem zęby i powieki. Poczułem, jak Arystea przytula się do mnie mocno. Jej ciepło zaczęło promieniować na mnie całego, ból minął jakby w ogóle go nie było. Odetchnąłem głęboko i mimowolnie mocniej wtuliłem w siebie małą.

- Już lepiej, panie Itachi? – zapytała cichutko.

- Tak, Ar, już lepiej – potwierdziłem.

Zerknąłem na Sasori’ego i Deidarę, którzy właśnie podchodzili do nas. Blondynek miał radosną minę, a z oczu Hiruko, jak zawsze, niewiele dało się odczytać.

- Co to za kłopoty w drodze? – zapytałem. – I trzej źli panowie?

- Ah, oni. Jakiś ruch oporu. – Deidara wzruszył ramionami. – Raczej polowali na nas, niż na Ar. Daliśmy sobie radę.

Pokiwałem tylko głową. Z jednej strony pasowało mi wypuścić Senju z rąk. Mała zapewne chciała się pożegnać z dwójką artystów. Z drugiej jednak strony byłem przerażony tym, że ból mogłby powrócić.

- Ruszacie od razu? – zapytałem.

- Musimy odpocząć – odparł Sasori. – Naprawię Hiruko, Deidara się prześpi i idziemy na wschód.

- Nam też przydałby się odpoczynek, prawda, Itachi? – Kisame wyszczerzył ząbki w uśmiechu.

Pokiwałem głową i z Senju na rękach ruszyliśmy do bazy. Znaleźliśmy się tam po kilku minutach. Otworzylem drzwi, przykładając palce do znajdującej się na zamku pieczęci. Ar westchnęła. Lubiła te momenty, gdy zatrzymywaliśmy się w którejś z kryjówek. Przypominały jej dom, były ciepłe i przytulniejsze. O niebo wygodniejsze też niż nocowanie na zewnątrz, w jaskiniach lub na polanach.

- Głodna? – zapytałem.

Pokiwała głową, zaniosłem ją więc do kuchni. Przystanąłem przy stole i zawahałem się. Odkąd przytuliła się do mnie, nie czułem ani odrobiny bólu. Bałem się, że gdy ją puszczę, ból powróci.

- Panie Itachi? – zapytała cichutko.

- Ar… - niemal jęknąłem.

- Niech się pan nie boi, panie Itachi – wyszczebiotała. – Będę z panem przez cały miesiąc. I na pewno coś znajdziemy na to.

Westchnąłem tylko z lekkim uśmiechem i usadziłem małą za stołem.

- Koniecznie musimy się zająć twoją linią krwi – mruknąłem tylko, otwierając szafki. – Co chcesz zjeść?

- Ryż! – zaanonsowała. – Z konfiturami!

Uśmiechnąłem się tylko, ściągnąłem płaszcz i zabrałem się za przygotowywanie posiłku dla małej.

 


Sasori: szal

 


- Ar!

Mała pisnęła, ale na szczęście Deidara ściągnął ją z linii ognia. Zamruczałem niechętnie i posłałem Cień Wiatru na przeciwników. Marionetka wytrzymała atak, przebijając ostrzami wszystkich wrogów. Krzyknęli przerażeni, a ich krew zachlapała drogę przed nami. Odetchnąłem, cofnąłem marionetkę i na powrót zapieczętowałem ją w zwoju.

- Nic ci nie jest, maleńka?

Spojrzałem za siebie. Deidara kucał przy Arystei, a mała, choć przerażona, trzymała się całkiem nieźle. W jej oczkach zbierały się jasne, szkliste łezki, ale nie zapłakała. Była na swój sposób naprawdę odważna.

- No już, już.

Deidara uśmiechnął się słabo, ale pocieszająco ku Senju. Blondyn ściągnął z małej szalik. Materiał był poszarpany, brudny i miał na sobie ślady krwi. Mała pociągnęła noskiem. Deidara obejrzał ją dokładnie, na szczęście nie była ranna. Uśmiechnął się więc do niej i starł jej z policzka trochę kurzu i brudu.

- Widzisz? Mówiłem, że mistrz Sasori nie pozwoli, by coś ci się stało, Ar.

Zrobiłem nieco niechętną minę, ale nie odezwałem się za wiele.

- To ruch oporu, o którym mówił Kakuzu – zauważyłem. – Trzyosobowa drużyna. Za ich głowy mogą nam sporo zapłacić.

Deidara spojrzał na ciała i westchnął tylko.

- Weź ich ciała do najbliższego skupu – poleciłem. – Kakuzu ma tam swojego człowieka, powinno wszystko pójść gładko.

- Hm? Nie zabiorę nas wszystkich, mistrzu.

- Zabierz ciała, powiedziałem – syknąłem.

- Zostanie mistrz sam z Ar? – Deidara widocznie się zdziwił.

