Pokazywanie postów oznaczonych etykietą halkrath. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą halkrath. Pokaż wszystkie posty

księga czwarta - Thwei: spokój


Zerknąłem na plac. N’ithya i Vayuh’ta ćwiczyli z Tharei’hsanem. Potężny twór yautjańskiej myśli technologicznej przerastał ich niemal dwukrotnie, ale dobrze sobie z nim radzili. Poprosili o te ćwiczenia Sztil – ich kolejna misja na Ziemi miała rozpocząć się niedługo, korzystali więc z okazji, by dowiedzieć się i nauczyć więcej.

Sama Sztil siedziała obok mnie przegryzając w zębach soczystą, oskórowaną dokładnie gałąź łyka. Ściąganie cierpkiej i trującej kory zajęło jej ponad pół godziny, a teraz, po zaledwie minucie obgryzania cała radość z przysmaku powoli mijała.

- Twój ruch, Lordzie Thwei.

Zerknąłem z powrotem na  planszę. Partia gambita trwała średnio kilkanaście minut, ale moje rozgrywki ze Sztil potrafiły przeciągać się nawet do godziny. Oboje byliśmy bardzo, bardzo uparci i nie potrafiliśmy łatwo odpuszczać.

Wykonałem swoje posunięcie i zastukałem pazurami w blat stołu. Dziewczyna miała przewagę, ale wiedziałem, że jeszcze jestem w stanie to wygrać. Nie było sytuacji bez wyjścia – ta również do takowej nie należała.

- Czy zostaniesz dłużej tym razem? – zapytałem. – Czy ruszasz od razu?

- Zostanę jeszcze trochę, Lordzie Thwei. – Uśmiechnęła się czule. – Dopóki Lord Bhu’ja nie poczuje się lepiej i sam nie ruszy dalej.

- Czy coś przeczuwasz? – zdziwiłem się.

- Nie wiem – przyznała. – Chcę też odpocząć. Trochę podenerwować cię swoją  obecnością, Lordzie Thwei.

Parsknąłem jedynie śmiechem. Kobieta owszem, bywała irytująca, ale odkąd dwie zimy temu przeszła swój rytuał i kiedy zaręczyłem za nią własnym honorem, była mi wyjątkowo bliska. Nienawidziłem jej i kochałem ją z całego swojego serca. Widziałem w niej zarówno własnego brata, jak i Sir’kę, a to połączenie nie było ani normalne, ani bezpieczne.

Oboje unieśliśmy głowy, gdy Tarei’hsan zaryczał donośnie i rzucił się na obu  braci. Sztil nie zareagowała, co oznaczało, że wszystko jest w porządku. Zatem i ja nie miałem zamiaru niczego przerywać.

- Gdzie właściwie jest Halkrath?

- A gdzie może być? – mruknąłem, analizując dokładnie planszę. – Jest wolny, Bhu’ja jeszcze się leczy, a Ansa nie będzie wiecznie czekać.

Sztil zachichotała tylko. Była mieszanej krwi, ale z wyglądu i zachowania przypominała ludzką kobietę. Czasami nawet nazbyt.

- Tak! – Kobieta nagle uniosła ręce  do góry. – Cztery tysiące dwieście siedemnaście do czterech tysięcy dwieście szesnastu!

- To tylko jedna wygrana różnicy, Sztil – zauważyłem. – Odrobię to. Za chwilę, jeśli tylko chcesz.

Kobieta zrobiła niezadowoloną minę, ale zaraz rozpromieniła się.

- A sparing? Czy jesteś już zbyt stary i stetryczały, żeby…

- Stawaj na placu, Sztil – przerwałem jej.

Pisnęła zadowolona i podbiegła do Tarei’hsana, który mocno przyparł Niebiańskich Braci do  muru. Przegoniła trójkę z placu i sama stanęła do walki bez broni i w tych swoich lekkich, ludzkich fatałaszkach.  Podniosłem się powoli, ściągnąłem płaszcz i stanąłem naprzeciw niej idealnie wiedząc, że do wyniku cztery tysiące osiemset siedemnaście do tysiąca dwustu ośmiu dołoży się dzisiaj jeszcze  jeden punkt dla  niej.


KONIEC

księga czwarta - Thwei: osąd


Usadziłem się na przedzie tam, gdzie znajdowali się też inni przywódcy klanów. Sala powoli zapełniała się łowcami. Ku mojemu zdziwieniu pojawił się też sam H’dlak, nasz władca. Zajął miejsce na szczycie i z głową opartą o dłoń obserwował wszystkich dookoła.

Zerknąłem na panel na ramieniu. Sztil wciąż pozostawała na Ulunus, jej statek nie wydostał się poza atmosferę. Wszystkie jego systemy wydawały się sprawne. Miałem nadzieję, że kobieta zdąży. Wiedziałem, że zdąży. Wiedziałem też, że oberwie ode mnie za swoją opieszałość.

Sala w końcu zapełniła się i mistrz osądu podniósł się. Do sali wprowadzono Halkratha. Dziś był jedynym, którego miało się sądzić, jego sprawa była jednak na tyle ciekawa, że zebrało się wielu łowców.

Kiande przebywali w tej sali stanowczo za często. Odkąd staliśmy tu w trójkę, ja, Thei i Hult’ah, każde kolejne pokolenie miało podobny problem. Byliśmy butni, nieposłuszni, honorowi i twardo broniliśmy swoich racji. Kiande zmienili wiele na naszej planecie i każda zmiana przechodziła właśnie przez tę salę.

Jak dotąd udało mi się wybronić każdego, włączając siebie i braci.

- Halkrath z klanu Kiande oskarżony o błąd w polowaniu  i zaatakowanie mistrza polowania, towarzyszy polowania oraz opiekuna na skrusze!

Przez salę poniósł się niezadowolony  pomruk.  Bywały mniejsze i większe problemy w naszym klanie. Ten brzmiał jednak całkiem fatalnie.

- Halkrath! Możesz przemawiać!

Przez cały ten czas po naszej rozmowie wierzyłem, że  Halkrath opowie dokładnie to, co opowiedział mnie. Gdy jednak spojrzałem w jego oczy wiedziałem, ze jego upór był zbyt duży. Milczał. Pomimo mego rozkazu po prostu milczał.

Mistrz osądu w końcu zaczął przesłuchanie na własną rękę. Pytania o rytuał Halkrath zbywał półsłówkami lub całkowitym milczeniem. Jedyne, co się powtarzało, było nieprzyjemne i nie pomagało w niczym.

- Ja tego nie zrobiłem.

Upierał się przy tym, a jednocześnie nie chciał powiedzieć prawdy.

- Głupiec! – syknąłem.

- Ojcze?

Hma’gry, mój pierworodny, zerknął na mnie z zaciekawieniem swoimi niebieskimi, odziedziczonymi po Żywii oczyma.

- Ten głupi młokos – mruknąłem nieprzyjemnie.

Hma’gry zamruczał tylko niepewnie, ale nie odezwał się więcej. Mistrz osądu w końcu zrezygnował z pytań, które do niczego nie prowadziły. Zaczął przesłuchanie w sprawie Bhu’ji. Tutaj Halkrath opowiedział szczegółowo, co się stało. Z powodu wcześniejszego milczenia niewielu jednak mu uwierzyło – w końcu opisywał błąd Bhu’ji, a wszyscy znali Bhu’ję i wiedzieli, że taka lekkomyślność nie była w jego stylu.

- Czy ktoś jeszcze chciałby coś dodać? – Mistrz osądu zapytał zebranych na sali.

Zgłosili się Niebiańscy Bracia. Byli poważani ze względu na  swój wiek, pozycję i pełnioną rolę. Ich słowa płynęły wyraźnie i docierały do umysłów współbraci, jednak ewidentne powiązanie z klanem nie przysporzyło odpowiedniej aprobaty. Sytuacja Halkratha zaczynała się robić coraz gorsza.

- Czy to wszystko? – zapytał mistrz osądu.

Zacisnąłem żuchwy. Halkrath uniósł na mnie spojrzenie i niemo pokręcił głową, gdy już zbierałem się, by wstać i przerwać tę farsę. Cholerny głupiec!

- Wobec zebranych dowodów, w duchu Paya i Cetanu…

- Ponury Żniwiarz nie chciałby mieć nic do czynienia z tym, uwierz mi.

Wszyscy z pomrukiem niezadowolenia zwrócili się ku drzwiom. W progu stała Sztil, brudna, zdyszana, okrwawiona i z dwoma małymi rekinami w ręce. Za jej plecami stał Tarei’hsan, ten z kolei na ramionach trzymał potężne zwierzę, do połowy obgryzione.

- Halkrath nie kłamał. – Głos Sztil rozniósł się po sali, gdy pokonywała kolejne kroki ku centrum. – Bhu’ja był nieostrożny.

Kobieta rzuciła dwa małe rekiny pod nogi mistrza osądu, a Tharei’hsan zrobił to samo z dużym samcem.

- To rozwiązuje zaledwie jeden problem – zauważył mistrz osądu. – Rytuał jest nadal dla nas zagadką.

Sztil uśmiechnęła się tylko uroczo i zza paska wyciągnęła maskę Halkratha. Młody łowca od razu targnął się niespokojnie.

- Zawsze jest sposób, aby dotrzeć do prawdy – zauważyła. – O ile się jest wystarczająco upartym, by to zrobić. Czyż nie?

