Pokazywanie postów oznaczonych etykietą talon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą talon. Pokaż wszystkie posty

Moja jest wola Shurimy

 


Zerknąłem na oddalające się postaci. Za’ i jej towarzysze zmierzali ku Icathii, chociaż tak naprawdę nie wiedziałem, dlaczego znów tam podążają. Wiele wyjaśniła mi rozmowa z Uzdrowicielką, ale wiele pytań pozostało też bez odpowiedzi – kobieta swoją wiedzą dzieliła się ostrożnie, zbyt ostrożnie jak na mój gust.

- Czy wszystko w porządku, mój panie?

Odwróciłem się i spojrzałem z uśmiechem na Isis. Śpiewaczka wyglądała pięknie tak, jak zawsze. Ciemne, pofalowane włosy opadały na jej ramiona i plecy, a lekkie, shurimskie stroje były kolorowe i doskonale podkreślały jej piękno. Wyciągnąłem swoją dłoń, a Isis ujęła ją bez strachu.

- Tak, słowiczku – odpowiedziałem.

Wiedziona moim gestem Isis zbliżyła się do mnie. Staliśmy oboje na pałacowym tarasie, skąd widać było doskonale Wielką Sai. Pod osłoną płóciennych żagli nie czuć było tutaj palącego słońca, ale suche powietrze wciąż nawiewało gorący piasek.

- Jak się czujesz, mój panie? – zapytała cicho.

- Coraz lepiej – wyznałem. – Chociaż, jeśli to będzie oznaczało rezygnację z twojej opieki nade mną, to nadal czuję się fatalnie, Isis.

- Mój panie… - jęknęła cicho.

Zaśmiałem się tylko i ścisnąłem mocniej jej dłoń.

- Możesz zostać ze mną też tak po prostu, Isis – zaproponowałem. – Niezależnie od mojego stanu zdrowia.

Kobieta odetchnęła i ułożyła rękę na moim torsie. Za’ zajmowała się moimi ranami i nie bez przyczyny nazywali ją teraz Uzdrowicielką – leczyła szybko i sprawnie, zatem bez problemu stanąłem na nogi w ciągu zaledwie kilku dni. Szybko też przywdziałem swoją zbroję. Na złotym pancerzu swoje dłonie ułożyła teraz Isis. Gest był czuły i mimo że nie miałem prawa go poczuć przez pancerz, przez mój kręgosłup przebiegł przyjemny dreszcz.

- Czy zostaniesz ze mną, Isis? – zapytałem.

- Tak, mój panie – potwierdziła, unosząc swoje spojrzenie.

- Na zawsze? – dopytywałem.

- Na zawsze – odparła, uśmiechając się lekko.

 

~ * ~

 

- Dom jest paskudnie daleko – wyznał Zed.

- I jest paskudnie gorąco – dodał Talon. – Chcę do domu… tam jest chłodniej.

Za’ zaśmiała się tylko.

- Wiem, kochanie – westchnęła. – Jednak jeszcze nie wrócimy do domu.

Talon zmarszczył jedynie brwi.

- Potrzebuję jeszcze kogoś – zauważyła Za’, odwracając się do ogromnej, szarej pustyni przed sobą.

- Kogoś? – zdziwił się Zed.

- Tak – potwierdziła. – Zostańcie tutaj.

 

~ * ~

 

Powietrze rozdarło się i ze szczeliny wyskoczył Shen. Ninja opadł miękko i cicho na pustynny piach i wyprostował się, uważnie rozglądając wokoło. Przed nim rozciągała się piękna, złota pustynia, ale to za nim coś czule wołało ku niemu. Gdy się tam odwrócił, zobaczył szare skały, piach, proch i spaczenie.

Icathia. Oczywiście, że słyszał o tej krainie, pełnej przeklętych stworzeń i istot nie z tego świata. Czasami duchy wzywały go tu, by usunął potwory, gdy robiło się ich za dużo. Shen rozejrzał się wokoło, a gdy jego oczy rozświetliły się fioletowym blaskiem, zdołał zauważyć kilka istot natury. Uśmiechały się do niego i znikały mu z widoku, ale ani jedna nie zabroniła mu iść dalej, tak samo, jak nie nakazywała pozbyć się tego, co rozdzierało światy.

Shen zmrużył oczy i ruszył przed siebie, ku szarym skałom. Im dalej szedł, tym lepiej czuł, jak rozdzierająca światy anomalia jest silna, jak woła go, jak ten czuły szept ogarnia go całego. Robiło mu się gorąco i wiedział, że nie może winić tu pustynnego klimatu. To wołanie sprawiało, że coś w środku niego wybuchało gorącym żarem, coś innego ściskało się mocno, a coś jeszcze mroziło się zazdrośnie. To było tak czułe, tak słodkie… a jednocześnie tak nienaturalne.

W końcu między skałami zdołał zauważyć jakiś ruch. Z początku myślał, że to jedna z istot Pustki wydostała się ze swego domu, by szukać szczęści w tym świecie, ale szybko zorientował się, że nie, nie jest to nic z tych rzeczy. W oddali, daleko wśród skał stała kobieta. Nie byłoby nawet w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na ten odległy widok serce Shena zabiło mocniej, o wiele mocniej, niż właściwie powinno.

To była dość duża odległość, ale zdołał zauważyć poszarpany, powiewający płaszcz, jasne włosy i tę dziwną aurę, która czasami towarzyszyła martwym duchom. Kobieta stała pomiędzy skałami, wpatrując się w rozdzierającą się ziemię, skąd, Shen wiedział to doskonale, wyłaziły potwory Pustki. Czekała, a ninja nie wiedział właściwie, na co.

Gdy odwróciła się, jego serce zamarło. Widzieli się właściwie ledwo co, z tej odległości Shen nie był w stanie wyróżnić żadnych szczegółów jej twarzy, ani ubioru. Wiedział jednak, że jej oczy wpatrują się w niego z czułością, tą samą czułością, która wzywała go od tylu dni do siebie.

To nie rozdzierające się światy go wzywały, to nie anomalie tkliwie szeptały ku niemu, to nawet nie potwory, duchy i upiory dawały znać, że na niego czekają… Shen zdał sobie sprawę, że woła go dokładnie ta sama kobieta, która stała spokojnie w oddali, wśród skał i spaczenia.

Kim była? Shen tego nie wiedział. Nie miał pojęcia nawet, czy chce iść do niej, szukając wyjaśnienia i odpowiadając na jej słodki zew.

Nie teraz, przestrzegły go cicho duchy. Wasz czas nadejdzie.

Shen odetchnął tylko. Tak bardzo chciał iść ku kobiecie, ale tym razem duchy stanowczo mu tego zabroniły. Nieznajoma z kolei odwróciła się od niego, po czym bez żadnych obaw wkroczyła w Pustkę.

- Nasz czas? – mruknął niechętnie Shen.

Duchy jednak nie wyjaśniły nic więcej – zaśmiały się i zniknęły, a Shen pozostał wśród pustynnych wydm sam. Spokojny i… stęskniony.

 

~ * ~

 

Bolało go wszystko, od każdego fragmentu ciała, poprzez każdą myśl w jego mózgu, aż po coś, co możliwe, że z większą dawką wiary nazwałby duszą. Pustka, szalona, świszcząca i tłocząca się wokół niego, wżynała się w jego umysł, ogarniając go całego, ukazując mu rzeczy piękne, okrutne i nieprawdopodobne. Chciał, żeby przestała.

Krzyczał głośno, błagając o litość, przeklinając swój los i wyjękując wszelkie żale i prośby świata. Nic nie pomagało. Okrutna Pustka pochłaniała go coraz bardziej, wczepiając się w jego ciało ostrymi szponami, drąc go całego w stronę ziejącej niczym otchłani. Ile lat to już trwało? Ile wieków przeżywał ten ból?

Nagle jednak wszystko uspokoiło się. Pustka porzuciła go, pozwalając by jego umęczone ciało osunęło się na pustynny piach. Nie upadł jednak – przytrzymały go czyjeś ręce, tak niewymownie czułe i ciepłe, że bez wahania oparł się o nie całym sobą.

- Już dobrze, magu – usłyszał czuły głos.

Malzahar uniósł spojrzenie i zaskoczony rozszerzył oczy. Przed sobą widział kobietę, uroczą, uśmiechniętą, umazaną we krwi. Jasne włosy zaplecione były w luźny warkocz, ale ich koloru nie dało się jednoznacznie stwierdzić, tak bardzo pokryte były krwią, prochem i pyłem bitwy, walki, która rozgrywała się za jej plecami, gdzie zakuci w zbroje żołnierze ścierali się z pocharkującymi ponuro nieumarłymi. Malzahar jęknął i zamknął oczy, a gdy otworzył je po raz kolejny, bitwa i krew zniknęły, pozostawiając tylko obraz uczynnej, promienistej dziewczyny.

- Al’Zahar?

- Skąd mnie znasz? – wszeptał.

- Przedstawiłeś mi się – odpowiedziała. – Wołałeś.

Nie przypominał sobie tego, ale też właściwie nie chciał sobie niczego przypominać.

- Spokojnie – wyszeptała. – Zabiorę cię do domu.

Skinął tylko głową, osuwając się w jej ręce. A potem nadeszła ciemność. Nie Pustka, ale zwykła ciemność nieprzytomności.

 

KONIEC

Wszystkie drogi prowadzą do Shurimy

 


- Był pod twoją opieką! – zakrzyknął Renekton.

- Uważaj, generale. – Za’ wyprostowała się. – Nie tym tonem.

Renekton parsknął i mocniej zacisnął pięść. Nie miał zamiaru odpuścić, ale wciąż wahał się – był w gorącej wodzie kąpany, owszem, ale czuł też i wiedział, że Za’ nie jest kimś, kogo tak łatwo pokonać. Im dłużej stali tam i wpatrywali się w siebie, tym gęstsza wydawała się atmosfera. Renekton w końcu ściągnął swoją kosę z pleców, a jedna ręka Za’ popłynęła w tył, gotowa do silnego ciosu. Talon i Zed zauważyli, że palce pokryła ciemna, chitynowa, zbudowana z małych fragmentów zbroja.

- Wystarczy – ostry głos Nasusa przeciął powietrze. – To, czy zostanie ukarana, czy nie, nie należy do naszej decyzji, Renekton.

Krokodyli wyniesiony sapnął, ale posłusznie cofnął się o krok, chociaż tak naprawdę nie rozluźnił się. Z dłoni Za’ zniknęła dziwna, żyjąca zbroja, rozwiewając się na nieistniejącym wietrze.