- Nie lubię się powtarzać – burknąłem, zapinając zwój z Cieniem w poły płaszcza. – Mała, idziemy.

Arystea posłusznie podreptała ku mnie, Deidara westchnął tylko, drapiąc się w kark z niepewną miną. W końcu jednak stworzył dwa ptaki, załadował na nie ciała i wskoczył na jednego z nich.

- Wrócę wieczorem, hm – rzucił, zapewne bardziej do Arystei, niż do mnie.

Ruszyłem, gdy oba ptaki zniknęły mi z widoku za linią drzew. Młoda panienka Senju bez słowa zaczęła swój marsz za mną. Zaczęło robić się wietrznie i chłodno. Powoli zbliżało się ku zimie. Kolejnej zimie. Tutaj, na północy, zimno zawsze przychodziło wcześniej. Miałem nadzieję, że Pein wyśle nas niedługo na południe.

Tylko… dlaczego? W końcu zimno mi nie przeszkadzało. Deidara często marudził, ale wytrzymywał nawet siarczyste mrozy. Czy zatem martwiłem się o Ar? Eh… Sasori. Stary głupcze. Przyznaj się do tego, albo siedź cicho.

- Panie Sasori…

- Czego chcesz?

- Zimno mi, panie Sasori…

Zatrzymałem się i zerknąłem na nią. Arystea otaczała ramiona rękoma. Bez szala wiatr i chłód zdecydowanie jej dokuczały. Westchnąłem. To dziecko… zaczynało robić się coraz bardziej irytujące. Jej spokój, opanowanie i łagodność drażniły. Zmuszały mnie do rzeczy, których normalnie bym nie zrobił.

Ukucnąłem i wyciągnąłem zwój Stu Maszyn Przedstawienia. Rozwinąłem go i odszukałem odpowiednią marionetkę. Odpowiednio złożyłem pieczęci i po chwili kukła pojawiła się przed nami.

To była niewysoka, ale silna dziewczyna. Złapałem ją na granicy Kraju Wiru, gdzie w swojej wiosce uważana była za najsilniejszą. Walka z nią nieźle dała mi się we znaki – dziewczyna zniszczyła prawą rękę Cienia i zmiażdżyła ogon Hiruko. Przerobiłem ją na marionetkę z dziwną satysfakcją.

Odwiązałem z marionetki długi, ciemny szal. Był ciepły i należał właśnie do niej. Pamiętam, że odłożyła go przed walką. Zabrałem go ze sobą, czując, że będzie pasował do niej idealnie. W szalu wyglądała naprawdę ujmująco.

Odłożyłem materiał na bok, zapieczętowałem kukłę i schowałem zwoj.

- Chodź tu – poleciłem do Arystei.

Posłusznie podeszła do mnie, pociągając noskiem. Owinąłem szal wokół jej szyi. Materiał był naprawdę długi, dałem radę otoczyć jej szyję dwa razy, a pasmo i tak zwieszało się jeszcze ku ziemi.

- Bardzo ładnie pachnie – zauważyła z uśmiechem.

Może. Nigdy nie skupiałem się na takich rzeczach. Podciągnąłem szal aż pod jej nos.

- Lepiej? – zapytałem.

- Tak – odpowiedziała radośnie. – Dziękuję, panie Sasori.

Skrzywiłem się lekko. Ta jej wdzięczność i ciepło. Na bogów, ileż to dziecko w sobie tego miało, że nawet moje oschłe słowa i gesty nie zdołały tego w niej zdusić?

- Panie Sasori, mogę pana przytulić?

Zmarszczyłem tylko brwi. No naprawdę? Co za dziecko!

- Nie – odpowiedziałem sucho. – Idziemy.

- Weźmie mnie pan na ręce?

- Ar… to byłby tylko inny sposób na to, żeby się przytulić, nie?

- Też – odpowiedziała, dreptając za mną; w szaliku i z rozłożony na bok rączkami wyglądała naprawdę pociesznie. – Ale też i nie. Jestem zmęczona, panie Sasori.

- Jest południe, będziemy iść do wieczora.

Zrobiła niezadowoloną minkę i przystanęła. Deidara, Kisame, a już zwłaszcza Hidan niesamowicie ją rozpuścili. I, o ile dobrze widziałem, Kakuzu i Itachi wcale nie mieli zamiaru w niedługim czasie im ustępować. Nawet odizolowany Zetsu stawal się cichy i łagodny przy Senju, a Tobi przestawał być totalnym idiotą bez celu. Mała stała się oczkiem w ich głowie. A ja z każdym dniem utwierdzałem się w przekonaniu, że wcale nie bez przyczyny.

Gdy zerknąłem na nią, w jej oczach rozlewało się usłużne oczekiwanie i spokój całego świata. Dobroć i wiedza, które nigdy nie były dane i nigdy nie będą dane zwykłym ludziom. Ten widok był kojący, a jednocześnie nie spodobał mi się ani trochę. Sprawiał, że chciałem jej ulec w każdej jej prośbie.