Mistrz osądu zamruczał z niezadowoleniem, na co Sztil uśmiechnęła się jedynie uroczo. Była bezczelna, skuteczna i silna. Nienawidziłem i lubiłem ja za to.

- Sztil, znów wprowadzasz zamęt.

H’dlak wyprostował się na swoim tronie. Miał spokojny, lekko rozbawiony głos. Sztil ku szczerości była dość specyficzna – albo się ją kochało, albo nienawidziło. Nie było nic pośrodku. Król należał na szczęście do tej pierwszej grupy.

- Wybacz, panie mój.

- Czy wobec nowych dowodów chciałbyś powiedzieć coś więcej, Halkrath?

Młody łowca spuścił tylko głowę i ku mojej ogromnej uldze rozpoczął swoją opowieść.

księga czwarta - Thwei: Ansa


W Dworze było cicho, w środku dnia rzadko który z młodych przebywał w domu — większość bezkrwawych ćwiczyła w Puszczy lub w halach, część lokowała się w warsztatach, młodej krwi łowcy z kolei rozsiani byli po świecie na polowaniach. Dwór był duży i w razie potrzeby mógł pomieścić wiele dusz, jednak rzadko kiedy taka potrzeba występowała.

Kiande było ogromnym klanem. Odkąd ja i moi bracia pozbyliśmy się klątwy, ciążącej na nas od wieków, klan bardzo się rozrósł. Trzy gałęzie, mimo że często tak od siebie odmienne, bez problemu współpracowały razem. Nasz klan był też, jako jeden z niewielu, ostoją dla ludzi. Wybranych i szczególnych, co prawda, ale jednak.

- Lordzie Thwei.

Uniosłem dłoń, witając się z dwoma łowcami. Niebiańscy Bracia, N’ithya i Vayuh’ta od kilku lat byli wybrańcami samego Cetanu. Niedawno wrócili z długiej i wyczerpującej misji i w Dworze leczyli swoje rany. Bliźniacy byli jedynymi synami Thei’ty, mojego drugiego syna i byłem niezwykle dumny z ich drogi.

- Słyszeliśmy, co stało się z synem z krwi Lorda Theiego - przyznał N’ithya.

- Nie czujemy zewu Cetanu, Lordzie Thwei - przyznał Vayuh’ta. - Jeśli nasze słowo cokolwiek może zmienić, nie zawahamy się, by padło ono na osądzie.

Skinąłem im jedynie głową w podzięce. Nie spodziewałem się nawet odrobiny mniej od nich. Byli odważni, oddani i uparci. Ich ogień płonął mocno i wysoko.

- Sztil ma zebrać dowody na Ulunus - przyznałem. - Ale wasze słowo będzie mile widziane na osądzie.

Niebiańscy Bracia skłonili się i zniknęli we wnętrzu domu, pozostawiając mnie samego. Przeszedłem głównym korytarzem i skierowałem się do gabinetu. Po drodze minąłem wejście do kuchni. Zainteresowały mnie głosy, stanąłem więc w progu.

Na stałe we dworze przebywało kilka yauyjańskich samic i całkiem sporo ludzkich lub mieszanej krwi kobiet. Mieszkała tu Sa’rin, często odpoczywała tu też Sztil. Teraz jednak w kuchni widziałem Yeyinde, która była partnerką Thwariego, jednego z moich wnuków. Kobieta ze smutną miną tuliła do siebie Ansę, podopieczną Bhu’ji.

- Spokojnie, maleńka - wyszeptała. - Lord Thewi nie pozwoli, by skończyło się to źle.

Zamruczałem niechętnie, czym zwróciłem na siebie uwagę obu kobiet. Ansa spojrzała na mnie płaczliwym wzrokiem. Jej oczy były zaczerwienione, a policzki znaczyły ślady łez. Na mój widok zerwała się i stanęła tuż przede mną, przed swoją szybko poruszającą się piersią trzymając własne, złożone ręce.

- Bhu’ja?... - jęknęła.

- Żyje - odpowiedziałem. - Jutro go zobaczysz.

Odetchnęła. Wiedziałem, że Bhu’ja nie uczył ją naszego języka, ale mała ewidentnie nie potrafiła dobrze wymawiać słów. Rozumiała jednak wiele, co znacząco ułatwiało komunikację. Poza tym… w razie potrzeby bez problemu mogłem przejść na posługiwanie się ludzkim językiem. Wystarczająco dużo nasłuchałem się ojca, który uczył Sir’ki ludzkich, śpiewnych słów i dość długo uczyłem się też później, gdy z Żywią spędzałem czas na dusznym poddaszu w jej niewielkim domu.

- Halkrath?...

- Będzie miał osąd dziś wieczorem - odpowiedziałem. - Yeyinde, zabierz ją do sypialni. Powinna się wyspać. Daj jej coś, wygląda na zmęczoną.

- Oczywiście, Lordzie Thwei.

Kobiety po chwili zniknęły w głębi domu, a ja skierowałem się do gabinetu. Uruchomiłem systemy, duży ekran zamigotał na pustej przestrzeni ściany tuż pod szeregiem dużych trofeów.

N’ritja, statek Sztil, właśnie opuszczał nasz system. Kropka zamigotała na mapie i pojawiła się dalej, tuż przy Ulunus. Sprawdziłem odczyty z systemów - statek zużył ogromne ilości energii, plazmy wystarczy zaledwie na skok powrotny. Gdy N’ritja wkroczyła w atmosferę Ulunus, straciłem ją z oczu, chociaż systemy nadal wysyłały odpowiednie wiadomości co do stanu technicznego.

Pozostawiłem uruchomiony system i usiadłem na krześle przy ogromnym, kamiennym stole. Przy tym biurku ojciec uczył Sir’kę, tu też siedział, gdy z bratem wróciliśmy z Ziemi, a przy boku każdego z nas stała cicho ludzka kobieta. Oparłem się o twarde oparcie i westchnąłem.

Teraz, po latach, doceniałem twardą rękę ojca i jego oschłe traktowanie. Teraz wiedziałem, że mimo wszystko kochał nas do końca i był z każdego z nas dumny nawet wtedy, gdy oskarżali go przed królem o dyshonor i upadek obyczajów. To była dla nas wszystkich ogromna próba i bardzo bolesny czas.

Miałem nadzieję, że dziś, tak jak wtedy ojciec, nie ugnę się i obronię każdego z mojego rodu twardym głosem i pewnością swoich racji.

księga czwarta - Thwei: wyznanie


- Mistrzem polowania był Cuatui. Razem z Amedem i Dhiinem mieliśmy przechodzić rytuał przejścia na Atov T37. Ruszyłem jako pierwszy. Tylko że… - Halkrath zaciął się, wciąż wahał się, czy mówić, czy jednak milczeć. - Amed spanikował. Chciał wracać.

- Stchórzył? - zamruczałem z niechęcią.

Halkrath skinął sztywno głową. Nabrałem powietrza i wypuściłem go powoli. Jeśli jeden z niekrwawych spanikował w taki sposób w czasie polowania, lepiej dla niego, że zginął.

- Jak zginęli? Nosili na sobie ślady yautjańskiej broni.

- Cuatui nie chciał uwierzyć Amedowi. Kazał mu iść na polowanie. Amed… wywiązała się walka i… nim wróciłem…

- Amed i Dhiin zabili Cuatui - dokończyłem za niego. - Co stało się z nimi samymi?

- Amed był mocno ranny, a Dhiin… sam się zabił, gdy tylko wróciłem.

Skinąłem tylko głową. Działania Dhiina były dla mnie całkowicie zrozumiałe. Gdyby nie zabił się sam, ruszyliby za nim egzekutorzy.

- Amed jeszcze żył. - Halkrath ewidentnie miał dość tej opowieści. - Bał się umierać, ale… zostałem z nim i…

- Obiecałeś bronić jego honoru, tak? - Warknąłem. - Honoru, którego nie miał. Halkrath! Poświęcasz własny honor i życie dla kogoś, kto nie jest tego godny.

- To był mój brat krwi - mruknął sucho.

Warknąłem niezadowolony. Ustalenie kogoś bratem krwi było jednym z najwyższych określeń, które mogło paść między niespokrewnionymi ze sobą łowcami. Z jednej strony rozumiałem Halkratha, ale z drugiej… młody głupiec!

- Opowiesz to na osądzie - zarządziłem.

Pokręcił jedynie głową, a ja z nieprzyjemnym warkotem podniosłem się ze złością.

- Są martwi! Sami sobie winni! - Uniosłem się, przecinając powietrze otwartą dłonią na znak uciętej dyskusji. - Opowiesz to. Sam wyznasz tę prawdę.

Patrzył na mnie spokojnym spojrzeniem i widziałem w nim upór i pewność mego brata. Halkrath był z jego krwi i wbrew pozorom bardzo go przypominał. Wiedziałem zatem, że będzie trudno go przekonać. Kiande rzadko kiedy byli na tyle usłużni, aby opuszczać swoją raz już obraną drogę.

- Otrząśnij się - poleciłem jeszcze sucho. - Wieczorem na osądzie powiesz wszystkim prawdę.