- Nazywają cię teraz Uzdrowicielką nie bez powodu – zauważył Nasus. – Rany Imperatora są paskudne, ale przeżył je i przeżył również powrót tutaj. Idź zatem i dokończ swoją pracę.

Za’ odetchnęła. Ewidentnie nie przepadała za tym, by jej rozkazywano, ale posłusznie skinęła głową i skierowała się do komnat Imperatora.

- Poczekacie na nią w barakach – polecił Nasus, wskazując na Talona i Zeda. – Pod strażą.

Dwójka mężczyzn nie odezwała się, ale ewidentnie obu nie w smak była taka decyzja. Gdy jednak dwóch żołnierzy Azira stanęło przy nich, posłusznie ruszyli za nimi.

Za’ tymczasem znalazła się w komnacie Imperatora. Na ogromnym łóżku leżał Azir. Bandaże pozostały, ale zbroję ściągnięto i zmieniono na lżejsze ubranie. Za’ westchnęła tylko. Martwiła się, że w czasie tego procesu służba mogła naruszyć delikatne szwy i opatrunki.

Gdy Uzdrowicielka podeszła do łoża, zauważyła, że w komnacie nie jest sama wraz z nieprzytomnym Imperatorem. Na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech, gdy zauważyła Słowika Pustyni. Śpiewaczka siedziała z cierpiętniczą miną przy Imperatorze, tuż przy jego łóżku. Jej delikatna dłoń zaciskała się na szponiastych palcach mężczyzny z czułością, o której wiedziało niewielu.

- Musi ci bardzo na nim zależeć – zauważyła łagodnie Za’, uśmiechając się lekko ku Isis.

Na uwagę Uzdrowicielki Isis momentalnie cofnęła swoją dłoń, czerwieniąc się również lekko.

- To mój pan – wyznała cicho, spuszczając swoje spojrzenie. – Podarował mi dom i dobre życie. Tylko tak mogę wyrazić mu swoją wdzięczność.

- Byłaś niewolnicą – wyznała Za’. – Wielu niewolników potępia Azira. Ty jednak trwasz przy nim cały czas. Taka wierność nie zdarza się często i zwykle nie jest zwykłą wiernością, wiesz?

- Ja… jestem mu tylko posłuszna – wymamrotała nieskładnie Isis, a jej rumieniec nabrał mocniejszego odcieniu.

- Oczywiście. – Za’ uśmiechnęła się czule, podchodząc do łóżka.

Isis zerknęła na kobietę, ale Uzdrowicielka przez chwilę zajęła się tylko Azirem. Kobieta sprawdziła jego opatrunki i z zadowoleniem odsunęła się po chwili

- Niech lepiej nie wstaje, nie chcę, aby jego rany znów się otworzyły.

- Nie będziesz przy nim? – zdziwiła się Isis.

- Myślę, że ma wystarczająco dużo dobrej opieki – wyznała rozbawiona Uzdrowicielka. – Będę u Nasusa. Gdyby cokolwiek się działo, zawołaj.

Isis niepewnie pokiwała głową, a gdy Uzdrowicielka wyszła, Słowik Pustyni delikatnie ujęła rękę Azira. Nie przerażały ją ani czarne, jastrzębie szpony, ani łuskowata, szara, ptasia skóra na dłoni. Gładziła też miękkie, szare pióra, które porastały wierzch dłoni Imperatora i układały się dalej, przez przedramię, ramię i całe ciało mężczyzny.

Wielu uważało Wyniesionych za potwory, ale Isis nie bała się Azira. Wręcz przeciwnie – zachwycała się jego postawą, jego wiedzą, jego doświadczeniem i jego pewnością siebie. Ten tytan, mimo że był tuż obok niej, wydawał się jej często tak daleki przez to, że był taki wspaniały.

Isis odetchnęła i mocniej zacisnęła palce na dłoni Imperatora. W Pałacu, w jego komnatach, było cicho, ale Isis bała się bardziej okazać swoją troskę – już ten czuły gest wydawał się jej zbyt śmiały, nieodpowiedni wobec władcy pustynnej krainy.

Trwała przy Imperatorze, mimo że minęła noc, dzień i kolejna noc, zanim Ukochany Matki Pustyni otworzył swoje oczy.

 

~ * ~

 

Nie bardzo wiedziałem, co się właściwie działo. Pamiętałem jak przez mgłę walkę z ogromną bestią, moich piaskowych żołnierzy, którzy rozsypywali się pod naporem siły potwora, głośne, wyraźne i nie znoszące sprzeciwu rozkazy Uzdrowicielki i jej małe, chaotyczne wojsko.

Otworzyłem oczy i z cichym jękiem rozejrzałem się wokoło. Byłem w Pałacu. Rozpoznałem bez problemu swoją komnatę, kolorowe materiały, zwieszające się od sufitu, ożywczy zapach wód z oaz i suchy powiew wiatru znad pustyni. Pachniało tu też kwiatami i cytrusami. Nie to jednak było najważniejsze.

Tuż obok mnie znajdowała się Isis. Słowik Pustyni pochylała się nade mną z tym swoim urokliwym, czułym spojrzeniem i drżącymi, malinowymi ustami.

- Isis… - wyszeptałem słabo. – Wiedziałem, że cię jeszcze zobaczę, słowiczku.

- Mój panie – jęknęła, zbliżając się. – Już myślałam, że… tak bardzo… gdybyś…

- Wygadana jak zawsze – zaśmiałem się, unosząc swoją dłoń. – Mój słowiczku, powinnaś śpiewać, nie mówić.

Moja szponiasta dłoń odgarnęła z jej policzka pasma pofalowanych, ciemnych włosów. Po policzkach Isis spływały jasne łzy, otarłem je więc delikatnie.

- Czy było aż tak źle, mój słowiczku? – zapytałem, układając dłoń na jej policzku.

Pokiwała głową, w milczeniu przełykając własne łzy.

- Żyję, słowiczku – wyszeptałem. – Byłaś przy mnie cały ten czas, Isis?

- Tak, mój panie – wyszeptała, układając dłoń na mojej dłoni.

- Głupi słowiczek – skarciłem ją rozbawionym tonem.

Kobieta nie odpowiedziała, mocniej jednak zacisnęła palce na moich palcach. Jej uścisk był tak czuły, tak tęskny. Przymknąłem tylko oczy. Tak bardzo chciałem, aby kobieta była tutaj tylko dla mnie, nie marząc o nikim innym. Czy to jednak było możliwe? Nie wiedziałem – a chciałem być pewny tego, musiałem być tego pewny.

- Isis – zacząłem, otwierając oczy. – Dla kogo ruszyłaś na pustynię?

Kobieta zerknęła na mnie płochliwie, zaraz jednak zaczerwieniła się lekko.

- Ja… - jęknęła. – Widziałam, jak ruszałeś we wcześniejszej karawanie i… chciałabym być przy tobie, mój panie.

- Przy mnie?

Moje serce uderzało szybko i mocno. Przy mnie! Jeśli chciała być przy mnie, to ona i ja… wciąż mogliśmy… Przesunąłem palce z jej policzka i złapałem za jej podbródek, zmuszając ją, by spojrzała na mnie.

- Chciałaś być przy mnie? – zapytałem.

- Tak, panie – odpowiedziała.

Odetchnąłem z dziwną ulgą. Te słowa… były właściwie wszystkim, co chciałem usłyszeć.

- Musisz być zmęczona. Odpocznij.

- Zostanę z tobą, panie mój – zaprzeczyła cichutko.

Zaśmiałem się tylko i opuściłem dłoń, wolno przymykając oczy. Byłem zmęczony, wyczerpany i obolały. Żyłem jednak i ciekawiło mnie nawet, właściwie komu zawdzięczam ten stan. Bestia Pustki była ogromna, a ja nie pamiętałem końca walki z nią zbyt dobrze.

- Wyjątkowo głupi słowiczek – westchnąłem. – Chodź tu do mnie.

- P-panie?

- Połóż się obok mnie, Isis – poleciłem. – Chcę odpocząć.

Czułem, jak kobieta waha się, ale w końcu ułożyła się obok mnie, a ja objąłem ją jedną ręką i przyciągnąłem do siebie. Była spięta, ale nie uciekła.

- Jestem taki zmęczony, słowiczku – wyznałem. – Jakbym nie spał od lat.

- Śpij, mój panie – wyszeptała czule, układając się przy moim boku.

- Zostaniesz tu ze mną? – zapytałem.

- Tak, mój panie – potwierdziła.

Odetchnąłem i oparłem głowę o czoło kobiety. Isis po dłuższej chwili rozluźniła się i poczułem, jak układa dłoń na mojej piersi. Wiele więcej nie byłem w stanie poczuć – odpłynąłem, zmęczony i wyczerpany.

 

~ * ~

 

Za’ uśmiechnęła się lekko i spojrzała na drzwi do komnaty Azira. W rękach miała tacę z gorącą herbatą i kilka przekąsek, ale nie sądziła, aby ktoś mógł się tym wszystkim delektować w najbliższym czasie.

- Co z nim?

Uzdrowicielka odwróciła się i uśmiechnęła, widząc za sobą Nasusa. Zostawiła kustosza przed chwilą w sali, ale ewidentnie Nasus nie był zbyt cierpliwy, jeśli chodziło o stan zdrowia Azira.

- Odpoczywa – odpowiedziała.

- Nie obudził się? – dopytywał Nasus, podchodząc bliżej. – To już trzeci dzień.

- Wydaje mi się, że nie śpi – odpowiedziała, zręcznie zagradzając drogę wysokiemu wojownikowi.

- Wydaje ci się? – Nasus zmarszczył brwi.

Za’ odetchnęła i odstawiła tacę z herbatą i przekąskami na bok, na drewniany, zdobiony złotem stoliczek.

- Jest pod dobrą opieką, czy naprawdę musisz to sam sprawdzać?

- Ty jesteś tutaj, pod niby czyją opieką jest Azir? – zdziwił się Nasus.

Uzdrowicielka uniosła jedną brew do góry, a Nasus po chwili sapnął tylko.

- W końcu? – zapytał.

- W końcu – wyznała radośnie. – Czy wobec tego mogę zabrać moich chłopców z baraków? Zed najpewniej medytuje i nic mu nie jest, ale Talon nie należy do cierpliwych. Za chwilę zacznie sprawiać kłopoty wszystkim dookoła.

Nasus skinął tylko głową.

- Wolałbym wiedzieć, co z Azirem – wyznał.