- Możesz posiedzieć na Hiruko – burknąłem tylko, wyciągając odpowiedni zwój. – Tylko dzisiaj. Jasne?

Pokiwała ochoczo głową, tak naturalnie i szczerze szczęśliwa. Skrzywiłem się. Ta jej radość z małych rzeczy była naprawdę irytująca.

Rozpieczętowałem Hiruko i rozłożyłem marionetkę. Wskoczyłem do środka, zamknąłem pokrywę. Hiruko narzucił na siebie płaszcz i słomiany kapelusz z dzwoneczkami. Arystea po chwili podeszła do niego i objęła kukłę za szyję.

- Ar, miałaś mnie nie tulić – westchnąłem, już głosem Hiruko karcąc małą.

- Tulę Hiruko nie pana, panie Sasori.

Co za… irytująca, mała, zmyślna gadzina. Wyciągnąłem ogon Hiruko i otoczyłem ją ostrożnie tak, żeby przypadkiem nie zranić małej. Ogon wciąż był nasączony trucizną, a tego nie wybaczyłby mi żaden z chłopaków. Ja sobie zresztą, o dziwo, też nie.

- Nie dotykaj ani jego, ani mnie – rzuciłem sucho, zawieszając małą tuż przed twarzą kukły. – Nie dotykaj niczego, Ar. Siedź grzecznie, jasne? Inaczej będziesz iść sama do wieczora. A później do rana, bo nie zrobimy odpoczynku.

- Dobrze, panie Sasori – odparła śpiewnie.

Ogon zwinął się i usadził Ar na szczycie marionetki. Mała zaśmiała się i usiadła okrakiem, zadowolona ponad miarę ze wszystkiego, co teraz ją spotykało.

Siedziała na Hiruko do samego wieczora. Śpiewała, kiwała się na boki, ale nie skarżyła się i była spokojna. Odetchnąłem tylko. Zaczynałem zgadzać się na coraz więcej rzeczy i zaczęło mnie to szczerze niepokoić. I, z drugiej strony, niestety cieszyć.

 


Sasori: droga (2/2)

 


Powoli zaczęło szarzeć, słońce zachodziło za drzewami, a ja szedłem dalej. Senju cicho dreptała za mną, jednak coraz częściej potykała się i przystawała zmęczona. W końcu westchnąłem i zszedłem ze szlaku, niedaleko drogi odnajdując niedużą polanę i grupę skał, wśród których mogliśmy się ukryć.

Rozpaliłem tam ognisko i przyzwałem Hiruko. Płaszcz marionetki zwinąłem i położyłem obok ogniska.

- Siadaj – poleciłem.

Arystea posłusznie usiadła na płaszczu. Gdy podałem jej racje z paczki, którą kupił Kakuzu, podziękowała cichutko i zabrała się do jedzenia. W czasie, gdy jadła, złożyłem Hiruko i przygotowałem go do drogi.

Młoda panienka Senju złożyła resztki z jedzenia i spakowała w zgrabną paczuszkę. Była naprawdę rezolutna i przez moment zaimponowała mi tym uporem, determinacją i zdolnością do radzenia sobie w kiepskich sytuacjach. Gdy zaczęła układać się do snu, chrząknąłem.

- Kakuzu kazał pilnować twoich ćwiczeń – wyjaśniłem, gdy spojrzała na mnie zdziwiona. – Kontrolowanie chakry, tak?

Dziewczyna pokiwała tylko głową i usiadła prosto na płaszczu Hiruko. Złożyła rączki przed sobą i zaczęła ćwiczenie. Już po chwili zauważyłem nierówno wypływającą z jej ciała chakrę. Było jej dużo, ale chaotyczna i niespokojna nie mogła się przydać za wiele do niczego.

- Skup się, mała – burknąłem. – Wypluwasz to z siebie na każdą stronę.

Przerwała ćwiczenie i spojrzała na mnie płaczliwie.

- Całe twoje ciało potrafi wydobyć z siebie chakrę – wyjaśniłem . – Postaraj się to robić równomiernie. Zacznij od mniejszych części ciała. Zbierz chakrę w ręce.

Pokiwała główką i złożyła rączki przed sobą. Już po chwili trzymała w rękach skondensowaną chakrę. Czułem, że było tego więcej niż ja byłbym w stanie kiedykolwiek z siebie wydobyć.

- A teraz spróbuj tak z każdym fragmentem twojego ciała.

Chakra rozproszyła się, a Senju spróbowała powtórzyć ćwiczenie raz jeszcze. Z początku szło jej to opornie, pod koniec jednak zrobiła znaczne postępy, regulując poziom wydobywanej siły.

- Idź spać – poleciłem w końcu. – Już późno.

Pokiwała główką i zawinęła się w płaszcz Hiruko, układając do snu.

- Dobranoc, panie Sasori – wyszeptała. – Kocham pana.