Wyszedłem z celi, nie czekając na słowa młodego łowcy. Z jednej strony bałem się, że znów odmówi, a z drugiej nie chciałem nawet dopuszczać do siebie myśli, że mógłby mi się sprzeciwić. Gdy drzwi zasunęły się za mną, uniosłem spojrzenie. Na korytarzu pod ścianą naprzeciwko siedziała Sztil, a obok niej Tarei’hsan. Stojący przy celi łowcy rzucali ku tworowi niepewne, krótkie i zdenerwowane spojrzenia. Potwór, przecudowna myśl naszego kompleksu naukowego, wciąż wywoływał strach wśród naszych, mimo że Sztil zawsze pilnowała go i szkoliła twardą ręką.

- Miałaś być przy Bhu’ji — mruknąłem, kierując się korytarzem ku wyjściu.

Podniosła się zgrabnie. Była drobna i zwinna, niczym dym poruszała się w każdej przestrzeni. Widziałem ją też w walce. Moje serce gorzało ogniem ze złości, gdy rozpoznawałem ten taneczny, bardzo intymny i wyjątkowo skuteczny styl.

- Lord Bhu’ja został ustabilizowany - zauważyła cicho. - Regeneracja zajmie jednak kilka tygodni. Nie będzie w stanie stanąć dziś na osądzie.

Skinąłem tylko głową. Sztil szła krok za mną, po mojej prawej stronie, a Tarei’hsan zamykał cały pochód. Korytarze więzienia były dość niskie, musiał zatem iść pochylony, z pomrukiem zahaczając raz po raz głową o sufit.

- Czy Halkrath zgodził się wyznać prawdę? - zapytała z tą swoją szczerą, ludzką troską i czułością.

- Wiedziałaś o tym? - zmrużyłem oczy.

Pokręciła głową, zaraz potem pokiwała, w końcu wzruszyła ramionami. Zatrzymałem się i spojrzałem na nią. Miałem jakieś dwa i pół metra wzrostu, jak na yautja byłem dość wysoki. Ona ze swoim metrem sześćdziesiąt wydawała się drobna, bezradna i słaba. Drażniło mnie to, bo wiedziałem, że koniec końców, mimo młodego wieku i mieszanej krwi, jest po stokroć silniejsza ode mnie. Gdyby przyszło mi dziś stanąć naprzeciw niej jeden na jednego, poległbym i nawet by mnie to nie zaskoczyło.

Ten dziwaczny twór, Tarei’hsan, też o tym wiedział. Może sprawiłby jej więcej problemów w walce, ale też pokonałaby go do cna. Był dzikim zwierzęciem i miał doskonale rozwinięty, pierwotny instynkt. Ten instynkt podpowiadał mu, aby absolutnie nie sprzeciwiać się Sztil. Każdy z nas, gdzieś w głębi siebie czuł to samo.

- Czuję, że coś jest nie tak - zauważyła wolno i rozważnie. - Jest z krwi twojego brata, Lorda Theiego. Nie popełniłby głupiego błędu, prawda? Poza tym… on nie potrafi kłamać. Jak Lord Thei.

Parsknąłem tylko śmiechem. Owszem, mój brat był potężnym łowcą, silnym, brutalnym i nieustępliwym. Jego siła przerażała nawet jego partnerkę, Wierę. I pomimo tego wszystkiego nigdy nie widziałem, by kłamał. Był nieustępliwy również w wypowiadanej prawdzie. Halkrath bardzo go przypominał.

- Oskarżono go też o stan Lorda Bhu’ji - zauważyła Sztil.

- Został ranny w polowaniu - odparłem, ruszając dalej korytarzem.

- Wobec poprzedniego oskarżenia wysunięto też to - wyjaśniła. - Halkrath nie miał hełmu. Zostawił go na Ulunus?

Zamruczałem z niezadowoleniem.

- Hełm Bhu’ji? - podsunąłem.

- Zniszczony, nie możemy odczytać danych, czyszczenie zajmie kilka dni.

- Nie mamy kilku dni - warknąłem.

- Nie mamy - potwierdziła.

Zatrzymałem się i odetchnąłem. Sztil była bardzo inteligentna, sprytna i żywiołowa. Pomimo że nienawidziłem tego, jak bardzo przypominała Sir’kę, lubiłem z nią współpracować. Liczyłem się z jej zdaniem i mimo jej młodego wieku powierzałem jej wiele ważnych dla klanu misji.

- Leć na Ulunus - zadecydowałem. - N’ritja ma napęd do skoków. Znajdź wszystko, co możesz. Wróć przed osądem.

Kobieta uśmiechnęła się, skłoniła i pobiegła ku wyjściu, a jej czarny, krótki płaszcz zrobiony z miękkiej, poszarpanej chusty zafalował za jej plecami. Tarei’hsan zaryczał głośno i ruszył za nią.

Przez chwilę miałem nadzieję, że im się uda, potem jednak szybko zorientowałem się, kogo wysłałem na misję. Nie… kto, jak kto, ale Sztil wykona to zadanie bez problemu.

księga czwarta - Thwei: skazaniec


Strażnicy skinęli ku mnie głowami, odwzajemniłem więc ich gest. Odsunęli się na bok, mimo że nie miałem żadnego pozwolenia na rozmowę z więźniem. Wszyscy jednak wiedzieliśmy, że takowego nie potrzebuję. Byłem starożytnym łowcą, elitą wśród elit, przywódcą jednego z najznamienitszych klanów i moje słowo znaczyło prawie tyle, co słowo naszego króla.

Drzwi rozsunęły się, wszedłem więc do celi. Było w niej ciemno, ale sucho, a niewielki snop światła padał przez nieduże, wąskie okno. W plamie słońca siedział Halkrath, ten młody łowca, którego kazałem wziąć memu synowi na skruchę. Medytował, ale gdy tylko wszedłem, otworzył swoje oczy, podniósł się i skłonił, oddając pełne honory.

Uniosłem dłoń na powitanie. Postawa młodego łowcy nieco mnie zaskoczyła. Był spokojny, pogodzony i dumny. Nie wyglądał jak spanikowani yautja złej krwi.

- Siadaj - poleciłem, wskazując kamienną ławę.

Posłusznie usadził się tam, a ja usiadłem obok niego.

- Co się stało? - zapytałem.

Zacisnął szczękę, spojrzał na mnie i zły odwrócił wzrok.

- Byłem nieostrożny.

Parsknąłem śmiechem. Ta odpowiedź… ileż razy słyszałem, jak Halk’ah odpowiadał tak ojcu? Po każdym złym wypadzie do Puszczy raczył go tymi słowami, po czym znikał z Sir’ką w łaźni, gdzie dziewczyna opatrywała go i… no… nie tylko opatrywała. Halkrath zerknął na mnie zaskoczony - mój śmiech musiał zbić go z tropu.

- Czemu Bhu’ja jest ranny?

- Polowaliśmy na rekiny - odparł młodzik. - Odseparowaliśmy dużego samca. Bhu’ja robił za przynętę, ale… te mniejsze… nawet nie zauważyłem, kiedy uderzyły. A potem ten duży… - Głos Halkratha załamał się nagle. - Co z Bhu’ją?

- Żyje - odpowiedziałem. - Miałeś jego rynsztunek na sobie. I jego włócznię.

- Dał mi je - odpowiedział pewnie Halkrath.

Nie kłamał. Widziałem to w jego oczach i jego postawie. Nie miał najmniejszego powodu, by kłamać. Jednak Bhu’ja był doświadczonym łowcą i taka lekkomyślność była do niego niepodobna - ciężko było mi uwierzyć, że zapomniał o otoczeniu i dał się tak podejść mniejszym rekinom.

Co do rynsztunku i broni… znałem Bhu’ję doskonale i wiedziałem, że nie miałby problemu z wyposażeniem młodego łowcy. Ale włócznia… włócznia, którą miał przy sobie Halkrath była wyjątkowa, bardzo wyjątkowa. Bhu’ja tak łatwo nie oddałby jej byle komu. Zatem albo młodzik naginał prawdę, albo okazał się bardzo ważny dla Bhu’ji.

- Na statku nie było trofeów z rekinów - mruknąłem. - Ani jednego.

- Leżą martwe na piachu Ulunus - odparł Halkrath. - Bhu’ja był ledwo żywy. Trofea średnio mnie interesowały wtedy.

Pokiwałem tylko głową. Jeśli chłopak nie kłamał, byłem mu niezwykle wdzięczny za jego postawę. Zostawienie trofeów w jego sytuacji było kiepskim ruchem. Bhu’ja musiał dla niego wiele znaczyć.

- Gdzie jest Ansa? - zapytał nagle Halkrath.

Zerknąłem na niego, a potem przypomniałem sobie tę drobną, ludzką kobietę o białych włosach i jasnej cerze, która ubrana była w białą suknię ochlapaną yautjańską krwią.

- Zabrały ją kobiety z Kiande - odparłem. - Jest w Dworze.

Halkrath skinął tylko głowa i oparł się o ścianę z westchnięciem ulgi. Był albo szalony, albo odważny. Pełnię spokoju w jego kiepskiej sytuacji zapewniła mu jedynie wiedza, że Bhu’ja żyje, a Ansa jest bezpieczna. Oboje musieli zatem znaczyć dla niego więcej niż jego własne życie.

- Co się stało na rytuale, Halkrath?

Młody łowca wyprostował się i zerknął na mnie, zaraz jednak zacisnął mocno żuchwy i spojrzał na podłogę, a jego wzrok pociemniał widocznie.

- Otrząśnij się - syknąłem. - Jeśli jesteś niewinny, powiedz, co się stało.

Milczał, ale widziałem idealnie, że jego duszą i umysłem targały emocje i wątpliwości.