- Daj im czas – poprosiła. – Zostanę z wami jeszcze kilka dni, upewnię się, że nic mu nie jest. Dobrze, mistrzu Nasusie?

Wyniesiony skinął głową i odsunął się na bok, przepuszczając Uzdrowicielkę przez korytarz. Kobieta wyszła z głównego Pałacu, przeszła przez niewielki plac i skierowała się do baraków, gdzie czekali na nią niecierpliwi, milczący i skłóceni towarzysze.

 

~ * ~

 

Woda szemrała cicho, a kwiaty pachniały niesamowicie. Suche powietrze znad pustyni było mimo wszystko wyjątkowo przyjemne – nawiewał je spokojny wiatr, który niósł ze sobą jedynie śmiechy moich poddanych. Shurima, mimo ucieczki Xeratha i mojej dłuższej niedyspozycji wciąż trwała w swojej potędze i swoim pięknie.

Za’ zabroniła mi opuszczać Pałac, ale zachęcała mnie do spacerów po ogrodach. W takowych zazwyczaj towarzyszyła mi Isis. Śpiewaczka właściwie towarzyszyła mi teraz zawsze, niezależnie, czy przebywaliśmy w sali tronowej, w ogrodach, czy w sypialni.

Teraz też była obok, siedząc na tej samej leżance, na której odpoczywałem. Śpiewała cicho, a to słodkie wołanie sprawiało, że czułem się niezwykle ukojony.

- Imperatorze?

Uniosłem swoją głowę, a Isis natychmiast przestała śpiewać. Przed nami stała Za’. Kobieta uśmiechała się lekko, odstawiła też tacę z herbatą na stolik przy mojej leżance.

- Znów to samo? – westchnąłem, patrząc na zielonkawy napój.

- To już ostatni raz – zapewniła.

- Ostatni raz? – zdziwiłem się, podnosząc z miejsca, a po chwili odetchnąłem. – Chcesz ruszać dalej?

- Chcę wrócić do domu – odpowiedziała spokojnie. – Potem jednak tak, chcę ruszyć dalej. Nie do końca wiem, dlaczego mnie obudzono, ale ewidentnie mam jeszcze wiele do zrobienia.

Skinąłem tylko głową, po czym spojrzałem na Isis.

- Czy możesz zostawić nas na chwilę samych? – zapytałem.

- Oczywiście, mój panie – odpowiedziała cicho.

Isis podniosła się i zniknęła, a gdy skinąłem ręką na służbę, pozostali też wyszli z patio. Za’ usiadła naprzeciw mnie na niskim stołku i zerknęła na mnie zaciekawiona.

- Jesteśmy sami – zauważyłem, siadając powoli na leżance. – Czy teraz możesz odpowiedzieć na moje pytania, na które nie odpowiedziałaś na pustyni?

Kobieta wyprostowała się i odetchnęła. Nie odpowiedziała od razu, a ja nie chciałem jej popędzać. W końcu jednak uśmiechnęła się lekko, smutno i nalała herbaty do jednego naczynka.

- Tak, Imperatorze – odpowiedziała. – Czego chciałbyś się dowiedzieć?

 

~ * ~

 

Zed poruszył głową na prawo i lewo. Mimo że ćwiczył przy pałacowych barakach z Talonem, a nawet z żołnierzami Azira, czuł się dziwnie zastany. Misja z poszukiwaniem Xeratha okazała się ciekawą i miłą odskocznią od spokojnego życia w domu Za’. Teraz Zed najchętniej ruszyłby dalej.

- Też się nudzisz?

Iończyk podniósł swoje spojrzenie i zerknął niezadowolony na Talona. Wciąż nie przepadał za noxiańczykiem, nawet jeśli w czasie walki z bestiami Pustki współpraca z nim poszła wyjątkowo gładko. Teraz jednak musiał przyznać rację nożownikowi – nudził się i to całkiem mocno.

- Mówiła, kiedy ruszamy dalej? – zapytał Zed.

- Nie – odparł Talon. – Ale powiedziała, że powinniśmy być gotowi do drogi.

Zed westchnął tylko, założył ręce na pierś i spojrzał na błękitne, przejrzyste niebo, z którego lał się pustynny żar.

- Może zatem ruszymy niedługo – mruknął.

- Oby. – Talon wydawał się mieć kiepski humor. – Nudzę się kurewnie, a do tego jest pierońsko gorąco.

- Znowu narzekasz, Talon? – zaśmiała się Za’, stając obok mężczyzn.

- Jest gorąco i nudno, oczywiście, że narzekam! – zawołał. – Czy możemy już wracać do domu?

Za’ zaśmiała się i ku zdziwieniu obu mężczyzn, skinęła głową.

- Tak – odparła. – Chociaż… będziemy musieli jeszcze coś załatwić. Nie zajmie to jednak zbyt wiele czasu. Chodźmy już.

 

Shurimo! Twój Imperator powrócił!

 


Obóz był już zwinięty i pierwsze karawany wracały do Słonecznego Dysku. Mimo namowy Renektona i Nasusa, nie wyruszyłem z nimi, nie od razu. Wpatrywałem się w pustynię, szarą, spaczoną pustynię, którą pozostawiła po sobie Icathia. Popełniłem tak wiele błędów i wiele wciąż jeszcze nie było naprawionych. Co do niektórych nie wiedziałem nawet, czy zdołam je w ogóle jakkolwiek naprawić.

Zerknąłem w bok, gdzie ostatnia karawana ze służbą i sprzętem ruszała właśnie w stronę domu. W tej karawanie znalazła się też Isis. Pochód otwierał Nasus, a zamykał Renekton. Obaj byli niezadowoleni z takiego obrotu sprawy. Nie chcieli bym wyruszał jako ostatni, sam. Uspokoili się i zgodzili się na to wszystko tylko dlatego, że Za’ pojawiła się ze swoim czułym uśmiechem, spokojem i logicznym rozumowaniem.

- Nie wysłałeś wszystkich do domu dlatego, że chcesz sam ruszyć za Xerathem, prawda, Imperatorze?

- Nie – odpowiedziałem, nie odwracając się nawet ku uzdrowicielce. – Potrzebuję jednak chwilę… odpocząć. Zostać sam.

Kobieta skinęła głową i zniknęła tak cicho, że przez chwilę nawet nie byłem pewny, czy faktycznie odeszła. Zerknąłem w bok, ale nie, nie było jej. Stała dalej, wraz ze swoim małym wojskiem. To było jedynie dwóch mężczyzn, dwóch bardzo skłóconych ze sobą mężczyzn, wiedziałem jednak, że wcześniej i później będą ich miliony i będą wołać jednym, tym samym głosem przeciw temu, co nastanie.

Odetchnąłem ciężko i przyłożyłem palce do skroni. Ja też tam stałem, widziałem to. Stałem wśród tego miliona, wołając tym samym głosem, co reszta, powtarzając słowa za Za’. Obok mnie stał Xerath.

Tak bardzo chciałem tego i tak mocno mnie to odrzucało. Gnieżdżąca się gdzieś w głębi serca złość wciąż dawała o sobie znać. Rozgoryczenie i poczucie zdrady wcale nie zniknęło – rozpaliło się tylko na nowo i wcale nie chciało przestać płonąć.

Nawet wtedy, gdy rozmawialiśmy, gdy widziałem go spaczonego, gdy mi pomógł, gdy odchodził… w żadnym z tych momentów złość nie przestawała mnie palić. Równie mocno dawała o sobie znać tęsknota za tym, co było kiedyś, było mi miłe i było tak zwyczajnie proste.

Odetchnąłem i jeszcze raz spojrzałem na karawanę. Gdzieś w niej, wśród eskorty i wygód, znajdowała się Isis. Powierzyłem ją opiece Nasusowi i wiedziałem, że kustosz nie pokpi tego zadania – nie śmiałby mi się sprzeciwić, nawet jeśli uważał moje rozkazy za niepotrzebne.

Kobieta była mi droga i tak naprawdę ani nie opłacało się, ani właściwie nie dało się tego już ukrywać – wiedzieli o tym Nasus, Renekton i Za’. Nawet jeśli wciąż nie wiedziałem, dlaczego ruszyła na pustynię, nawet jeśli nie miałem pojęcia, dla kogo to zrobiła, chciałem zadbać o nią tak dobrze, jak tylko byłem w stanie. W innym wypadku moje serce po prostu pękało na pół.

Westchnąłem ciężko. Myślenie o Isis, wspominanie Xeratha, pamięć o tym, co było i co zrobiłem źle – wszystko to uderzało we mnie coraz bardziej. Zastanawiałem się, czy aby na pewno dobrym było to, że wróciłem. Byłem Ukochanym Matki Pustyni, ale czy na pewno zasługiwałem na to miano? Z każdym dniem czułem się bowiem coraz ciężej ze wszystkim, co mnie spotykało.

Z całego obozu, który rozbiliśmy na granicy Shurimy i dawnych ziem Icathii zostały tylko dwa namioty – mój i ten należący do Za’ i jej kompanów. Przed namiotami trójka rozpaliła ogień. Poczułem zapach ziołowej herbaty i przypomniałem sobie, jak dokładnie ten napój wykradaliśmy razem z Xerathem na targu. Było mnie stać na o wiele lepszej jakości zioła, ale pamiętałem, że ta nuta niebezpieczeństwa sprawiała, że tak świetnie się wtedy bawiliśmy.

Odwróciłem się do obozu i podszedłem do trójki. Za’ siedziała pomiędzy mężczyznami, nucąc coś cicho. Noxiański nożownik czyścił swoje ostrza, a drugi z mężczyzn, cichy iończyk, spojrzał na mnie z uwagą, gdy podszedłem. Milczał jednak, ale to milczenie wcale nie wynikało ze spokoju.

- Kazałeś zabrać większość rzeczy, Imperatorze – zauważyła potulnie Za’. – Skallashi i płaskołazy też. Chcemy zatem wracać na piechotę?

- To ci przeszkadza? – zapytałem, siadając przy ognisku.

- Skądże! – zaprzeczyła radośnie.

- Mnie to przeszkadza – mruknął ponuro noxiańczyk.

- Talon, nie narzekaj przed Imperatorem – skarciła go Za’, po czym znów skierowała się do mnie: - Czy to na pewno godzi się, aby Imperator Pustyni szedł na piechotę?