Skrzywiłem się tylko, ale nie odpowiedziałem. Ułożyłem się przy Hiruko i westchnąłem, spoglądając w rozgwieżdżone niebo. Dziś było przejrzyste. Przyjemne do oglądania. Dobrze. W końcu wiedziałem, że przyjdzie mi na nie patrzeć dość długo.

 


Kakuzu: nauka

 


- Chodź tu, dzieciaku.

Arystea przestała skakać za motylem i posłusznie podbiegła do mnie, od razu wtulając się w mój bok. Poklepałem ją po głowie i mimowolnie uśmiechnąłem się pod maską. Ta mała… przez nią cały Brzask przewrócił się do góry nogami.

- Powinnaś zacząć już dawno ćwiczyć. Twoja Linia Krwi robi się męcząca, dzieciaku, wiesz?

Mała zrobiła niezadowoloną minkę. Ułożyłem rękę na jej głowie.

- No, nie dąsaj się – upomniałem. – Itachi będzie zadowolony, jeśli zaczniesz ćwiczyć. Chcesz, dzieciaku?

Pokiwała ochoczo głową. Usadziłem ją przed sobą i podwinąłem nieco rękaw płaszcza.

- W każdym z nas krąży swego rodzaju energia, Arystea – zacząłem. – Nazywamy to chakrą. To duchowa i fizyczna siła, które zmieszane są w jedno. Widzisz?

W mojej ręce zebrało się nieco połyskliwego, niebieskiego światła. Arystea sięgnęła do niego dłonią. Zapiszczała z radości, gdy chakra niczym języki ognia otoczyły jej palce. Były dla niej przyjemnie ciepłe. Przynajmniej miałem nadzieję, że takie właśnie wytworzyłem.

- Jako ninja uczymy się wydobywania z siebie chakry, kontrolowania jej i używania tak, jak chcemy. – Chakra rozproszyła się i pokryła moją rękę cienką warstwą; wchłonięta pod skórę utwardziła dłoń i zmieniła jej kolor na ciemnobrązowy. – Dzięki temu możemy walczyć.

- Czy jest dużo tej chakry? – zapytała, stukając palcami w kamienną dłoń.

- To zależy od osoby – powiedziałem, strząsając technikę z dłoni. – Zasób chakry jest inny dla każdego człowieka. Im więcej się jej ma, tym łatwiej się walczy.

- Pan i Hidan muszą mieć jej dużo – wyszeptała zachwycona.

- Są osoby, które mają jej więcej – odparłem. – Dla przykładu, ty, dzieciaku.

- Mam tak dużo chakry? – Jej zachwycone oczka rozszerzyły się do niebotycznych rozmiarów. – Też będę walczyć?

Zaśmiałem się tylko.

- Może kiedyś. Na razie musisz nauczyć się wydobywać chakrę i ją kontrolować.

Pokiwała główką, zdeterminowana i zachwycona. Miała tylko osiem lat i wątłe, nienawykłe do ćwiczeń ciało. W rozciągniętej koszulce i przydługich szortach wydawała się być jeszcze bardziej nieporadna. W jej wieku każdy z nas, Brzasku, miał już na koncie kilka misji, a na duszy sporo skaz. Przez moment wahałem się, czy na pewno należy ją uczyć. Droga ninja rzadko wiązała się z niewinnością, którą teraz Senju miała w sobie aż w nadmiarze.

- Nie musi się pan martwić, panie Kakuzu – wyrwała mnie z zamyślenia swoim słodkim, rezolutnym głosikiem. – To bardzo przyda mi się już niedługo.

Odetchnąłem tylko. Jej linia krwi zaczynała dawać o sobie znać coraz mocniej. Niewinna, czy nie, czas najwyższy, by nauczyła się nad tym panować. Na walkę i ofensywne korzystanie z chakry przyjdzie jeszcze czas.

- Skup się, dzieciaku – poleciłem. – Wyprostuj. Zamknij oczy. Wyobraź sobie, że chcesz zrobić głęboki wydech, ale nie przez usta, ani przez nos. Spróbuj oddychać całym ciałem. W porządku?

Pokiwała główką i natychmiast się wyprostowała. Widziałem, jak zamyka oczy i bardzo stara się wykonać polecenie. Kilkukrotne próby jednak nic nie dały. Po dłuższej chwili spojrzały na mnie zrezygnowane oczęta.

- Nikt nie mówił, że będzie łatwo. – Pstryknąłem ją w nos palcami. – Jeszcze raz.

Niezadowolona potarła nosek, ale posłusznie wróciła do ćwiczeń. Miała w sobie sporo determinacji. Ostre, oschłe traktowanie, które sprawiliśmy jej na początku, bardzo ją zahartowało, na szczęście nie ujmując nic z jej prostolinijności i łagodności.