- Bhu’ja nie zaręczy słowem za ciebie jeszcze przez dłuższy czas - zauważyłem. - Musisz obronić się zatem sam. Co się stało na rytuale?

Halkrath odetchnął jedynie głęboko.

- Ręczyłem słowem, że obronię honoru Ameda i Dhiina - wyznał cicho.

- Popełnili błąd? - zapytałem.

Skinął głową.

- Więc dokonali swojego wyboru. Ich droga się skończyła, Halkrath. Nie pozwól, by twoja skończyła się dziś i to w taki sposób.

Halkrath odetchnął, skinął głową, a potem rozpoczął swoją opowieść.

księga czwarta - Thwei: Sztil


Znajdujący się na korytarzu łowcy usuwali mi się z drogi, przylegając do kamiennych ścian. Nie zwróciłem na to większej uwagi, parłem po prostu przed siebie, szybkim krokiem pokonując kolejne metry. Nikt jeszcze o niczym mnie nie powiadomił, ale też i nie musiał – po prostu wiedziałem gdzie i po co mam iść.

- Lordzie Thewi, wciąż jeszcze…

- Z drogi.

Młody łowca odsunął się natychmiast, a ja wkroczyłem do sali. Na stole leżał Bhu’ja. Bok i udo wyglądały, jakby ktoś wygryzł z nich spore kawały mięsa. Zapełnione były żelem medycznym, ale widać było rozszarpaną tkankę i jasne kości. Cały stół upaprany był krwią tak samo zresztą, jak mój syn. Na ten widok coś mocno ścisnęło się w moim sercu.

- Lordzie Thwei. – Tuż przede mną pojawiła się Sa’rin, a ja z trudnością oderwałem wzrok od syna. – To nie jest miejsce dla ciebie. Jeszcze nie.

Zamruczałem niechętnie. Widok Sa’rin wcale nie był mi miły, irytował mnie głównie dlatego, że kobieta była tak bardzo podobna do Sir’ki. Spojrzałem w jej szare oczy. Były ciepłe i troskliwe.

- Co z nim? – zapytałem ponuro.

- Żyje – odpowiedziała, łapiąc mnie za ramię. – Ale potrzebujemy jeszcze czasu. Proszę, Lordzie Thwei.

Pozwoliłem jej wyprowadzić się z sali. Zostawiła mnie pod drzwiami i sama wróciła do Bhu’ji. Zamruczałem niechętnie i bezsilny zacisnąłem pięść. Wiedziałem, że nie mam żadnego wpływu na to, co się dzieje, a to drażniło mnie ponad wszystko.

- Lordzie Thwei?

Uniosłem spojrzenie i ogarnąłem wzrokiem przybyłą. Sztil była najmłodszą z krwi Sar’in i wyglądała jak idealna kopia Sir’ki. Jasne, długie włosy zaplotła w nieporządny warkocz, a jej spokojne spojrzenie szarych oczu było twarde i nieprzeniknione. Dopiero gdy podeszła do mnie, wzrok stajał, stał się ciepły i troskliwy, idealne taki, jak u Sa’rin i Sir’ki. Kobieta uniosła dłoń na powitanie, a ja odwzajemniłem jej gest.

- Co z Lordem Bhu’ją? - zapytała.

Jej głos był tak szczerze zatroskany. Ta kobieta była nieścisłością wieków i wciąż mnie zaskakiwała. Widziałem ją kilka tygodni temu, gdy twardym, nieznoszącym sprzeciwu głosem broniła swych racji przed królem. Wtedy żaden z nas nawet nie śmiał jej się przeciwstawić. Teraz jednak była czułością, która charakteryzowała ludzkie kobiety. Pasowało to do niej, o dziwo, idealnie.

Za jej plecami stanął ten ogromny twór, który kompleks naukowy wypluł z siebie jakiś czas temu. Tarei’hsan ledwo co mieścił się w korytarzu, ale wiedziałem, że nie opuści boku Sztil za nic w świecie. Był jak potężny pies stróżujący, niemal trzy razy większy od niej i pewnie ze cztery razy cięższy.

- Żyje - odpowiedziałem tak samo, jak Sar’in mnie. - Tyle wiem.

Skinęła głową i przysiadła przy ścianie, a Tarei’hsan stanął tuż obok niej. Chwilę niepewnie oglądał się to na lewo, to na prawo, ale w końcu przysiadł obok kobiety, układając głowę na własnych kolanach.

- Miał młodego łowcę na skrusze - zauważyła. - Będą sądzić go wieczorem.

Zmarszczyłem brwi, przypominając sobie młodzika i to dziwne przeczucie, które towarzyszyło mi, kiedy mistrz osądu pytał o to, kto weźmie go na skruchę. Wtedy widziałem ten ogień i tę drogę. Czyżbym pomylił się i poprowadził własnego syna na śmierć?

Sama myśl o tym sprawiła, że coś zmroziło się we mnie mocno. Żywia nigdy by mi nie wybaczyła tego. Kochała mnie i kochała każdego z naszych synów. Wiedziała, że każdy z nas umrze w chwale na polowaniu, w walce i we krwi. A jednak… wiedziałem, że tego by mi nie wybaczyła.

- Co z osądem? - zapytałem.

- Chcą go skazać - wyznała.

- Rozmawiałaś z nim?

Pokiwała głową. Widziałem w jej oczach, że coś bardzo jej się w tym wszystkim nie podoba. Sztil była pierwszą z krwi Sir’ki, w której ogień obudził się tak szczególnie. W tych jej szarych oczach widziałem radość tej szalonej kobiety i spokój spojrzenia mego brata. Odetchnąłem. Ten widok sprowadzał miłe wspomnienia i jednocześnie mroził serce i duszę tęsknotą za tym, co już dawno przeminęło.

- Powinieneś z nim porozmawiać, Lordzie Thwei - zauważyła spokojnie. - Zostanę tutaj z Lordem Bhu’ją.

Westchnąłem. Chciałem trwać przy synu, poczekać, aż wszystko będzie dobrze. Sztil uniosła swoje ciepłe spojrzenie i uśmiechnęła się lekko.

- Wszystko będzie dobrze, Lordzie Thwei - wyszeptała, jakby czytała idealnie w moich chaotycznych myślach. - Po prostu… musimy dać czasowi czas. Jeśli chodzi o Lorda Bhu’ję. Młody ma go zdecydowanie mniej.

Zamruczałem jedynie niechętnie, skinąłem głowę i zamiatając powietrze płaszczem, skierowałem się do wyjścia, a potem poza kompleks medyczny do lochów i sądowej sali.

księga trzecia - Bhu'ja: rana


Biegliśmy za rekinem już kilkanaście minut. Zwierzę wynurzyło się da razy, ale nie zaatakowało – zaczerpnąwszy powietrza, rekin z powrotem wpadł w piach i zniknął nam z oczu. Nie do końca mi się to podobało. Jeśli padnie pod piachem, będziemy musieli za nim kopać, a to wcale nie brzmiało jak wyjątkowo honorowe trofeum.

Zatrzymałem się i sam wskazałem Halkrathowi kierunek na lewo. Pobiegł tam, a ja utkwiłem wzrok w punkcie, gdzie czerwona kropka pikała, znacząc ślad rekina. Widziałem, jak oddala się nieco. Zrobiłem krok w bok, wróciłem, powtórzyłem to. W końcu upadłem na kolana, wyjąłem włócznię i przygotowałem się na atak i obronę.

Rekin w końcu zawrócił. Moje działania były bardzo, bardzo ryzykowne. Byłem idealnie wystawiony na jego atak i nie miałem wiele przestrzeni do manewru. Liczyłem w tym momencie jedynie na Halkratha. Czerwona kropka była czterdzieści kroków ode mnie.

Piach pode mną ugiął się i wynurzyła się z niego pełna ostrych zębów głowa. Na Paya! Byłem głupcem, byłem starym, naiwnym głupcem!

Warknąłem głośno, gdy nieduży rekin zacisnął swoje szczęki na moim udzie. Drugi, podobnej wielkości, uderzył w mój bok, przebijając bez problemu zbroję. Wysunąłem pazury z karwasza na prawej ręce i uderzyłem w rekina. Zacharczał, zwinął się i znieruchomiał, rozwierając szczęki. Tkwił w nich potężny kawal mojej zbroi i fragment mojego ciała. Uniosłem się i wolno wcisnąłem pazury w drugie zwierzę. Również odpuścił, a mnie na widok wyrwanego uda zrobiło się zimno.

Jak mogłem dać tak się podejść? Widziałem nasz cel i zapomniałem o wszystkim innym. A wszystko inne również było niebezpieczne.

Halkrath krzyczał coś głośno. Spojrzałem przed siebie. Czerwona kropka była kilka kroków ode mnie. Z piachu wydostała się potężna głowa pełna wielkich zębów. Przymknąłem oczy, odetchnąłem.

Zobaczyłem przed matkę Ansy i zamruczałem z zadowoleniem. Obiecałem jej, że w każdym kolejnym życiu będzie moja. Czułem, że niedługo właśnie tak będzie.

Coś uderzyło we mnie mocno. Zabolało, bardzo, bardzo mocno zabolało. Czekałem na ciemność i spokój, ale nic takiego nie nadeszło. Otworzyłem oczy i rozejrzałem się nieprzytomnie.

- Bhu’ja?! Bhu’ja!