- Robisz się paskudnie wyszczekana jak na kogoś, kto nie potrafi oddychać dziesięć metrów pod piachem – mruknąłem, unosząc dłoń, a pomiędzy otoczonymi złotem palcami przesunęły się ziarna piasku. – Gdybym chciał, byłbym w Pałacu zanim którakolwiek karawana tam dotrze. Zanim skończyłabyś swoją słodką herbatę, Uzdrowicielko.

Za’ zaśmiała się tylko – ani groźba, ani moje twarde słowa nie przestraszyły ją i oboje wiedzieliśmy, że tak właściwie nie miały. Gdy była młodsza, gdy ja byłem młodszy, często dokuczała mi ponad to, co było możliwe wobec Imperatora – etykieta jej nie interesowała i jak widać, niewiele w tej kwestii zmieniło się przez te wszystkie lata. Jej towarzysze jednak na moje słowa zareagowali spięciem i dopiero śmiech Za’ sprawił, że ponownie się rozluźnili.

- Nie powinieneś tutaj być, Azirze – zauważyła po chwili kobieta.

- Nie powinienem? – zapytałem i uniosłem głowę we władczym geście. – Gdzie według ciebie powinienem być?

- Z nią – odpowiedziała krótko.

Z niezadowoleniem sapnąłem, zakładając ręce na pierś.

- Stąpasz po bardzo cienkiej linie – uprzedziłem ją.

Kobieta uśmiechnęła się tylko. Tym razem moje słowa nie były czułym przekomarzaniem się i Za’ wiedziała o tym doskonale. W jej oczach zabłysnęło na chwilę niebezpieczeństwo, które doskonale znałem. Mignięcie tej wściekłości sprawiło, że po moich plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz.

Za’ narodziła się z przekleństwa i to przekleństwo nosiła w sobie. Mimo to ona i jej rodzina nie byli jednymi z tych, którzy stanęli naprzeciw mnie. Wiedziałem jednak, jak silna jest kobieta – siłę tę odziedziczyła w końcu zarówno po wojowniczej matce, jak i po potężnym ojcu. Gdy umierałem, była jeszcze młoda. Widziałem teraz w niej doświadczenie wieków, nie miałem jednak pojęcia, co przeżyła i jakie losy ukształtowały jej charakter.

- Powiedziałeś mi, że niektóre rzeczy nie są nam przeznaczone – zauważyła. – Czy nadal tak uważasz, Imperatorze?

- To moje słowa, a ja nie cofam tego, co padło – odpowiedziałem.

- Czy spróbowałeś chociaż raz, niczym pełen nadziei głupiec, czy od razu w swej mądrości władcy pustynnych krain uznałeś, że tak ma być?

Zmarszczyłem brwi i niezadowolony obrzuciłem kobietę spojrzeniem. Te słowa! Doskonale pamiętałem, kto jeszcze wypowiedział je wobec mnie – tym samym tonem, w bardzo podobnym znaczeniu usłyszałem je tysiące lat temu z ust jej ojca. Odetchnąłem i przymknąłem oczy. Te słowa rozbudziły wiele wspomnień, wiele uczuć. Zbyt wiele.

- Jesteś Imperatorem – zauważyła łagodnie. – Czy dlatego tak ciężko przychodzi ci to, co ludzkie?

- Próbowałem – odpowiedziałem niechętnie. – Niektóre rzeczy nie są nam przeznaczone.

- A o niektórych tylko myślimy, że nie są – odpowiedziała. – Czy zapytałeś ją, Imperatorze?

- Tak – odpowiedziałem złym tonem.

- Czy otrzymałeś odpowiedź?

Sapnąłem z niechęcią. Rozmowa z kobietą bardzo mi się nie podobała. Czułem się w niej nie jak władca pustyni, ale jak głupiec, młody głupiec, który o świecie nie wie za wiele. Fakt, że byliśmy oboje w tym wszystkim obserwowani przez dwóch towarzyszy kobiety, wcale mi nie pomagał.

- Nie – wyznałem.

Za’ uśmiechnęła się tylko, a ja wiedziałem, że wygrała tę małą bitwę na słowa. Niezadowolony wyciągnąłem dłoń po trzymany przez nią w rękach kubek z gorącą herbatą, jednocześnie drugą dłoń przytrzymując przy skroniach.

- Przestań – uprzedziłem ją. – Nie jesteś Zaarethem. Jesteś młodsza ode mnie, a ja za chwilę mogę stracić do ciebie cierpliwość.

Kobieta nie odpowiedziała, uśmiechnęła się tylko przepraszająco, po czym podała mi gliniany, prosty kubek z gorącym napojem. Zioła pachniały przyjemnie. Ściągnąłem jedną ręką swój złoty hełm i odłożyłem go na bok. Zarówno noxianin, jak i iończyk ciekawie spojrzeli na mnie.

Wyniesienie zawsze zmieniało formę ciało wojownika. Nasus zyskał psi wygląd, Renekton – krokodyli pysk, a mnie matka pustynia podarowała jastrzębie oblicze, to oblicze, które właściwie zaczynałem nienawidzić. Zaciekawione spojrzenia towarzyszy Za’ wcale nie pomagały.

Iończyk pierwszy odwrócił wzrok, widziałem też po nim, że mój wygląd nie zastanowił go bardziej, niż jakikolwiek inny. Nożownik przyglądał mi się dłużej, a nawet gdy odwrócił wzrok, jego zaciekawione spojrzenie osiadało na mnie co jakiś czas.

Herbata, którą parzyła Za’, robiło się z kilku pustynnych ziół. Gorący napój miał dzięki temu ciekawe właściwości – pomimo swojej temperatury potrafił schłodzić ciała, zamiast dodatkowo je ogrzewać. W pustynnym klimacie herbatę piło się często, serwowano ją zarówno w Pałacu, jak i w najbiedniejszych chałupach przy zapomnianych oazach.

- Czy ruszymy dziś, czy chcesz jeszcze tu zostać, Imperatorze? – zapytała spokojnie Za’.

- Ruszymy jutro – zarządziłem.

- Jak sobie życzysz. – Kobieta uśmiechnęła się lekko.

Uzdrowicielka chwilę jeszcze krzątała się przy ognisku, szybko jednak przegoniła swoich towarzyszy – jeden ruszył na pustynię, a drugi razem z kobietą ku szarym skałom spaczonej ziemi. Gdy zostałem w obozie sam, odetchnąłem ciężko. Chwila odpoczynku zdecydowanie mi się przyda. Miałem jednak nadzieję, że podróż do Pałacu minie szybko – moje serce, wbrew temu, co mówiłem, kwiliło tęsknie za słowiczym śpiewem.

 

~ * ~

 

Rankiem obóz był zwinięty, obaj towarzysze Za’ gotowi do drogi, a sama kobieta stała niedaleko, wpatrzona w pustynię. Gdy podszedłem do niej, usłyszałem, jak szeptała coś do siebie.

- Jesteś gotowa?

Odwróciła się do mnie i zdołałem wtedy zauważyć, że jej oczy były pełne krwi. Czerwone spojrzenie było wynikiem otaczającej oczy zbroi, przeklętej, żywej, darkińskiej zbroi, którą odziedziczyła po swoim ojcu. Kobieta skinęła głową, zamrugała oczyma, a zbroja rozwiała się na wietrze – tęczówki kobiety stały się natychmiast szare, ciepłe i łagodne.

- Możemy ruszać – zapewniła. – Talon! Zed! Ruszamy!

Skierowałem się na pustynię w tę samą stronę, do której zmierzały wypuszczone wczoraj z obozu karawany. Za’ ruszyła od razu ze mną, stawiając kroki równo tak, by wciąż być u mego boku. To było jawne pogwałcenie pałacowej etykiety i logiczne rozumowanie kogoś, kto ma chronić władcę potężnego kraju.

To jej zachowanie przypomniało mi o czymś. Zaciekawiony zwróciłem spojrzenie na kobietę i zapytałem:

- Kim był twój król?

Za’ spojrzała na mnie i to jej spłoszone spojrzenie uświadomiło mnie, że temat nie jest jej miły.

- Powiedziałaś, że nie jestem twoim królem – dodałem. – Kim zatem był twój król, Za’?

Kobieta odetchnęła i zerknęła krótko za siebie. Jej towarzysze szli za nami i na moje pytanie chętniej nadstawili uszu.

- Nie powiedziałaś im za wiele o sobie – zauważyłem z nieukrywaną satysfakcją.

- Wiedzą tyle, ile muszą, Imperatorze – odpowiedziała.

- Chciałbym wiedzieć więcej – usłyszeliśmy cierpiętniczy ton nożownika.

- Ile muszą, nie ile chcą, Talon – odparła. – Mój król już nie żyje. Mam też nadzieję, że tak pozostanie.

Jej ton był zimny i nieprzyjemny, odmienny od jej zwykłej, czułej i łagodnej postawy. Za’ mogła wydawać się spokojna, ale w jej żyłach krążyła przeklęta krew. Wystarczyło uderzyć w odpowiednie miejsce, aby zaczęła wrzeć gniewem i nienawiścią.

Nim jednak zdołałem to zrobić, piasek pod naszymi stopami zadrżał. Zatrzymałem się natychmiast, chociaż drżenie było mniej niż nikłe. Tak samo zatrzymała się Za’. Jej towarzysze nie wyczuli niczego – szli dalej przez jakiś czas i zatrzymali się dopiero, gdy znaleźli się tuż przy nas.

- Za’? – zapytał nożownik.

- Do tyłu! – zakrzyknęła.

Kobieta odskoczyła, podobnie, jak ja. Jej towarzysze byli na tyle zręczni i przytomni, że również się uchylili przed atakiem, nawet jeśli odskok był wykonany w ostatniej chwili i ledwo co ocalił ich kończyny.

Z piachu wydostał się potężny, opancerzony, fioletowy stwór. Xer’Sai. Zwierzę było tworem Pustki, ale na tyle dobrze się dostosowało, że Wielka Sai była ich pełna. Okaz, który mieliśmy przed sobą, był jednym z większych, jakie widziałem.

- Zed, Cienie, Talon, potrzebuję dezorientacji!

Głos Za’ nie był ani usłużny, ani spokojny. Rozkazywał i wymagał – nie należał do Uzdrowicielki, należał do dowódcy. Parsknąłem tylko niechętnie pod nosem. Przeszłość kobiety zaczynała mnie coraz mocniej interesować.

- Powstań! – zawołałem.

Piach przede mną poruszył się i wyłonili się z niego żołnierze. Każdy z piaskowych sołdatów uzbrojony był w tarczę i włócznię. Xer’Sai zwróciła uwagę na mój krzyk i z rykiem ruszyła ku mnie. Drogę zagrodzili jej natychmiast piaskowi żołnierze.