- No dobrze, spróbujmy inaczej. – Przy kolejnej nieudanej próbie przerwałem jej ćwiczenie. – Jako ninja wykonujemy pieczęcie ręczne. To specjalne znaki i gesty, które pomagają nam skumulować i wykorzystać chakrę. Popatrz. – Złożyłem ręce w najprostszy znak. – Spróbuj sama.

Dziewczynka złożyła przed sobą rączki. Poprawiłem ułożenie jej palców i pokiwałem głową. Młoda panienka Senju zamknęła oczka i zajęła się ćwiczeniami.

Z tyłu cicho zaskrzypiały drzwi. Zerknąłem w tył. Hidan. Widząc, że młoda Senju w końcu zabrała się do ćwiczeń, uśmiechnął się szczerze i przysiadł pod ścianą. Wskazał podbródkiem na małą, ale w odpowiedzi pokręciłem tylko głową. Jak dotąd ćwiczenia nie przynosiły kompletnie żadnego efektu. Miałem nadzieję, że z pieczęciami pójdzie łatwiej.

Cichy szmer rozległ się nagle i z sekundy na sekundę stawał się coraz głośniejszy. Zmrużyłem oczy i rozejrzałem się wokoło, ale nie widać było niczego, co mogłoby nam zagrażać. Hidan też musiał coś usłyszeć, chwycił rączkę kosy, a linkę owinął wokół drugiej dłoni.

Nagły wybuch chakry był niespodziewany. Powietrze wokół młodej Senju zgęstniało, a sekundę później rozbłysło jasnym, białym światłem. Mleczna chakra zawirowała wokół Arystei, zebrała się w całość i zmieniła swoją formę.

- Co do kurwy nędzy?

Nawet nie miałem ochoty karcić Hidana za jego język. Szeroko otwartymi oczyma wpatrywałem się w zjawisko przed sobą. Tuż nad Arysteą lewitowała postać, złożona z czystej, mlecznobiałej chakry. Im więcej czasu mijało, tym bardziej klarowna się ona stawała. W końcu przybrała formę pięknej, młodej kobiety odzianej w zwiewne, długie kimono. Białe włosy sięgały do jej kostek i połyskiwały niczym pajęczyna w księżycowym świetle.

Postać zaśmiała się czule i nagle zniknęła. Cała biała chakra się rozproszyła. Usłyszeliśmy niezadowolony pomruk młodej Senju.

- To chyba nie wychodzi, panie Kakuzu…

Zamrugałem tylko oczyma i zerknąłem na Hidana. Anihilista był tak samo zaszokowany, jak ja.

- Wychodzi, dzieciaku – zaprzeczyłem. – Jeszcze raz.

Arystea pokiwała główką i wróciła do ćwiczeń. Wydobyła z siebie mleczną chakrę po dwóch, czy trzech godzinach, ale nie było jej aż tyle, co za pierwszy razem. Jednak teraz czuła idealnie, kiedy udało jej się zaliczyć ćwiczenie i ile siły z siebie wydobyła.

- Kakuzu… - Hidan przysiadł obok mnie, gdy Arystea z radością biegała z rękami pełnymi mlecznego światła.

- Nie mam pojęcia, co to było – odpowiedziałem na jeszcze niezadane pytanie. – Nawet tego nie czuła. Takich pokładów chakry…

- Powinniśmy poinformować Pein’a.

Pokiwałem tylko głową.

- Zaraz się z nim skontaktuję – potwierdziłem. – Popilnuj jej.

Hidan skinął głową i zawołał do siebie Arysteę. W jej towarzystwie szybko wrócił jego optymizm i przekora bycia.

Odetchnąłem ciężko. Miałem nadzieję, że Uchiha znajdzie coś więcej, zanim Arystea wróci pod jego opiekę. Albo nim skończy nam się czas.

 


Sasori: droga (1/2)

 


Kakuzu siedział naprzeciw mnie, oddzierając z pajdy chleba małe kawałki. Każdy kawałek wkładał do ust, przeżuwał i połykał. Gdy skończył jeść, upił nieco piwa z kufla i przetarł usta rękoma.

- Deidara wróci dziś w ogóle? – zapytał.

- Pewnie nie – odpowiedziałem. – Miał sprawdzić granicę, zajmie mu to całą noc. Zostaniecie do jutra?

- Nie. – Kakuzu rozpiął nieco płaszcz i podał mi grubą kopertę. – Musimy ruszać.

Skrzywiłem się nieco, odbierając od niego przedmiot. Mój niechętny wzrok powędrował do Hidana, który siedział na ławeczce z młodą panienką Senju. Dziewczyna siedziała mu na kolanach, zajadając słodkie owoce, a Anihilista opowiadał jej swoje dziwaczne bajki.

- Jest jeszcze jedna sprawa, Sasori. – Kakuzu odstawił na bok pusty kufel. – Młoda ma problemy z chakrą i linią krwi.

- Co mi do tego? – mruknąłem niechętnie.