Zauważyłem ponad sobą Halkratha. Łowca złapał mnie za ramię i potrząsnął mną mocno. Był cały okrwawiony, zarówno zieloną krwią yautja, jak i czerwoną juchą rekina. Widziałem, jak zapina włócznię za plecy i sięga do mojego ciała. Chwilę później poczułem, jak układa mnie na swoich ramionach i biegnie w stronę statku.

księga trzecia - Bhu'ja: rekiny


Pochyliłem się nad brzegiem skały i spojrzałem w dół tam, gdzie rozciągał się pustynny piach. Duży samiec rekina, którego wybraliśmy do polowania, krążył przy granicy z równiną, czekając na łatwy łup z łani lub lwów. Wiedziałem, że gdyby zaszła taka potrzeba, absolutnie nie pogardziłby też i nami.

- Jest sam - zauważył Halkrath.

Miał już na sobie moją zbroję i pełen rynsztunek, który dla niego przygotowałem. Wydawał się spokojny, ale zdradzało go delikatne drżenie palców i niespokojny oddech - chciał polować, był niecierpliwy, zmęczony ciągłą obserwacją. Ale musiałem przyznać mu rację, sytuacja była idealna.

Podniosłem się i zapiąłem mocniej wszystkie pasy. Halkrath zerknął na mnie i założył maskę. Był gotowy, ale usłużnie czekał na moje słowa. Honorował nie tylko moją pozycję, ale też wykazywał się zdrowym rozsądkiem. Nigdy nie polował na rekiny, czekał na moje rozkazy i rady.

- Wyczuwają drgania - zauważyłem. - Musimy zatem go zdezorientować. Pobiegniesz z lewej, ja z prawej. Może rzucić się tylko na jednego. Jeśli wybierze ciebie, twoim jedynym zadaniem jest go uniknąć. Jeśli wybierze mnie, postaraj się go po prostu zabić. Skóra na grzbiecie i gardle jest twarda, ale ta na brzuchu już da się przebić. Zrozumiałeś?

- Tak - jego głos był spokojny, ale ewidentnie niecierpliwy.

Uniosłem dłoń i wskazałem na pustynię, a młody łowca ruszył tam od razu. Pobiegłem za nim, kierując się jednak bardziej na prawo.

Rekin od razu wyczuł, że na jego terenie pojawiło się coś nowego. Jego twarda jak metal płetwa rozgarniała piach, zwierzę sunęło prosto na nas. Nim jednak zdołałem określić, na którego się rzuci, zanurzył się całkiem, znikając z mojego pola widzenia.

Nie podejrzewałem go o aż tak dużą inteligencję. To, że nie potrafiłem go zlokalizować, komplikowało mocno mój plan. Uniosłem dłoń i wskazałem Halkrathowi kierunek biegu. Miałem nadzieję, że uda nam się wyczuć zwierzę, nim zaatakuje znienacka.

To były dość płoche marzenia. W biegu zauważyłem, że piach pode mną rusza się nieprzyjemnie. Rekin sunął tuż pode mną, ale wciąż nie atakował. Nie wiedziałem, co planuje, zaskoczył mnie swoim postępowaniem. Zwykle rekiny po prostu szarżowały i skakały na ofiarę. Ten miał inny plan.

Poczułem, że powinienem przerwać polowanie, wrócić na statek i spróbować innej taktyki. Już unosiłem dłoń do rozkazu, ale rekin w końcu zdecydował się na ruch. Jego szczęka wypłynęła spod piachu, ostre zęby zaczęły zaciskać się wokół mnie.

Odskoczyłem w ostatniej chwili. Widziałem, jak Halkrath zatrzymuje się, celuje i jak kilka plujek uderza w rekina. Połowa odbiła się od zbrojonej skóry pleców, ale połowa utkwiła bez problemu w brzuchu bestii. Rekin zaryczał i wskoczył w piach, wzniecając tumany kurzu. Teraz nie byłem do końca pewny, czy kontynuować polowanie, czy jednak zrezygnować z niego. Halkrath dobrze sobie poradził. O ile ja będę w stanie unikać rekina…

Krzyknąłem i uniosłem dłoń. Rekin sunął prosto na Halkratha. Mimo mojej obawy, jego atak został idealnie uniknięty przez młodego łowcę. Halkrath zaskoczył mnie mocno - nie tylko zdołał uniknąć ciosu, ale również wyprowadził cios włócznią. Broń przesunęła się po brzuchu rekina, głęboko wciskając się w jego ciało.

Zwierzę ryknęło, zanurzyło się w piach i zniknęło nam z oczu. Nie wyczuwałem go też nigdzie, nie byłem w stanie dostrzec nawet minimalnych drgań. Uniosłem dłoń i wskazałem Halkrathowi drogę na wprost. Zerwał się do biegu od razu. Nie pytał, nie wahał się, po prostu wykonywał rozkazy. Jego postawa zaskoczyła mnie, ale też bardzo się mi spodobała. Polowania z nim były wyjątkowo przyjemne nawet w takiej sytuacji, jak ta.

Rekin znów wynurzył się, tym razem atakując mnie. Uskoczyłem, wycelowałem ramię i wbiłem harpun w jego brzuch. Broń utkwiła bardzo głęboko, zakotwiczyła się też mocno, usłyszałem, jak zęby rozdzierają miękkie mięśnie w podbrzuszu zwierzęcia.

Nim żyłka zaczęła się rozwijać, odciąłem ją. I tak nie było gdzie jej przymocować. Głównym celem tego ruchu było to, że harpun miał lokalizator – teraz wiedzieliśmy z Halkrathem, gdzie rekin się znajduje. Zwierzę tym razem zaatakowało młodego łowcę. Uskoczył, chociaż potężne zęby o cal minęły jego ramię. Nie dał rady wyprowadzić kolejnego ciosu, ale nie winiłem go za to. Sam wyrzuciłem włócznię, która utkwiła w cielsku potwora.

Cała taktyka czekania na atak rekina była niebezpieczna, ale skuteczna. Zwierzę raz po raz było ranione, miało coraz mniej siły, w końcu będzie musiało się wycofać. Jeśli nam się poszczęści, zabijemy rekina przy którymś z ataków. Jeśli nie, będziemy go tropić, aż w końcu pozyskamy z niego piękne trofeum.

Rekin zanurzył się po ostatnim ataku i krążył jedynie wokół nas. Widziałem jak czujnik z harpuna daje sygnały i jak czerwona, wielka kropka pika na ekranie mojego hełmu tuż przed moimi oczyma. Oddalał się, musiał więc uznać, że rany są zbyt duże i nie chce ryzykować własnym życiem. Wskazałem Halktathowi kierunek i sam ruszyłem za rekinem.

Zwierzę ruszyło na otwartą pustynię i chociaż nagle przestało mi się to podobać, z pomrukiem pobiegłem za nim.

księga trzecia - Bhu'ja: broń


Kolejne dni obserwacji pozwoliły nam wyłowić ze stada jednego, dużego samca, który lubił polować samotnie i często zdarzało się, że opuszczał piaski i próbował nurkować w twardszej ziemi równin. Mógł mieć z czternaście łokci długości, a rozpiętość jego bocznych płetw wynosiła jakieś osiem łokci. Szczęki mogłyby zamknąć w sobie połowę mnie samego.

Zwierzę było groźne, agresywne i silne. Polowanie na niego nie będzie łatwe, ale wiedziałem, że trofeum z piaskowego rekina stanie się idealnym dodatkiem do czaszki pełzacza - razem będą stanowiły idealne argumenty za tym, by osąd przeszedł pomyślnie dla Halkratha. Dopełnieniem będzie moje słowo. Halkrath był dobrym łowcą i mimo że nie przyznał się, co działo się na jego rytuale, miałem zamiar ręczyć za niego własnym honorem.

Zerknąłem na leżące na stole dyski. Metal ostygł już, wziąłem je zatem jeden po drugim do rąk i naostrzyłem. Na początku używałem automatycznej ostrzałki, ale ostatnie ruchy wykonałem już z pomocą trzymanego w ręce kamienia. Po chwili dyski były przygotowane, zapiąłem na nich mocne, skórzane pasy (kuna, którą zabił Halkrath była młoda, a jej skóra bardzo elastyczna, doskonała do takich rzeczy).

Programowanie dysków pozostawiłem już samemu młodemu łowcy. Był w tym lepszy ode mnie i ewidentnie to lubił. Nie miałem zatem zamiaru robić tego za niego. Uniosłem jeden z dysków do góry i przyjrzałem mu się dokładnie. Czarny metal błyszczał pięknie, a czerwone i złote żyłki dodatkowych minerałów wzmacniały konstrukcję. Zarówno hematyt, jak i aurum były drogie i trudno dostępne, ale nadawały broni wytrzymałości. Poza tym dyski z odpowiednio spreparowanymi dodatkami minerałów były po prostu ładniejsze — niezaprzeczalnie będą pasować do podarowanej już Halkrathowi włóczni.

Oprócz dysków udało mi się stworzyć jeszcze plujki do karwasza oraz zmodernizować nieco standardowe pazury, które Halkrath miał przy sobie po osądzie. Wszystko utrzymane było w tej samej kolorystyce - czarny metal zdobiony był czerwonymi i złotymi żyłkami oraz skórzanymi pasami. Jedynym, co wyróżniało się z zestawu, były taśmy przy włóczni, które wyszywała jeszcze moja matka. Przejechałem palcami po miękkim, śliskim materiale.