Nie tylko moje umiejętności posłużyły nam do walki. Noxiańczyk był szybki, zwinny i korzystał zarówno ze swoich noży, jak i wybuchowych dzwoneczków, które doczepiał do ostrzy. Iończyk, którego Za’ wołała Zed, korzystał z niespokojnej magii, ożywiając czarne cienie, które falując nieprzyjemnie, ruszyły do ataku na równi z moimi żołnierzami.

Za’ w całym tym zamieszaniu wydawała się niczym oderwana od rzeczywistości. Nie atakowała, nie uchylała się, stała po prostu kawałek dalej, lekko pochylona, obserwująca dokładnie piach pod sobą. Przez chwilę pomyślałem, że oszalała, ale potem przypomniałem sobie, że tam, gdzie jest jedno ziarno piachu, spodziewać się można tysiąca innych.

Xer’Sai zaryczała i ukryła się pod piaskiem. Towarzysze Za’ odetchnęli z ulgą, jednak zarówno ja, jak i kobieta wiedzieliśmy, że to nie koniec walki.

- Zed, Talon, to wróci! – upomniała ich kobieta. – Patrzcie pod nogi.

Mężczyźni skinęli głowami i zerknęli na złoty piasek. Moi żołnierze na moment rozwiali się na wietrze, ale wiedziałem, że jeśli będzie to konieczne, będę mógł ich przyzwać do siebie bez najmniejszego problemu.

- Talon, na lewo!

Noxiańczyk posłusznie odskoczył, tym razem o wiele pewniej i zwinniej. Tuż pod jego stopami z piachu wynurzyła się Xer’Sai, łapą zagarniając jednak tylko powietrze. Uniosłem od razu dłoń i gdy w piachu wyrośli żołnierze, skierowałem ich włócznie do ataku.

Dwóch lub trzech zdołało sięgnąć miękkiego podbrzusza bestii. Zwierzę zaryczało i od razu schowało się pod piasek, wzniecając tumany kurzu.

- Potrzebuję jej tak jeszcze raz! – zawołałem.

Za’ skinęła głową i wydawała kilka rozkazów swoim towarzyszom. Byli jej posłuszni, ufali jej słowom, nawet jeśli nie ufali sobie nawzajem. Gdy Xer’Sai wyskoczyła z piachu, próbując dosięgnąć iończyka, włócznie moich piaskowych żołnierzy uderzyły w jej brzuch.

Zwierzę zaryczało, zranione i przerażone. Próbowało schować się pod piach, ale tak naprawdę nie miało sił, by wyrwać się z moim żołnierzom. Piaskowe włócznie trzymały ją mocno, przyszpilając do złotego morza pod nią.

Xer’Sai zaryczała raz jeszcze, po czym zwinęła się w konwulsjach w kłębek niczym martwy pająk. Cofnąłem swoich żołnierzy, patrząc z obrzydzeniem na bestię – była ogromna i była paskudna, była też plagą mojej ojczyzny.

- Azir!

Uniosłem głowę ku Za’ i właściwie to był mój błąd – nie powinienem zwracać uwagi na jej krzyk, ale na to, co ten krzyk wywołało. Gdy z piachu przede mną wyłoniła się fioletowa łapa z czarnymi szponami, uchyliłem się zbyt późno. Ból rozdarł mój brzuch tak, jak szpony rozdarły moją zbroję i moje ciało. Warknąłem, uniosłem dłoń, a piaskowi żołnierze przebili ciało mniejszej, ale o wiele sprytniejszej bestii.

- Azir!

Żołnierze rozsypali się w proch – moja magia była słaba tak, jak ja byłem teraz słaby. Przycisnąłem ręce do brzucha, czując mokre, rozszarpane tkanki. Świat przed oczyma zawirował, a zaraz potem pustynny piach, zabarwiony moją własną krwią, wydał mi się na sekundę bardzo bliski. Tylko na sekundę – potem szybko zaczęło robić się ciemno i przestałem czuć właściwie cokolwiek.

 

Oaza na pustyni, pałac wśród murów

 


Potwór był ogromny, o wiele większy, niż ten, którego Za’ powstrzymała swoim twardym głosem i niezłomną postawą nie tak dawno temu. Ogromny, fioletowy łeb uzbrojony był w dwa rzędy ostrych zębów, a dodatkowo towarzyszyły tej szczęce cztery kły. Twarda, kościano-skórzasta korona tworzyła tył czaszki gada, a głównej głowie towarzyszyły dwie mniejsze szczęki po prawej i po lewej stronie. Ostre pazury mimo wszystko krótkich łap rozgrzebywały piasek, wzniecając wokoło tumany złoto-szarego kurzu.

- Co to jest do diabła? – parsknął Talon.

- Jedno z dzieci Pustki – odpowiedziała Za’. – Nawet jedno z władców tej krainy. Zed, będziemy potrzebować dezorientacji. Czy dasz sobie radę z Cieniami?

Skinąłem głową, chociaż wiedziałem, że Cienie tak naprawdę nadal nie są mi do końca posłuszne. Liczyłem jednak na to, że obecność Za’ przerazi je tak, jak zwykle, że usłuchają mnie, bo będą się bały kobiety.

- Talon, zajmij się razem z Zedem ściągnięciem go na pustynię – poleciła Za’. – Uważaj na piasek. Jeśli jest jeden, może ich być jeszcze więcej.

Nożownik skinął głową. Zauważyłem go, jak przeskakiwał nad rozsypanymi owocami, potrzaskanymi skrzyniami i rozwalonymi namiotami. Tuż obok mnie zaszeleściły Cienie – pojawiły się, niechętne, ale posłuszne. Spojrzały na mnie złymi, nienawistnymi oczyma, ale ich wzrok zahaczył również o postać Za’. Gdy wskazałem im ogromnego potwora, ruszyły bez najmniejszego sprzeciwu.

Monstrum ryczało, uderzało pazurami w piach i niszczyło kolejne elementy obozowych namiotów. Służba biegała nieporadnie w prawo i w lewo, ratując własne życia, zapasy, a nawet złocone meble. Uciekli dopiero wtedy, gdy usłyszeli głos Azira.

Imperator skierował swoją włócznię ku potworowi, a z piasku wynurzyli się okryci w złote zbroje włócznicy. Ostrza skierowały się ku wężowi. Potwór zaryczał, uderzając ogromnymi pazurami.

Łapska gładko przeniknęły przez moje Cienie, nie czyniąc im żadnej krzywdy. Uderzeni piaskowi żołnierze Azira rozsypywali się w proch, ale ich miejsce zaraz zajmowali następni, tworząc zwarty mur. Nie widziałem już Talona, ale zdołałem zauważyć świszczące w powietrzu ostrza, do których nożownik przymocował dzwoneczki i małe materiały wybuchowe. Noże uderzały w łeb potwora z jednej strony, zmuszając maszkarę do odwrotu.

Kobiece piski i głośne krzyki mężczyzn zwróciły moją uwagę. Za kolejnym murem piaskowych żołnierzy chroniła się służba Azira, ale spod piachu wydostały się mniejsze, nie mniej jednak niebezpieczne węże. Do walki z nimi stanęli potężni wyniesieni, których Za’ pokazała mi wieczorem w obozie – psi Nasus walczył obok Renektona, którego potężne cielsko krokodyla miażdżyło wężowe ciała.

Chaos był ogromny, a ja skupiałem się tylko na poleceniach Za’. Kobieta stała wśród zrujnowanego obozu, podnosiła rannych, pouczała żołnierzy i wydawała rozkazy tym, którzy byli zbyt zagubieni, by myśleć samodzielnie. Miała spokojny, ale twardy głos. Zniknęła na chwilę jej czułość i usłużność – słuchaliśmy jej jak zaklęci, tego głosu, który nie znosił sprzeciwu, który czułem, że kiedyś prowadził miliony.

- Isis!

Krzyk Azira zwrócił moją uwagę. Imperator doskoczył do jednej z kobiet, a jego piaskowi żołnierze przeszyli włóczniami jedno z węży. Azir pochylił się nad kobietą, podniósł ją bez problemu i rozejrzał się wokoło.

Widziałem, jak zza jego pleców wyłania się ogromny wąż. Skierowałem tam swoje Cienie, mimo że wiedziałem, że to może nie wystarczyć, że mogą nie zdążyć sięgnąć potwora. Jednocześnie jednak nie musiały – coś innego uderzyło w węża.

 

~ * ~

 

Niebieska błyskawica, pełna szepczącej mocy, spadła znikąd na istotę pustki. Wąż zasyczał, zawył przerażająco i rozsypał się na tysiąc kawałków.

- Dałbyś się zabić dla kobiety! – warknął wściekle Xerath, lądując przy Azirze. – Z tego, co widzę, nawet nie twojej.

- To cię boli? – mruknął Azir, mocniej przytrzymując przy sobie Isis.

- Boli mnie wiele rzeczy – prychnął Xerath. – Jesteś głupcem, Azir!

- Jeśli wróciłeś tylko po to, żeby mi to powiedzieć, możesz już iść! – Głos Imperatora był równie zły, co drżący ze zdenerwowania.

Xerath prychnął jedynie. Jego oczy, pełne dziwacznej, biało-niebieskiej energii, opadły na postaci Isis. Kobieta była nieprzytomna, okurzona i ranna. W ramionach Azira jej drobna postać wydawała się jeszcze bardziej nieporadna i słaba.

- Dołączy do twojej kolekcji? – prychnął Xerath.

- Nie mam kolekcji – mruknął Azir, mimowolnie mocniej przygarniając do siebie kobietę. – Czego tu chcesz?

Mag prychnął niemiło.

- Chciała, abym wam pomógł – mruknął Xerath, głową wskazując na stojącą w oddali Za’. – Pomógł tobie.

- Obejdzie się – warknął Azir.

- Och, naprawdę? – Mag machnął ręką ze wściekłością na bok, a kolejna wiązka lśniącej, biało-niebieskiej energii uderzyła w wijące się wstrętnie cielsko węża. – Ciekawe, czy mówiłbyś to z takim samym zapałem, gdybyś był martwy, Azir!

- Nic mi nie jest – zaprzeczył Imperator. – Nie jestem już dzieckiem, Xerath. Ani jeden z nas nie jest. Nie musisz mnie bronić jak w ulicznych bójkach.

- To nie jest uliczna bójka, głupcze! – warknął Xerath. – Czemu zawsze…

Mag warknął i odwrócił się, zaciskając pięści, a kolejne wiązki jego mocy uderzyły w stwory pustki, rozszarpując je na drobne kawałki.