- Pewnie nic, chyba że chcesz, żeby coś cię w środku nocy rozsadziło od środka. – Kakuzu miał spokojny głos i zimne spojrzenie. – Wiem, że za nią nie przepadasz, ale nie zostawię tego Deidarze.

Westchnąłem. Określenie „nie przepadasz” nie wydawało mi się adekwatne. Nie żywiłem jakichkolwiek głębszych uczuć ku Senju. Ku nikomu właściwie. Po prostu nie uśmiechało mi się szkolenie małej. A wiedziałem, że właśnie to chce mi właśnie sprezentować Kakuzu.

- Co mam robić? – zapytałem mimo wszystko.

- Naucz ją kontrolować chakrę, to wszystko. Podstawowe ćwiczenia. Itachi zajmie się linią krwi, ale dobrze, żeby miał na czym już pracować.

- Jasne – burknąłem.

Kakuzu podniósł się, założył maskę, zostawił kilka banknotów na stole i zabrał paczkę z jedzeniem na później.

- Hidan, ruszamy! – zarządził.

Anihilista podniósł się posłusznie, na rękach wciąż trzymając młodą panienkę Senju. Gdy zbliżył się do nas, niespokojnie zmarszczył nos.

- Gdzie Deidara? – zapytał.

- Nie ma. – Kakuzu odpowiedział za mnie. – Mała, zostaniesz z Sasorim.

Arystea pokiwała grzecznie głową, chociaż rzuciła nieco lękliwe spojrzenie ku mnie. Hidan westchnął tylko i postawił Senju na ziemi, kucając przed nią z lekkim uśmiechem.

- Niedługo wrócisz, słońce – obiecał. – Pamiętaj, żeby dużo ćwiczyć.

Pokiwała głową i przytuliła się do anihilisty. Chwilę później podbiegła do Kakuzu i mocno wtuliła się w jego nogi.

- Już, dzieciaku, nie dramatyzuj – westchnął tylko, jego ton był jednak pozbawiony zwykłej mu oschłości. – Bądź grzeczna, dobrze?

- Dobrze, panie Kakuzu.

Dziewczynka zamachała swoją małą rączką i pozwoliła, by obaj ninja zniknęli jej z oczu na zakręcie. Te ich pożegnania i przywitania zawsze mnie drażniły. Rok temu żaden z nich nie pozwoliłby sobie na aż tak dużą czułość wobec tego dziecka.

Zabrałem drugą paczkę jedzenia, które Kakuzu przezornie kupił dla małej i Deidary. Hiruko leżał zapieczętowany w zwoju, na czas odwiedzin w mieście rzadko go wyciągałem. Zerknąłem na młodą Senju. Stała usłużnie obok mnie, wpatrując się we mnie oczekująco.

- Chodź – poleciłem tylko, ruszając przed siebie.

Posłusznie podreptała za mną, nie odzywając się nawet słowem. Wiedziałem, że nie lubi zostawać ze mną sam na sam tak samo, jak i ja tego nie lubiłem. Po kilku ostrych słowach i gestach szybko nauczyła się jak najmniej mi się narzucać. To bardzo mi odpowiadało.

Było dopiero południe, Deidara wróci rankiem. Senju wyglądała na wypoczętą, zakładałem jednak, że szybko znuży ją szybki, jednostajny marsz. Nie miałem zatem co spodziewać się, że do czasu spotkania z Deidara wytrzyma w drodze. Niechętnie zwolniłem. Wolniejszy krok pozwoli małej iść dłużej.

Arystea dreptała czasami obok mnie, a czasami za mną. Ciekawił ją cały świat wokoło niej, każdy element mógł wydawać się niebywale interesujący. Próbowała łapać motyle i ptaki, zbierała kwiaty i nuciło coś czasami. Nie musiałem jednak martwić się o to, że się zgubi – sama kontrolowała to, gdzie jestem, a gdy oddaliłem się za bardzo od niej, natychmiast podbiegała.

Nagle usłyszałem za sobą jej cichy jęk i lekki hałas. Odwróciłem się natychmiast. Gdyby małej coś się stało na mojej warcie, reszta, z Hidanem na czele, rozerwałaby mnie na strzępy. Przejęcie Senju przez obcych ninja nie wchodziło w rachubę. Ścisnąłem palce i sięgnąłem po zwoje na plecach. Nie było jednak takiej potrzeby.

Młoda panienka Senju leżała na środku drogi. Musiała potknąć się i upaść. Nie zapłakała jednak. Z krzywą miną podniosła się i otrzepała swój płaszczyk. Z jej policzka  ciekła wolno jasna, czerwona krew.

Westchnąłem tylko. Nieporadne i kłopotliwe dziecko. Senju potarła policzek rękoma, a gdy zobaczyła na paluszkach krew, skrzywiła się mocno, a w kącikach jej oczu pojawiły się małe łezki.