Mimo tylu lat doskonale ją pamiętałem. Była niewysoka, energiczna i ciekawska. To właśnie ta jej ciekawość sprawiła, że jej ścieżka zeszła się ze ścieżką mego ojca. Żyła długo, o wiele dłużej, niż powinna. Za krótko zarówno dla mnie, jak i dla ojca. Wraz z braćmi i ojcem opłakiwaliśmy jej odejście przez długie tygodnie. Wiedziałem, że ojciec do dziś często stał nad jej grobem, gdzie szukał złudnego pocieszenia.

Yautja byli bardzo zróżnicowaną rasą. Ogromna część z nas żyła samotnie, spotykając się jedynie w czasie krótkiego sezonu godowego. Niewielka grupa wolała jednak związki. Zwłaszcza wysoko postawione rody dobierały sobie partnerów z innych wysoko postawionych rodów, dzięki czemu rodziły się silne jednostki o wyjątkowych cechach. W razie śmierci samca lub samiczki nic jednak nie stało na przeszkodzie, by wybrać kolejnego yautja na partnera życiowego. Czasami takie zmiany działy się jeszcze w momencie, gdy aktualny partner miał się doskonale.

Kiande byli od zawsze dziwni i wyjątkowi. Dobieraliśmy się w pary na całe życie, oddając wszystko tej, którą chcieliśmy mieć jako swoją. Gdy umierała lub po prostu odchodziła - usychaliśmy, szaleliśmy lub z rozgoryczeniem szliśmy dalej przez życie. Nigdy jednak nie wybieraliśmy nikogo nowego.

Ojciec był tego doskonałym przykładem. Żył już prawie półtora wieku i chociaż z matką przebywał nawet nie połowę z tego, to był oddany jedynie jej. Nigdy nie wziął sobie kolejnej partnerki. Jako lider klanu powinien, ale nie potrafił. Oddał honor swego serca i swej duszy tylko jej. Nic innego nikomu innemu nie mógł już zaoferować.

Wiedziałem, że jeśli Halkrath wybierze sobie Ansę, to tak samo, jak każdy z naszego rodu, odda jej wszystko. Zostanie z nią do końca, jakikolwiek ten koniec by nie był. Szukałem dobrego miejsca dla Ansy, przez krótki czas, na samym początku, chciałem, by mieszkała ze swoimi. Teraz jednak wolałem, by została ze mną i z Halkrathem. Polubiłem po prostu ich oboje.

Drzwi do kwatery młodego łowcy rozsunęły się z cichym szelestem. Halkrath przeciągnął się mocno w marszu. Musiał mnie zauważyć kątem oka, bo gdy zamachałem na niego ręką, podszedł do mnie do razu.

- Podoba się? - zapytałem, pokazując mu nowy zestaw broni.

Obok leżał jeden z moich pancerzy. Był twardy, lekki i nad jego budową spędziłem sporo czasu. Wiedziałem, że nie będę w stanie teraz tak szybko stworzyć coś nowego dla niego. Zakładałem jednak, że po osądzie na Prime zajmę się tym w czasie podróży na kolejne planety.

Halkrath spojrzał na to i widziałem w jego oczach, że owszem, wszystko wyjątkowo mu się podobało. Łowca jednak szybko opanował się i jego oczy na powrót stały się nieprzeniknione.

- Jest piękne - przyznał.

- Jest twoje - dodałem, a gdy Halkrath chciał już zaprzeczyć, uniosłem do góry dłoń. - Nie odmawiaj. Zgodziłeś się tu zostać. Przyjmij to jako dar dobrej woli.

Halkrath odetchnął i skinął głową. Pozwoliłem mu krótko zapoznać się z bronią, po czym usiadłem na stołku Ansy.

- Zaprogramujesz je sam - zauważyłem, gdy sięgnął po dyski.

Skinął głową i sprawdził pozostałe elementy. Był zaciekawiony i widocznie szczęśliwy. Prezent ewidentnie mu się spodobał. Mnie natomiast nagle zastanowiło coś innego. Byłem dość bezpośredni i dlatego większość pytań, nawet bardzo dziwnych i intymnych, szybko opuszczała moje usta.

- Gdzie nabawiłeś się tej blizny? - zapytałem. - I co urwało ci kieł?

Halkrath zerknął na mnie krótko, a zaraz potem westchnął jedynie i podpiął dysk do komputera, siadając przy urządzeniu.

- Ojciec zabrał mnie i moje rodzeństwo na rytuał, jak miałem dziesięć zim - przyznał. - Był mistrzem polowania, a nasza matka nie żyła, nie chciał zostawiać nas samych. Na statku mieliśmy być bezpieczni. Jaszczury wydostały się jednak ze strefy. Jeden wszedł na statek.

Halkrath oparł się wygodniej o fotel i ułożył sobie panel sterujący na kolanach.

- Skoczył na D’to, moją siostrę. Złapałem wtedy to, co miałem pod ręką, włócznię ojca. Nie bardzo jednak wiedziałem, jak się walczy z jaszczurami, dopiero co dostałem broń i zacząłem szkolenie. - Halkrath wzruszył ramionami. - Kwas z rany. Zanim przybył ojciec i inni łowcy, przeżarło mi kieł i część twarzy. Teraz i tak wygląda to o niebo lepiej.

- Czy ty chcesz mi teraz powiedzieć, że w wieku 10 zim zabiłeś swojego pierwszego jaszczura?

Halkrath zerknął na mnie i po chwili skinął jedynie krótko głową.

- To był przypadek - mruknął. - Potrzeba.

- Nie wątpię - odpowiedział, podnosząc się. - A więc byłeś szalony już od samego początku? Dobrze.

Halkrath parsknął tylko śmiechem i zajął się programowaniem, ale gdy tylko przyszła Ansa, od razu zwrócił na nią całą swoją uwagę. Uśmiechnąłem się i zostawiłem ich samych. Byli sobie już tak bliscy, a wiedziałem, że będą jeszcze bardziej się do siebie zbliżać, aż on przestanie widzieć cokolwiek innego, a ona… miałem nadzieję, że Ansa też będzie chciała zostać z nim tak mocno, jak on z nią.

Nie lubiłem, gdy złe historie się powtarzały. Moja nie była co prawda zła, ale wolałem widzieć szczęśliwe zakończenie.

księga trzecia - Bhu'ja: propozycja


Ulunus nie sprzyjała wieczorom przy ognisku. Nie skończyłem nawet pełnego zwiadu, gdy w naszą okolicę uderzyła burza piaskowa. Nie była aż tak silna, ale wiatr przeszkadzał w obserwacji i nawiewał piach wszędzie, również w filtry maski. Dłuższe przebywanie na zewnątrz nie miało zatem sensu.

Czyściłem filtry w warsztacie, słysząc jednak doskonale głosy Ansy i Halkratha. Po swoim krótkim spacerze wrócili roześmiani na Tenshi. Zjedli coś, zagrali w gambit (Halkrath ponownie przegrał każdą partię, co ewidentnie wprawiało go w nerwowy nastrój) i zniknęli w jego kwaterze. Zza otwartych drzwi dochodziły ich śmiechy i rozmowa.

Wytrzepując piach z filtrów, naprawdę cieszyłem się ich szczęściem. Zawsze było mi żal mojej własnej historii, ale nie byłem mściwym i zgorzkniałym głupcem. Jeśli Ansa wybrałaby sobie właśnie Halkratha, życzyłem im tylko wszystkiego najlepszego. Ansę kochałem jak własną córkę, a Halkratha uważałem za dobrego łowcę. Razem powinni być naprawdę szczęśliwi.

Ich głosy i śmiechy umilkły, byłem ciekaw, czy Ansa poszła gotować, czy może sprawy przybrały całkiem inny obrót. Odłożyłem wyczyszczoną maskę i zabrałem się za robienie nowego zestawu broni dla Halkratha. Czegoś lepszego niż to, co zrobiłem mu ostatnim razem.

Włócznia, którą mu podarowałem, była zrobiona przeze mnie jeszcze w czasach, gdy dopiero zaczynałem być krwawym. To bym pierwszy element wyposażenia, który sam skonstruowałem od początku do końca. Przez te siedemdziesiąt lat polowań ulepszałem ją i modyfikowałem. I jedynie dwie taśmy, zdobione przez moją matkę, pozostały z tego, co było w niej oryginalne.

Jeden dobry element wyposażenia był w stanie zmienić przebieg całego polowania, ale wiedziałem, że dobra włócznia to za mało. Halkrath potrzebował dobrej broni. A ja, z braku lepszego zajęcia, mogłem po prostu się tym zająć.

Gdy metal mieszał się w kadzi, zgłodniałem. Wyszedłem z warsztatu i mimowolnie zerknąłem w stronę kwatery Halkratha. Drzwi były otwarte, dwójka leżała na łóżku młodego łowcy. Halkrath opowiadał coś cichym głosem, pokazując coś na wyświetlaczu zawieszonym tuż przed nim. Ansa wtulała się w jego bok.

Uśmiechnąłem się w duchu i ruszyłem do mesy po nieco jedzenia.

 

Kolejny zwiad poszedł już o niebo lepiej. W powietrzu unosił się piach i pył, ale przejrzystość była dobra, a pogoda złagodniała mocno. Zabroniłem jednak Ansie wychodzić na zewnątrz — bez odpowiedniej maski z filtrami mogła szybko nabawić się nieprzyjemnej pylicy.