- Właśnie przez tą twoją dumę ja… - zaczął ponownie mag.

- Przez to zdradziłeś Shurimę? – zapytał Azir, unosząc z dumą swoją głowę.

- Przez to próbowałem coś zmienić! – warknął Xerath. – Gdybyś tylko mnie słuchał.

- Gdybyś tylko dał mi czas – odparł ze smutkiem Azir.

Xerath rozluźnił się nieco, prostując i cofając. W końcu jednak prychnął i pokręcił głową.

- Zabierz ją – polecił, wskazując na nieprzytomną śpiewaczkę. – Zajmę się resztą. Jak zawsze.

Azir westchnął tylko, ale pozwolił Xerathowi odwrócić się i skierować swój gniew i rozgoryczenie na potwory pustki. Sam otoczył mocniej nieprzytomną śpiewaczkę i skierował się ku Za’. Uzdrowicielka stała wśród chaosu i uśmiechała się lekko. Wydawała się równie spokojna, co przerażająca, a Azir nie wiedział, czy to uspokaja go, czy wręcz przeciwnie – ogarnia go strachem zimnym niczym mróz.

 

~ * ~

 

Spotkanie z Yevnai wydawało mu się tak dalekie, jak zeszłoroczny sen, a jednocześnie paliło go gdzieś w środku niespokojnymi uczuciami. Jak na złość te rozdzierające się światy wołały jeszcze głośniej i, ku niezadowoleniu Shena, jeszcze czulej ku niemu.

- Coś cię dręczy, przyjacielu. Coś złego.

Shen zerknął na Kennena, ale mimo że yorld był mu niesamowicie bliski, Shen właściwie nie wiedział, jak opowiedzieć wszystko to, co teraz się z nim działo. Stał przez to dość długo w milczeniu, wpatrując się w piękny krajobraz, wdzięczny Kennenowi mimo wszystko za to, że został i że nie popędzał go do wyjaśnień.

- Yevnai w ostatniej podróży została zaatakowana – wydusił z siebie w końcu ninja.

- Nic jej nie jest? – dopytał Kennen, wiedząc, ile kobieta znaczy dla Shena.

- Nie.

- Zdążyłeś zatem jak zawsze?

- Nie – odparł sucho Shen. – Dowiedziałem się o tym w czasie ostatniej wizyty u niej. Nie poczułem nic, Kennen. Od kilku tygodni jest tylko… to uczucie, te rozdzierające się światy. Widzę je coraz wyraźniej. W tym dymie i mgle coś jest. Nie mam jednak pojęcia, co.

- Mówiłeś, że duchy milczą – zauważył Kennen.

Shen skinął głową, a jego spojrzenie wydawało się szczególnie ponure.

- Milczą – potwierdził. – Nie każą mi ruszać za tym, ale… nie zabraniają mi tego. Pozostawiły ten wybór mnie. Uśmiechają się, wiedzą, co to wszystko znaczy. Nie wyjaśnią mi jednak niczego.

Kennen skinął głową i przez chwilę milczał, zastanawiając się nad tym, co odpowiedzieć przyjacielowi.

- Wciąż uważam, że powinieneś tam iść – zauważył. – To może wyjaśnić wiele, Shen, uspokoić cię przede wszystkim.

- To rozdarcie, spaczenie – jęknął Shen. – Nie powinno tu tego być. Nie dość, że duchy nie chcą, bym się temu sprzeciwił, to jeszcze…

Shen urwał, a jego postawa wydawała się Kennenowi niepewna, speszona, jakby ninja wstydził się tego, co mógłby powiedzieć dalej.

- Jest coś jeszcze, prawda?

- To mnie woła, Kennen – wyznał Shen.

- Woła? – zdziwił się yorld.

- Tak, jak kiedyś… - Shen zaciął się po raz kolejny, po czym przyznał cicho: - Yevnai wołała mnie tak samo. Tylko teraz… to jest tak wyraźne. Jeszcze bardziej… jeszcze mocniejsze.

- Czy dlatego się tak wahasz? – zapytał Kennen. – Myślisz, że to coś złego.

- Nie mam pojęcia, co to jest – wyznał Shen. – Nie wiem, co z tym tak naprawdę zrobić.

- Powinieneś to sprawdzić, Shen – zauważył Kennen. – Bądź ostrożny jednak. To, co cię woła, może być równie dobre, co złe dla ciebie.

 

~ * ~

 

Patrzyłem, jak ogromny wąż ukrywa się w piachu, a mniejsze stwory znikają za nim. Te, które leżały martwe, szybko wciągali pod ziemię ich pobratymcy. Po chwili po brutalnym ataku pozostały jedynie ślady krwi, leżące gdzieniegdzie trupy służby oraz porwane namioty i roztrzaskane sprzęty.

Odetchnąłem głęboko i przeczesałem włosy palcami. Lepiły się od potu i wydawały się nieprzyjemne, niczym oblepione błotem.

- W porządku? – obok mnie stanął Talon. – Gdzie Za’?

- Nie widziałem jej – odparłem. – Czy to wszystkie?

- Na to wygląda – mruknął Talon.

Jego płaszcz był poszarpany tak samo, jak prawy rękaw jego kurtki. Materiał przesiąkł krwią, ale widziałem, że skóra nie była głęboko zadrapana. Za’ zajmie się jego ranami bez problemu, doskonale o tym wiedziałem.

Rozejrzałem się raz jeszcze wokoło. Służba powoli zbierała rozbite sprzęty, a żołnierze pomagali zebrać zwłoki na bok. W jednym z małych, ocalonych namiotów znajdował się Azir, klęcząc przy naprędce zrobionym łóżku. Na posłaniu leżała śpiewaczka, a ja miałem wrażenie, że jest droższa Imperatorowi niż cała jego pustynia i świat razem wzięte.

- Za’…

Odwróciłem się na dźwięk głosu Talona i również spojrzałem na Za’. Stała na skraju zniszczonego obozu, a tuż przed nią znajdował się Xerath. Rozmawiali, ona jak zwykle spokojna i usłużna, a on – zdenerwowany, gestykulujący ze złością, rozpaczą. W końcu kobieta wygrała. Jej cisza była tak trudna do pokonania, wiedziałem o tym doskonale. Wskazała magowi pustynię, a ten rzucił ostatnie, tęskne spojrzenie na obóz i odszedł.

- Nie mieliśmy go złapać? – westchnąłem tylko.

- Nie – zauważył ponuro Talon. – Mieliśmy go znaleźć.

- Hm – mruknąłem tylko.

Któryś z żołnierzy Azira zauważył sytuację tak samo, jak my. Zaalarmowany przez niego Imperator pojawił się przed namiotem i spojrzał na oddalającego się szybko Xeratha. Piach uniósł się i Azir ruszył w pościg, ale gdzieś na granicy obozu stanęła przed nim Za’.

- Zejdź mi z drogi – warknął Azir.

- Nie – odpowiedziała cicho i pewnie.

- Zejdź. Mi. Z drogi – powtórzył.

Jego dłoń uniosła się, a z piachu podnieśli się piaskowi żołnierze. Otoczyli oni Za’ i unieśli swoje włócznie.

- Byłam martwa, Imperatorze – zauważyła ze smutnym uśmiechem Za’.

- Ja też – zauważył ponuro Azir.

- Nie boję się tej ciemności – zauważyła spokojnie, pojednawczo unosząc ręce – ale nie chcę tam wracać. Czy możemy porozmawiać?

Zerknąłem krótko na Talona, a potem obaj mocniej chwyciliśmy swoje bronie. Piaskowych żołnierzy było sporo, prawie dwa tuziny, każdy gotowy nawet na najmniejsze skinięcie swojego Imperatora. Mimo to Za’ stała niewzruszenie, nawet nie sięgając po nic, co mogłoby posłużyć jej za broń. Piaskowe włócznie trwały przy jej szyi, ale ona patrzyła tylko na Imperatora.

Ścisnąłem dłonie, przyzywając do siebie cienie. Nim jednak zaszeleściły obok mnie, Imperator opuścił swoją włócznię i cofnął żołnierzy.

- Dlaczego? – zapytał z nieukrywanym bólem. – Pozwoliłaś mu uciec. Dlaczego?

- Nie pozwoliłam – zaprzeczyła. – Pomogłam.

Azir wzdrygnął się – informacja widocznie go zaszokowała. Właściwie mnie też, tak samo zresztą, jak Talona.

- Kiedy martwi wstaną, by zdobyć ten świat, ty i on możecie stanąć przy mnie lub wciąż walczyć między sobą – wyjaśniła cicho – patrząc, jak wszystko znika. Proszę, Imperatorze. Nie musicie rezygnować z marzeń, które kiedyś należały do was dwóch.

Azir przymknął oczy i pokręcił głową.

- To nie powinno się tak skończyć – westchnął w końcu.

Gdy machnął ręką, piaskowi żołnierze rozsypali się i po chwili nie został po nich nawet ślad.

- Wszystko może się jeszcze zmienić – zauważyła czule Za’. – Już się zmieniło. Prawda?

Imperator uniósł swoje smutne spojrzenie, po czym zerknął na pustynię. W oddali błyskały tylko jasnoniebieskie światła. Być może Xerath w ten sposób uciekał, być może po prostu wyrażał swoją złość, a być może walczył – tego Azir nie wiedział.

- Może – westchnął. – Może się zmieniło.

Za’ uśmiechnęła się czule, po czym odwróciła się do nas, zostawiając Azira samego.

- Talon, jesteś ranny – jęknęła.

- Gotowy na opatrywanie. – Nożownik uśmiechnął się ze zwykłą sobie zadziornością.

Parsknąłem tylko śmiechem. Nawet jeśli coś w życiu Azira zmieniło się, nawet jeśli w moim, Talona i Za’ życiu też zmieniło się wiele, niektóre rzeczy wciąż zostały takie same.


 

Krzyk wśród czarnego piasku

 


Ciche trzaski zaczęły się rozlegać coraz głośniej, uniosłem zatem głowę i rozejrzałem się niespokojnie wokoło. Pustynny obóz Azira był pełen głosów, śpiewów i szumu, ale te trzaski były szczególne, wywoływała je złość i idealnie rozpoznawałem to spomiędzy innych, radosnych dźwięków.

- Za'? - zapytałem, gdy w końcu zdołałem zauważyć, co wywoływało nieprzyjemne trzaski. - Wszystko w porządku?