- Chodź tu – poleciłem sucho.

Podeszła do mnie chwiejnie i ze spuszczoną miną stanęła tuż przede mną. Ukucnąłem i złapałem ją za podbródek, unosząc jej głowę tak, by lepiej było mi oglądać jej policzek. Cięcie nie było głębokie, nie krwawiło też mocno.

Wyjąłem zza pleców jeden mały zwój i narysowałem na nim krwią małej jeden znak. Po chwili w kłębie dymu pojawił się nieduży zestaw naprawczy. Zebrałem niepotrzebne rzeczy do kieszeni, zwinąłem zwój i włożyłem go na plecy. W ręku został mi tylko biały, czysty materiał, który zalałem wodą z butelki i którym przetarłem policzek Senju.

- Trzymaj – poleciłem.

Posłusznie uniosła rączkę i przycisnęła do materiału. W jej oczkach wciąż tkwiły jasne łzy, drżała też delikatnie. Ból i widok krwi musiały nią mocno wstrząsnąć.

Wyjąłem z kieszeni małe pudełko z gęstą, przeźroczystą maścią. Zabrałem rączkę i materiał w policzka małej. Przetarłem ranę jeszcze raz szmatką i posmarowałem ją cienką warstwą specyfiku. Schowałem wszystko do kieszeni i podniosłem się.

- Dziękuję, panie Sasori – wyszeptała cichutko.

Bez słowa ruszyłem przed siebie, a młoda Senju cicho podreptała za mną. Do końca dnia nie odezwała się słowem, przez te dwie, czy trzy godziny marszu idąc wolno za mną.

 


Sasuke: Orochimaru

 


Madara uśmiechnął się krzywo obok mnie. Sam miał ze sobą jedynie jedną ze swoich katan. Zacisnąłem zęby i spojrzałem przed siebie. Orochimaru szczerzył się w szerokim uśmiechu. Trzy lata czekania na moje ciało wcale nie odebrało mu dobrego humoru i pewności siebie.

- Sasuke…

- Ani słowa – warknąłem. – Zjeżdżaj stąd, albo giń.

Wojownik zaśmiał się cicho.

- Czy nie poszukujesz mocy, Sasuke? Czyż nie to miałem ci dać, abyś mógł dokonać swojej zemsty?

Uśmiechnąłem się krzywo i splunąłem pod nogi Orochimaru. Po jego pieczęci, którą jeszcze trzy lata temu uważałem za przyszłe, główne źródło mojej mocy, nie pozostał nawet jeden ślad. A mimo to czułem, że jestem teraz po stokroć silniejszy nawet nie od dawnego siebie, ale i od tej stojącej przede mną gnidy.

- Nie powtórzę tego po raz kolejny. – Pochyliłem się nieco. – Pięć sekund.

- Długo cię szukałem, Sasuke.

- Cztery.

- Powinieneś był dawno do mnie dotrzeć.

- Trzy.

- Lepiej, żeby to się tak nie skończyło, Sasuke.

- Dwa.

- Głupi szczeniaku...

- Jeden.

- Nie masz ze mną żadnych szans!

Ruszyłem do ataku. Madara nie zatrzymał mnie, ani też nie popędził. Stał obok, pewny zarówno swoich nauk, jak i mnie. W moich oczach zalśnił wieczny kalejdoskop, a po chwili ciało pokryła fioletowa, płytowana zbroja. Nyja cicho śpiewała w mojej dłoni. Ona też chciała, by przeszłość przestała się za nami ciągnąć.

Gdy skończyliśmy, Nyja nie śpiewała już usłużnie. Śmiała się, cicho i bezdusznie, jak zawsze zresztą, gdy wciągała kolejne dusze do podziemi. Zamrugałem oczyma, a wraz z kalejdoskopem zniknęła moja zbroja. Pozwoliłem chwilę Nyji jeszcze trwać w swoim szale, w końcu jednak schowałem broń i zapiąłem ją przy pasie.

- Czyli możemy ruszać dalej? – Madara przechylił głowę na bok. – Chiva będzie niezadowolona, jeśli znów spóźnimy się na obiad, Sasuke.

Skinąłem głową i po chwili znów byliśmy w drodze do domu.

 


Itachi: Dekalog Wilków Sasuke

 


- Arystea! Arystea, już czas!

Dziewczynka zaśmiała się tylko i posłusznie podbiegła do mnie. Wyciągnąłem rękę, a mała uczepiła się moich palców.

- Pan Kisame obiecał przynieść mi coś pysznego!  - pochwaliła się. – Wie pan co to jest, panie Itachi?

- Nie – odpowiedziałem. – Kisame będzie tu niedługo. Dowiesz się co to za chwilę.

Pisnęła, wybitnie szczęśliwa i zadowolona z siebie. Mimowolnie uśmiechnąłem się lekko na widok jej rozradowanej twarzyczki. Te pełne radości oczy przypominały mi Sasuke.