Halkrath sprawdził północną równinę. Było tam sporo rekinów pustynnych, jednak wierzyłem, że da sobie radę. Nie zawiodłem się — Halkrath wrócił cały i zdrowy, chociaż mocno okurzony. Przed statkiem ściągnął maskę i uderzył nią o bok kadłuba, a z filtrów natychmiast wysypał się piach. Było go dużo, musiał zatem przedostać się pod maskę, gdyż młody łowca charczał nieprzyjemnie.

- Czemu wybrałeś Ulunus? - mruknął niechętnie, wchodząc na pokład.

- Bo rekiny są szybkie, trudno je złapać i stanowią dobre trofeum - odpowiedziałem. - Po tym polowaniu chcę wrócić na Prime i oddać cię na kolejny osąd.

- Tak szybko? - zdziwił się Halkrath.

- Nie widzę potrzeby przedłużania tego - przyznałem. - Potrafisz czyścić filtry?

Skinął głową, wskazałem mu zatem jedynie warsztat. Ruszył tam, otrzepując się w drodze z piasku i pyłu.

Gdy Halkrath sprawdzał północną równinę, ja zająłem się oazą na południu i wschodnią i zachodnią pustynią. Rekinów było dużo, były głodne, rozdrażnione burzą i bardzo szybkie. Polowanie nie będzie zatem łatwe, liczyłem jednak, że znajdziemy duży, odizolowany okaz. Kilka dni obserwacji wystarczy. Upolujemy rekina i wrócimy na Prime. A potem…

Odetchnąłem. Halkrath zapewne będzie chciał wrócić do stałych polowań, może nawet znajdzie sobie grupę. Nie wiedziałem, co ma zamiar zrobić z Ansą. Nie chciałem, by zostawiał jej tak po prostu – dziewczyna widocznie przywiązała się do niego, a i mnie myśl, że Halkrath nie będzie z nami, dziwnie ciążyła. Nie lubiłem tego uczucia, skierowałem się zatem do warsztatu i usiadłem na stołku Ansy.

W kadziach wciąż mieszał się stop, wolno nabywając wszystkich właściwości, jakie były potrzebne do stworzenia porządnej broni. Halkrath czyścił filtry, zerknął jednak na mnie, gdy mój bezruch i milczenie trwały dość długo.

- Po kolejnym osądzie – zacząłem – co zrobisz?

Łowca wzruszył ramionami. Nie odpowiedział od razu, a ja nie naciskałem – takie pytania musiały być dobrze przemyślane, wiedziałem, że nie jest łatwo na to odpowiedzieć.

- Będę szukał grupy łowieckiej – wyznał.

- Nie będzie ci łatwo po osądzie – zauważyłem.

- Pewnie nie – przyznał. – Będę musiał zatem szukać lepiej.

Parsknąłem jedynie. Halkrath był uparty, silny, zdecydowany i momentami szalony. Naprawdę zaczął mi imponować. Mimo młodego wieku już okazał się dobrym łowcą i przewidywałem, że jego przyszłość, mimo tego małego epizodu ze skruchą, będzie naprawdę godna podziwu.

- Zostań tu – zaproponowałem tak nagle i szczerze. – Leć ze mną. Z Ansą.  Będziesz miał wystarczająco dużo okazji do polowania.

Młody łowca przestał czyścić filtry i spojrzał na mnie zaskoczony.

- Ty nie żartujesz – wydusił w końcu.

- Dlaczego miałbym?

Halkrath zamruczał z dziwnym wahaniem.

- Nie chcesz? – zapytałem z żalem. – Zrozumiem, jeśli…

- Chcę! – przerwał mi.

- Więc leć z nami.

Halkrath skinął tylko głową. Zamruczałem z zadowoleniem i podniosłem się ze stołka.

- Ansa się ucieszy – zauważyłem. – Prawda, Ansa?

Dziewczyna zatrzymała się w połowie korytarza i zerknęła na nas pytająco.  Nie słyszała naszej wcześniejszej rozmowy, dlatego nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć na moje pytanie. Przechyliwszy głowę na bok, stanęła w drzwiach do warsztatu.

- Halkrath zgodził się z nami zostać na dłużej – wyjaśniłem.

Jej mina z początku była równie zaskoczona, jak u młodego łowcy tuż po moim pytaniu. Szybko jednak kobieta otrząsnęła się i z radosnym piskiem dopadła najpierw do mnie, a potem, już z o wiele czulszymi gestami, do Halkratha. Zamruczałem z zadowoleniem w duchu. Taki obrót sprawy bardzo mi się podobał.

księga trzecia - Bhu'ja: pilot


- To stary statek, ale w bardzo dobrym stanie – zauważyłem. – Skoro już tu jesteś, lepiej, żebyś umiał nim latać, Halkrath.

Młody łowca przechylił tylko nieco głowę. Ewidentnie myślał, że skrucha będzie wyglądała inaczej. Przewidywał surowe traktowanie, niesprawiedliwe wyroki i pełnię zawiści. Uważałem jednak, że nie było to potrzebne, nie tędy powinna iść droga skruchy. A ponad to, naprawdę mu wierzyłem. Widziałem w jego oczach, że nie popełnił tego, co mu zarzucano, chociaż nie wiedziałem, co tak naprawdę stało się na jego polowaniu.

- Siadaj, nie oglądaj się jak bhuru na trawę – mruknąłem, wskazując na fotel głównego pilota. – Pilotowałeś kiedyś, prawda?

Skinął głową. Pochodził z Kiande, zakładałem zatem, że latał statkami zanim jeszcze dobrze nauczył się chodzić. Pilotowania statków uczył się pewnie niedługo później. Usiadłem w fotelu pomocniczym i odwróciłem się do niego.

- Tenshi nie ma kompensacji lotu – zauważyłem. – Nie tej nowej generacji, nie jest kompatybilna z silnikami. Będziesz musiał nauczyć się ją wyczuwać. Plecy do fotela, inaczej nie poczujesz niczego.

Zerknął na mnie zaskoczony, ale oparł się posłusznie całym ciałem o siedzisko.

- W przestrzeni niewiele poczujesz, ale w atmosferze będzie lepiej. Z wyczuwaniem. Z lotem jest gorzej.

- Latasz tym tak lekko – zauważył.

- Kwestia przyzwyczajenia – odpowiedziałem. – Też się przyzwyczaisz. Systemy są dopasowane do mnie, ale możesz zrobić drugi set pod siebie.

Pokiwał głową i po chwili już był zajęty dopasowywaniem sterowania pod siebie. Pozwoliłem mu zapoznać się z systemem i wszystkimi jego elementami. Wiedziałem, że był w tym zdolny, wszystko nie trwało więc aż tak długo.

- Ulunus jest przed nami – zauważyłem. – Dasz rade wylądować, prawda?

Zerknął na mnie niepewnie. Zapewne bał się nieznanej maszyny, może też tego, że mógłby uszkodzić Tenshi. Ufałem mu, ufałem też sobie. Wiedziałem, że z pomocniczego fotela będę w stanie w razie czego zapanować nad lotem.

- Pamiętaj o ręcznym wyrównaniu – poleciłem jeszcze.

Skinął tylko głową i przygotował systemy.

- A… wyliczenia podejścia? – zapytał niepewnym tonem.

No tak. Nowoczesne systemy pokładowe wyliczały kąd i odległość podejścia do planety, widziałem też takie, które automatycznie podawały punkty lądowania i zrzutu. Algorytmy były zaprogramowane na rozpoznawanie terenu, atmosfery, a nawet aktualnych warunków pogodowych. Nigdy z nich nie korzystałem. Byłem łowcą starej daty, leciałem, lądowałem, wychodziłem, polowałem, startowałem i powtarzałem to na innej planecie. Lata doświadczenia sprawiły, że te obliczenia po prostu pojawiały się w mojej głowie.

Zerknąłem na planetę. Ulunus była piaszczysta i sucha, było tu niewiele wody, a powietrze pełne było kurzu. Niewielkie oazy dawały na tyle wilgoci, by rozwijała się niska trawa, na której żywiły się skoczne łanie. One z kolei stanowiły pożywienie zwinnych lwów pustynnych. Na obu gatunkach żerowały piaskowe rekiny.

- Siedemnaście, sto sześćdziesiąt, dwieście… trzysta trzydzieści – wymieniłem. – Jeśli oaza będzie dalej niż tysiąc kroków, dwieście dziewięćdziesiąt.

- To do pierwszego, czy drugiego podejścia?

- Po prostu leć – zaśmiałem się. – Nie martw się podejściem, zajmij się kompensacją, inaczej…

Nie dokończyłem. Tenshi uderzyła w pierwsza warstwę górnej atmosfery i momentalnie zadygotała jak szalona. Ansa, która siedziała zapewne w mesie, pisnęła jedynie.

- Właśnie to – dokończyłem. – Ansa! Kompensuj lotem. Silniki boczne, tylne, przednie. Plecy do fotela. To jak pływanie. Tylko kilkuset tonowym statkiem.

Halkrath parsknął jedynie. Widziałem, że się denerwuje, ale nie zamierzałem za bardzo mu pomagać. Był zdolny, widziałem, że latał już jako pilot, chociaż stary system statku musiał nieźle go zaskoczyć. Ansa podbiegła do mnie, chwiejąc się mocno. Złapałem ją i usadziłem sobie na kolanach, przytrzymując ją przy sobie. Kompensacja lotu nie była prosta, a nie chciałem, by kobiecie coś się stało.