Kobieta uniosła ku mnie pytające spojrzenie. Nie wiedziała, co się dzieje, widziałem to idealnie w jej oczach - nie miała pojęcia, jak mocno zaciskała dłoń na trzcinowym koszu, że pałąk powoli zaczynał pękać pod naporem ogromnej siły, że, o ile dobrze to zauważyłem, pod palcami zaczęły pojawiać się dziwne, małe, ale twarde, czerwone płyty, lśniące delikatnie niczym na pancerzach żuków pustynnych. Fragmenty zbroi zaczęły otaczać palce i dłoń kobiety, nim jednak wychyliły się mocniej, Za' wstrząsnęła głową, jej wzrok stał się bardziej przytomny, a dziwne pancerze - zniknęły.

- Zaciskasz pięści - zauważyłem jeszcze.

- Och, tak, przepraszam - mruknęła cicho, cofając swoje dłonie.

Kosz był ściśnięty tak mocno, że trzcina połamała się i popękała. Wykrzywiona plecionka wydawała się paskudna i nieprzydatna.

- Tak, ewidentnie ten kosz wymaga przeprosin.

- Zed - jęknęła kobieta, starając się wyprostować plecionkę.

- Wydajesz się rozdrażniona - zauważyłem spokojnie. - Co się stało?

Za' odetchnęła i spojrzała niepewnie na kosz. Nie udało się go wyprostować, ale znajdujące się w środku zioła wciąż nadawały się do obróbki.

- Ja... nie wiem właściwie - wyznała. - Wybacz, to tylko głupie przeczucie.

- Nie musisz mnie przepraszać. - Podniosłem się i podszedłem do kobiety, po czym ukucnąłem i używając sporo siły, nieco wyprostowałem brzeg plecionki. - Chcę tylko upewnić się, że wszystko z tobą w porządku.

- Jest w porządku, Zed - zapewniła mnie. – Chyba powinnam odpocząć, nim rankiem ruszymy.

- Zdecydowanie – parsknąłem. – Jeśli chcesz, sprawdzę teren wokoło.

- To nie będzie konieczne – wyznała. – Żołnierze Azira trzymają straż. Odpocznijmy jeszcze przed jutrem.

Skinąłem głową, a kobieta odłożyła zdewastowany kosz na bok i otuliła się szczelniej płaszczem. Obok niej drzemał już Talon, kobieta przysunęła się do niego nieco. Być może czuwała zawsze tak długo, bo o nas dbała, a być może w jej snach było coś, czego się bała. Nie wiedziałem tego, a sama kobieta niewiele nam mówiła.

- Dobranoc, Za’ – wymruczałem jeszcze.

- Dobranoc, Zed – odpowiedziała mi od razu.

Mimo że przymknęła oczy, sam nie potrafiłem pójść za jej i Talona przykładem. Dopiero gdy uświadczyłem jej spokojny, równomierny oddech, sen upomniał się o swoje prawa.

 

~ * ~

 

Odkąd Azir wyszedł, Isis nie opuściła jego namiotu, ale nie odważyła się też zasnąć. Siedziała na krześle, dokładnie tam, gdzie pozostawił ją Imperator. Była zmęczona, ale była też zbyt zrozpaczona, smutna i przerażona, aby sen przyszedł ją utulić.

W myślach karciła się za lekkomyślność, za samowolę i przede wszystkim za to głupie, czułe uczucie, na które sobie pozwoliła. Gdyby Azir nie był jej tak drogi, gdyby tak bardzo nie chciała przy nim być, nie wyruszyłaby samowolnie z Pałacu, nie ściągnęłaby też na siebie gniewu władcy. Nie zmieniłoby się nic – gdyby Azir wrócił, znów mogłaby mu śpiewać. A teraz? Jej los wydawał się taki niepewny…

- Dlaczego nie odpoczywasz, Isis? Jest późno, przeszliśmy kawał drogi. Musisz być zmęczona.

Serce Isis podskoczyło nagle, gdy do jej uszu dotarł spokojny, cichy i dziwnie zrezygnowany głos jej ukochanego Imperatora. Kobieta natychmiast spojrzała na swojego władcę – Azir stał w progu namiotu, jego potężna postać zajmowała niemal całą wysokość wejścia, a płaszcz zagarniał drobiny piasku z pustynnych wydm. Na złotej zbroi odbijał się blask ognisk, które służba rozpaliła w obozie oraz tańczące niemrawo płomienie lamp i świec, które ustawiono w namiocie.

- J-ja… - zaczęła niepewnie.

- Czy miejsce do snu ci nie odpowiada? – zapytał, wchodząc do namiotu.

- Nie, ja… - jęknęła. – To twój namiot, panie. Nie powinnam tu spać.

- Możesz spać, gdzie tylko chcesz – zapewnił ją, podchodząc bliżej. – Mówiłem już, nie jesteś moim więźniem, Isis.

Isis przełknęła tylko ślinę, a Azir widział jej strach. Nie chciał jednak, by się go bała. Siedziała na krześle, dziwnie zrozpaczona i przerażona, a serce Azira na ten widok niemal pękało na pół.

- Jeśli tylko chcesz, dostaniesz osobny namiot wyposażony tak, jak będziesz sobie tego życzyć – zaproponował.

Kobieta pokręciła głową, a jej ciemne włosy zafalowały w powietrzu wraz z tym gestem.

- Chociaż… - ciągnął cicho Azir, ściągając powoli rękawice ze swoich dłoni. – Wolałbym nie tracić cię z oczu. Masz tendencję do robienia głupich rzeczy, Isis.

Kobieta momentalnie spłonęła rumieńcem, ale nie był to ten przerażony rumieniec, który miała podczas wcześniejszej rozmowy. Teraz wydawała się uroczo zagubiona, zawstydzona jego słowami.

Azir zaśmiał się cicho i usiadł obok kobiety, na jednym ze zdobionych krzeseł. Miękkie skóry sprawiały, że siedzisko było bardzo komfortowe.

- Nie byłaś w moim orszaku – zauważył Azir. – Drugi orszak?

- T-tak – odpowiedziała cicho. – Szłam ze służbą.

- Szłaś? – zdziwił się. – Isis, przeszłaś całą tę drogę?

Kobieta skinęła głową.

- Czyś ty oszalała? – jęknął głośno władca, przykładając swoje szponiaste palce do skroni. – Isis, to Wielka Sai, a ty od kilku lat jesteś tylko w Pałacu. Nawet u siebie, w domu niewiele miałaś styczności z pustynią. Nie powinnaś tego robić.

- Wybacz, panie – wyszeptała.

- Byłoby mi łatwiej to zrozumieć, gdybym wiedział, dla kogo to zrobiłaś – westchnął. – Jeśli chcesz, ja… mogę go wezwać.

Isis pokręciła tylko głową, a rumieńce na jej policzkach powiększyły się. Azir westchnął tylko i oparł się wygodniej o siedzenie.

- Nie musisz się wstydzić, Isis – zapewnił. – Ani nie musisz tego ukrywać.

Kobieta przełknęła tylko ślinę.

- To… nie jest odpowiednie uczucie, mój panie – wyznała cicho.

- Nie jest odpowiednie? – zdziwił się. – Dlaczego?

Isis uśmiechnęła się tylko smutno. Wciąż siedziała na brzegu swojego krzesła, jej ręce złożone były na podołku. Nie patrzyła na Imperatora, chociaż jej spojrzenie raz po raz delikatnie się unosiło, by choć na chwilę, chociaż troszkę ogarnąć fragment jego wspaniałej postaci.

- Jesteś moją śpiewaczką, Isis – zauważył ostrożnie Imperator. – Jesteś Słowikiem Pustyni. Dlaczego uważasz, że to uczucie jest nieodpowiednie? Masz wysoki status, nawet doradcy i generałowie byliby zaszczyceni, będąc z tobą.

Kobieta nie odpowiedziała, ale jej lekki, smutny uśmiech wciąż tkwił na jej twarzy.

- To nie jest doradca ani generał – zauważył cicho Azir.

Isis pokręciła głową.

- Ktoś ze służby?

Kobieta znów pokręciła głową, a Imperator zmarszczył swoje brwi.

- Isis, jeśli to nie jest…

- Czy mogę ci zaśpiewać coś, mój panie?

Azir zerknął zaskoczony na kobietę, ale w końcu odetchnął ciężko i skinął głową.

- Tylko jedną pieśń, Isis – uprzedził. – Potem pójdziesz spać. Musisz odpocząć.

Kobieta uśmiechnęła się i zaczęła śpiewać, a dla Azira właściwie wszystko inne przestało mieć znaczenie.

 

~ * ~

 

Rankiem zebraliśmy swoje rzeczy, jeszcze zanim służba Azira wstała. Nim jednak razem z Za’ ponownie ruszyliśmy na Xeratha, sam Imperator stanął przy nas. Za jego plecami stało równo jego wojsko, niewielki, ale ewidentnie niebezpieczny oddział.

- Czy nie lepiej, abyś tu został? – Za’ uśmiechnęła się uroczo do Azira. – Tu jest bezpieczniej, Imperatorze.

Azir prychnął tylko, a jego płaszcz zagarnął nieco piachu z pustyni. Drobiny zawirowały wokół niego i wiedziałem dobrze, że ma to związek z magią, którą posługiwał się pustynny władca.

- Chyba nie myślisz, że nie potrafię się bronić – syknął z niechęcią.

- Chyba nie myślisz, że pomyślałam o tobie – odparła rozbawiona Za’.

Azir zamarł, zaraz potem jego niespokojne spojrzenie powędrowało tam, gdzie znajdowały się namioty i gdzie przed nimi grzała się w pierwszych promieniach słońca ta słodka, urocza śpiewaczka, której cichy występ słyszałem w nocy. Imperator odchrząknął, a Za’ uśmiechnęła się tylko tym swoim ciepłym uśmiechem. W oczach Azira widziałem, że też nie przepada za tym słodkim wyrazem twarzy Uzdrowicielki.

- Weźmiesz jedną drużynę ze sobą – polecił w końcu Imperator. – Zostanę tutaj, w obozie.

- Tak będzie najlepiej – zdecydowała kobieta. – Idziemy.

Azir odsunął się na bok, a przygotowana przez niego drużyna ruszyła za Za’. Kobieta wskazała żołnierzom pustynię, a jej gest był prosty, jasny i wykonany z doświadczeniem, wojskowym doświadczeniem, o które nigdy bym Uzdrowicielki nie podejrzewał. Zerknąłem krótko na Talona – nożownik też idealnie to zauważył, ale jego spojrzenie mówiło teraz jasno, że lepiej nie denerwować Za’. Wychodziłem z tego samego założenia.