Widomość od Madary o tym, że pieczęć Orochimaru została ściągnięta, ucieszyła mnie jak nic innego ostatnio. Pod opieką Chivy Sasuke rósł w siłę. Niedługo pewnie będzie gotowy na to, by ruszyć za mną. Nie pozostało mi zatem tak wiele czasu.

- Znowu się pan martwi, panie Itachi?

- Nie, mała – zaprzeczyłem cicho.

- Pan nie umie tak dobrze jednak kłamać.

Uśmiechnąłem się mimowolnie. Wyciągnąłem ręce, a Arystea chętnie dała się podnieść i usadzić na moim ramieniu.

- Miałaś tego nie używać – upomniałem ją.

- To się samo teraz używa – naburmuszyła się. – Przepraszam.

- Będziemy musieli to potrenować zatem – zauważyłem. – Jak wrócisz od Kakuzu i Hidana. Dobrze?

Ochoczo pokiwała główką, wtulając się radośnie w moją szyję. Nim doszliśmy do zakrętu, dołączył do nas Kisame.

- Panie Kisame! – mała od razu się ożywiła.

- No już, dzieciaku. – Hoshigaki uśmiechnął się upiornie i podał małej niedużą torbę ze słodyczami. – Nie zjedz wszystkiego na raz.

Pokiwała ochoczo główką i zabrała się za smakołyk. Ruszyliśmy dalej już w milczeniu. Droga ciągnęła się jeszcze daleko, ale w oddali zdołałem zauważyć dwie postaci. Kakuzu i Hidan. Byli nieco wcześniej, niż myślałem. Przeszedłem jeszcze kawałek, po czym postukałem Arysteę w czoło.

- Patrz, kto idzie – pokazałem małej odpowiedni kierunek.

- Pan Kakuzu! Hidan! – zakrzyknęła radośnie.

Zamachała rączkami, ściągnąłem ją więc ze swojego ramienia. Niczym strzała pomknęła ku dwóm shinobi. Hidan przytulił się do niej pierwszy, od niego też mała otrzymała soczystego buziaka w policzek. Kakuzu był bardziej oszczędny w czułościach – ułożył rękę na głowie małej, wymrukując jedynie jakieś przywitanie.

- Itachi. – Skinął ku mnie głową, gdy podszedłem wystarczająco blisko.

- Jesteście wcześniej – zauważyłem.

- Byliśmy bliżej, gdy przyszedł rozkaz od Pein’a – wyjaśnił Kakuzu. – Wasza działka.

Odebrałam od ninja pieniądze.

- Wszystko w porządku? – Kakuzu był jak zwykle chłodny, ale jego profesjonalizm wcale mi nie przeszkadzał.

- Tak – odpowiedziałem. – Coraz gorzej radzi sobie z opanowaniem linii. Postaraj się coś z tym zrobić, dobrze? Jak wróci do nas, będę bardziej przygotowany, żeby ją szkolić.

Kakuzu skinął głową i stuknął Arysteę palcami w czubek głowy.

- Pożegnaj się z Itachim i Kisame – polecił.

Pokiwała główką i dopadła najpierw do nóg Hoshigakiego. Kisame zaśmiał się i ukucnął przed nią.

- Uważaj na siebie, dzieciaku – polecił. – Grzeczna bądź, słuchaj się Kakuzu.

- Dobrze, panie Kisame.

Dziewczynka mocno przytuliła Hoshigakiego, składając na jego policzku soczystego całusa. Chwilę później już tkwiła w moich ramionach, mocno przytulając się do mojej szyi.

- Za chwilę wrócisz, mała, nie martw się – mruknąłem.

- Wiem – odparła rezolutnie. – Niech pan się nie martwi, panie Itachi. Sasuke jeszcze o tym nie wie, ale już nie potrzebuje ani zemsty, ani całej tej siły dla siebie. Poszedł Drogą Wilków, a stamtąd nie wraca się nigdy samemu.

Zamrugałem jedynie oczyma.

- Arystea?

- Wiem, miałam tego nie używać – zrobiła płaczliwą minkę, gdy odstawiałem ją na ziemię. – Ale to samo przyszło teraz.

- Eh, mała – westchnąłem tylko. – Uważaj na siebie, dobrze?

Pokiwała radośnie głową. Chwilę później już tkwiła na ramionach Hidana, machając wesoło nam na pożegnanie.

- Słyszałem to. – Kisame zaśmiał się cicho.

- Co? – zdziwiłem się.

- Sasuke. – Kisame wyszczerzył swoje ostre zęby. – Jeśli podąża Drogą Wilków, wiesz, kto musiał się w to mieszać, Itachi.

Odetchnąłem tylko. Wbrew myśleniu Kisame, możliwości było wiele. A ja dobrze wiedziałem, czyj Dekalog Wilków Sasuke może teraz wyznawać. I wcale jakoś mnie to nie martwiło.