Gdy ruszaliśmy wraz z drużyną Azira na pustynię, miałem znów o wiele więcej pytań w sobie niż odpowiedzi na dręczące mnie zagadnienia.

 

~ * ~

 

Marsz był jednostajny, Za’ nie przyśpieszała ani nie zwalniała, zdarzało się jednak kilka razy, że zmieniała łagodnie kierunek, ale jej spojrzenie nie przestawało wpatrywać się w dal, gdzie, wiedziałem o tym idealnie, znajdował się Xerath.

Nagle Uzdrowicielka zatrzymała się, a spod piasku wynurzył się ogromny wąż. Gad rozwarł swój pysk i zasyczał, a drużyna Azira momentalnie stanęła w równym szyku i skierowała ku niemu włócznie. Zareagowałem podobnie, przyzywając swoje cienie, a Talon obok mnie wyjął zestaw noży.

Jako jedyna do walki nie przygotowała się Za’. Stała wyprostowana, a gdy wąż pochylił swój łeb, wysuwając cienki jęzor, zmrużyła jedynie oczy z dziwną złością.

- Stoisz mi na drodze. – Głos Za’ był nieprzyjemny, zimny i na jego dźwięk wzdrygnąłem się nieprzyjemnie, a Talon zerknął niepewnie na kobietę. – Ustąp albo zdychaj.

Twór pustki zasyczał niespokojnie, mrużąc swoje oczy i przechylając swój łeb na bok. Za’ nie ruszyła się z miejsca, nie przybrała ani obronnej, ani agresywnej postawy. Po prostu tak trwała, spokojna, z nieprzyjemnym spojrzeniem i zimnym głosem. W końcu wąż wycofał się, wciąż jednak obserwując kobietę.

Widziałem w oczach gada, jak bardzo bał się Uzdrowicielki. Żołnierze za naszymi plecami opuścili nieco włócznie, patrząc jednak z lekkim przestrachem na kobietę. Nie dziwiłem się im. Mnie ta sytuacja też się nie podobała.

- Ruszamy – zarządziła kobieta.

Gdy zebrała się do drogi, bez ociągania podążyliśmy za nią. Ten marsz okazał się jednak niezbyt długi – gdy minęliśmy ogromną grupę skał, Za’ znów się zatrzymała i spojrzała z uwagą przed siebie. Z tej odległości widziałem nawet białe namioty obozu Azira. Byliśmy właściwie nie aż tak daleko.

Wśród skał i spaczonych, powykręcanych roślin stał dziwny twór, który jednak nie należał do Pustki. Humanoidalne ciało wydawało się wybudowane z czystej energii i wypełnionych magią kryształów, które spajały błyszczące, dziwne łańcuchy.

Xerath. Zatem tak wyglądał wyniesiony mag, który zdradził Imperatora tyle tysięcy lat temu.

Mag też nas zauważył – odwrócił się ku nam i każdego z nas zmierzył wzrokiem. Jego oczy zmrużyły się na widok niewielkiej drużyny, ale szybko spojrzenie skupiło się na Za’.

- To ty… - Wyniesiony mag zmrużył coś, co wyglądało jak oczy.

Za’ nie odezwała się, stała też przed tym magiem tak, jak przed nami – cicha, usłużna i czuła. Ja z Talonem nie czuliśmy się tak swobodnie.

- Szłaś po mnie cały ten czas? – zapytał ze złością.

- Tak – odpowiedziała prosto.

- Azir? – Mag zacisnął coś, co wyglądało jak pięść. – Wysłał cię?

- Tak – potwierdziła znowu.

Mag parsknął śmiechem. Zew wydawał się gorzki i nieprzyjemny.

- Nie ma nawet odwagi, by stanąć sam naprzeciw mnie?! – warknął mag z wściekłością. – By sam mnie zabić?

- Azir nie wydał na ciebie wyroku, mistrzu Xerathcie – zauważyła potulnym tonem Za’, unosząc do góry swoją dłoń w pojednawczym geście. – Kazał cię sprowadzić. To jednak nie ma znaczenia. Możecie się teraz spotkać lub nie, nie zmieni to nic, wobec tego, co spotka nas na samym końcu.

Xerath wyprostował się, zapewne mieląc słowa kobiety nie mniej, niż ja, Talon i wojsko Azira z tyłu.

- Nie pójdę do niego – syknął Xerath. – Nie zmusisz mnie. Ani ty, ani ta twoja spaczona rodzina!

- Moja rodzina nie żyje, mistrzu Xerathcie – odparła spokojnie Za’. – Mojego ojca i matkę zabili ludzie, a bracia… nawet nie wiem, co ich spotkało.

Widziałem, jak mag wzdrygnął się na tę wiadomość.

- Zaareth… nie żyje? – zapytał.

Za’ uśmiechnęła się tylko lekko, ale w tym uśmiechu zawierało się naprawdę sporo bólu.

- Ile lat minęło? – jęknął cicho Xerath.

- Wiele – wyznała cicho. – Możemy porozmawiać, mistrzu Xerathcie? Azir będzie chciał też z tobą pomówić.

- Nie – odparł twardo mag. – Nie pójdę do Azira.

Za otworzyła usta, aby coś powiedzieć, ale szybko zatrzymała się. Gdy zerknęła za siebie, odetchnęła.

- Cóż, to może nie być takie łatwe, mistrzu Xerathcie – wyznała. – Nie chcę tego, ale właśnie to chce Azir.

Mag spojrzał ponad ramieniem Za’, a coś w jego postawie zmieniło się. Magia, która go wypełniała, roziskrzyła się. Zerknąłem też za siebie i zauważyłem ogromny tuman piachu, który zbliżał się ku nam bardzo szybko.

Żołnierze Azira odsunęli się, stając w równym rzędzie, a Za’ wskazała nam pozycje za nimi. Razem z Talonem ukryliśmy się za ich tarczami.

- Xerath!

- Azir. – Mag wyprostował się dumnie.

Nim zareagowaliśmy, Imperator doskoczył i zaatakował maga. Nim jednak mag zdołał wezwać swoją siłę, tuż przed nim wyrosła usłużna, cicha postać Za’. Kobieta złapała jedną dłonią włócznię Imperatora i skierowała broń ku ziemi. Szary piasek spaczonej krainy podniósł się w dużym tumanie kurzu, gdy magia z włóczni uderzyła w proch.

- Zejdź mi z drogi – warknął Imperator. – Zrobiłaś już swoje.

- Ja jeszcze nawet nie zaczęłam tu działać – zaprzeczyła, wciąż mocno przytrzymując włócznię. – Uspokój się, Imperatorze.

- Nie pouczaj mnie! – warknął. – Xerath zdradził Shurimę!

- A Shurima zdradziła jego – zauważyła spokojnie kobieta. – Nie zapominaj, że byłam tam, Imperatorze, gdy ogłaszałeś swoją chwałę.

Azir zamarł, tak samo zresztą, jak Xerath za nim. Obaj mielili słowa kobiety i obu zdania się nie podobały.

- Ustąp – warknął Azir.

- Nie ty jesteś moim królem – zauważyła zimnym tonem. – Lepiej zatem uważaj, czego żądasz, Imperatorze.

Azir wzdrygnął się. Słowa ewidentnie go uderzyły, ale mnie bardziej zastanowiło to, kto jest królem Za’, skoro nie Azir. Za’ ewidentnie była związana z pustynną Shurimą, jednak to nie Azir był jej władcą.

- Możecie porozmawiać, ale nie zaatakujecie się – zauważyła cicho Za’, wypuszczając z pewnego uścisku włócznię Azira. – Nie teraz. Nie potem.

Azir prychnął i cofnął włócznię, prostując się z dumą. Jego płaszcz powiewał na wietrze. Równie wojowniczo prezentował się Xerath.

- Nie chcę z nim rozmawiać – zaprzeczył Azir.

- Nie myśl sobie, że ja chcę! – warknął Xerath.

- Zrobiłeś się paskudnie wyszczekany, Xerath – parsknął Azir. – Moc Wyniesionego dodała ci miru, czy może twoja własna zdrada, hm?

- Nie mów tak do mnie. – Xerath przeciął powietrze ręką. – Nie mów do mnie tym imieniem!

- Ja nadałem ci to imię – warknął Azir.

- Zatem zabierz je! Nie chcę tego imienia!

- Nie jesteś niewolnikiem. Nie będziesz zatem bezimienny dla mnie. Xerath.

Xerath nie miał twarzy, ale lśniące kamienie zastępowały mu oczy, mrużyły się, rozszerzały i jako jedyne wskazywały na to, jaki humor może mieć mag. Teraz wydawały się zaskoczone, ale to szybko się zmieniło, ustępując miejsca szaleńczej wściekłości.

Nim jednak mag zdołał odpowiedzieć, wyrazić swoją niechęć, złość lub inne, równie niechętne emocje, coś zawyło głośno, rozległy się ludzkie krzyki i hałasy, a wszystko dobiegało nas z pozostawionego w oddali obozu.

- Obóz – jęknął Azir. – Isis…

Nim się spostrzegliśmy, Imperator pognał ku białym namiotom, które widoczne były w oddali. Zerknąłem tylko na Talona, ale nożownik też nie bardzo wiedział o co chodzi. Za’ natomiast wyglądała, jakby wszystko szło po jej myśli. To właściwie nie zaskoczyło mnie ani trochę.

- C-co? – Xerath posłał za Imperatorem zdziwione, głupie spojrzenie.

- Kto – zaśmiała się Za’.

Xerath zerknął na nią, ale zaskoczenie i niezrozumienie w jego oczach wcale się nie zmniejszyło.

- Istoty Pustki wydarły się z trzewi swej krainy – wyjaśniła Za’. – Talon, Zed, ruszamy. Będziemy tam potrzebni.

Skinęliśmy głowami.

- Czy będziesz tak miły, by nam pomóc, mistrzu Xeratcie? – zapytała jeszcze Za’.

- Pomóc? – Mag parsknął śmiechem. – Dlaczego miałbym niby wam pomagać?

- Azir jest twoim przyjacielem, czyż nie?

Xerath parsknął tylko śmiechem, gorzkim i złym. Za’ nie odpowiedziała na to. Wskazała nam obóz, skąd zaczynało dobiegać coraz więcej krzyków, tam też skierowaliśmy się razem z Talonem. Xerath został z tyłu, sam, trwając dokładnie tam, gdzie pozostawił go Azir.