Uśmiechnąłem się w duchu. Halkrath dobrze sobie radził, chociaż statek raz po raz trzeszczał, poddawany mocnym wstrząsom. Gdy minęliśmy górną atmosferę, lot wyrównał się i uspokoił.

- Na Paya… - jęknął Halkrath. – To jest toporne.

- Sam jesteś toporny – mruknąłem. – Posadź ją. Widzisz półkę skalną na wschodzie? Niżej jest oaza, to będzie dobre miejsce.

Halkrath skinął i po chwili statek zawisnął nad półką skalną. Młody łowca opuszczał go powoli, Tenshi lekko położyła się na skałach. Gdy silniki zgasły, pokiwałem głową z zadowoleniem.

- Dobrze – pochwaliłem go. – Lepiej się przejdź. Wyglądasz okropnie.

Prychnął, ale posłusznie podniósł się z fotela. Ansa zerknęła na mnie z płaczliwą miną. Wiedziałem, że brakowało jej świeżego powietrza i wolności, na statku często czuła się ograniczana. Zerknąłem przez szerokie okno kokpitu. Pogoda była ładna, było gorąco, ale nie wietrznie, powietrze było przejrzyste.

- Pójdziecie razem? – zapytałem Halkratha.

Skinął głową bez najmniejszego wahania. Ansa pisnęła zadowolona i podbiegła do niego, łapiąc go za ramię.

- Zabezpiecz teren – poleciłem mu jeszcze, podnosząc się. – I pilnuj jej. Cały czas, jasne?

Młody łowca skinął głową i wyszedł wraz z Ansą. Słyszałem jeszcze przez jakiś czas ich głosy, chrapliwy ton Halkratha i słodki śpiew Ansy. Odetchnąłem, podniosłem się i ruszyłem do kwatery, aby przywdziać zbroję i zająć się zwiadem.

księga trzecia - Bhu'ja: ogień


Na naukę języków brałem zarówno Ansę, jak i Halkratha. Siedzieliśmy wtedy w trójkę w mesie i z pomocą hologramów tłumaczyłem im zawiłości wymowy. Oboje podchodzi do tego chętnie, chociaż obojgu sprawiało to pewne trudności.

Halkrath miał problemy z wymawianiem miękkich, śpiewnych, ludzkich słów. Wcale się temu nie dziwiłem, yautjańskie gardła i krtanie po prostu nie były do tego przystosowane. Gdyby nie matka, miałbym z tym również problemy. Byłem jednak uczony tego od maleńkości, ludzka mowa nie była w moim wykonaniu co prawda tak śpiewna, ale mimo wszystko płynna i dość przyjemna.

Ansa z kolei irytowała się twardą wymową i dziwnymi połączeniami sylab. Miała problemy z zapamiętaniem wyrazów, które były do siebie niezwykle podobne. W naszym języku różnica jednej litery diametralnie mogła zmienić treść. Zarówno ja, jak i Halkrath dobrze bawiliśmy się, gdy pokrętne zdania Ansy miały okropnie oderwane od rzeczywistości znaczenie.

Na naukach nie spędzaliśmy całego dnia. Ansa gotowała też często, napełniając statek zarówno pięknymi zapachami potraw, jak i własnym, słodkim śpiewem. Zaczęła też tańczyć, nawet wtedy, gdy w pobliżu był Halkrath. Sam młody łowca dużo przebywał w warsztacie, gdzie podłączony do pokładowego komputera bawił się programowaniem broni i kompensacją strat przy rzutach. Był w tym dobry, z uznaniem zauważyłem, że mógł być pierwszym, który dorównałby wujowi Thei’emu.

Ansa i Halkrath, mimo braku płynności yautjańskiego lub ludzkiego języka, dość dobrze się dogadywali. Początkowa niechęć i dystans zniknęły. Z dziwnym uściskiem w brzuchu i cichą radością w sercu zauważyłem, że bardzo zaczęli się do siebie zbliżać.

Wiedziałem, co kiedyś wisiało nad naszym rodem, jakie przekleństwo nosili w sobie Kiande. Klątwa pękła w pokoleniu mego ojca, ale wiele jej znaków przeszło dalej. Wybierane przez nas na towarzyszki samice rodziły głównie mężczyzn, a ci mieli tendencję do oddawania honoru swego serca i duszy kobietom, które niekoniecznie należały do yautjańskiej rasy. Część z Kiande się temu opierała, cześć poddawała się temu całkowicie, a część, jak ja, zmuszona była do samotnej drogi.

- Dziadku Bhu’ja…

Zerknąłem na Ansę. Stała obok krzesła głównego pilota, a rękach mnąc końcówkę własnego szala. Czerwony kolor jak zwykle bardzo kontrastowo wyglądał z jej cerą i barwą włosów, jak zwykle też pasował do niej. Odkąd Ansa zaczęła uczyć się yautjańskiego, używała go jak najczęściej – to zdecydowanie pomagało jej w nauce.

- Jest dość późno, dlaczego nie śpisz?

- Czy będziemy dziś jeszcze się uczyć?

- Nie, dziś już nie, Ansa – zauważyłem. – Za niecałą dobę lądujemy na Ulunus. Odpoczniemy trochę przed tym.  Czy Halkrath jest w warsztacie?

Skinęła głową, jednocześnie urokliwie uciekając wzrokiem na boki. Może wstydziła się tego przywiązania do młodego łowcy, a może uznawała, że będę zły lub zawiedziony, jeśli to z nim, a nie ze mną będzie spędzała czas. Ułożyłem swoją rękę na jej głowie i z przyjemnym, gardłowym pomrukiem zacząłem:

- Powinnaś do niego iść – zaproponowałem. – Na pewno ucieszy go twoje towarzystwo, Ansa.

Kobietka zaczerwieniła się tak, jakby moje słowa było co najmniej nieodpowiednie. Zaśmiałem się w duchu. Ansa była prostolinijna, a Halkrath był dobrym łowcą. Nie byli przeciwieństwami, ale uważałem, że tworzą naprawdę zgraną parkę. jeśli tylko Ragta im pobłogosławi…

Zamarłem, zdając z sobie czegoś sprawę. Ragta, bóg ognia, był tym, którego my, Kiande czciliśmy od wieków. Błogosławił nam ogniem i siłą. Przez niego jednak spadło na ans przekleństwo i przez jego działania zostało ono zrzucone. Nie oznaczało to jednak, ze bóg nas porzucił – trwał przy nas wciąż i wciąż, prowadząc ogniem ku ścieżkom, które było prawidłowe.

Wstałem wolno i skierowałem się na tyły statku. przeszedłem przez galerię, którą wypełniały trofea i zatrzymałem się w korytarzu, który prowadził ku warsztatom. Stąd dobrze widziałem Halkratha i Ansę. Młody łowca siedział przy ekranie, programował cos szybko, a Ansa kiwała się na boki na swoim małym stołeczku, który wyciągnęła z rogu pomieszczenia i ustawiła tuż obok młodego yautja.

Wylądowaliśmy na Prime tylko dlatego, ze silnik miał samozapłon. Problem nigdy wcześniej się nie pojawiał i nic nie wskazywało na to, by pojawił się znowu. ogień nagle po prostu tam był. Ogień, który ewidentnie pochodził od Ragta. Pamiętałem też, jak zareagował ojciec na tę informację. On, jako jeden z niewielu, idealnie odczytywał to, gdzie nasz ukochany bóg pozostawiał po sobie wypalony ślad. A ja… możliwe, że byłem w stanie dostrzec go właśnie teraz.

Widziałem ten ogień, chociaż właściwie nic nie płonęło, ale doskonale widziałem ten ogień zarówno w nim, jak i w niej. Płomienie ciągnęły ku sobie. O tak, Ragta definitywnie im pobłogosławił. Kimże byłem, by temu w jakikolwiek sposób zaprzeczać?


księga druga - Halkrath: słowo


Słyszałem, jak Bhu’ja pracował w warsztacie, oprawiając dużą, twardą czaszkę ważki. Trofeum z pełzacza, które należało do mnie, leżało zabezpieczone w ładowni. Bhu’ja sam oprawił je i przygotował w czasie, kiedy leczyłem się pod opieką Ansy w laboratorium.

Dziewczyna przebywała ze mną na okrągło. Zniknął jej strach i dystans, przychodziła, śpiewała i dotrzymywała mi towarzystwa pomimo tego, że tak właściwie się nie rozumieliśmy.

Zaskoczyło mnie to, że potrafi grać w gambit. To była stara, logiczna gra, którą raczyli się lordowie na spotkaniach w pałacu. Słyszałem, że kiedyś była o wiele bardziej popularna. Grałem w nią jako młody chłopak, znałem więc podstawowe zasady. Zdecydowanie było to za mało – dziewczyna wygrywała partię za partią, pozostawiając mnie złego, zirytowanego i bezsilnego.

Ansa zaklasnęła w dłonie, gdy kolejna partia zakończyła się z korzyścią dla niej. Odsunąłem od siebie zniechęcony grę i pomimo, że patrzyła na mnie błagalnie, stanowczo odmówiłem przeżywania kolejnego upokorzenia.

- Nie spodobał się gambit? – Bhu’ja oparł się od drzwi, z dziwnie zadowolonym pomrukiem okazując swoje rozbawienie.

- Skąd ona potrafi tak grać? – mruknąłem niezadowolony.

- Nauczyłem ją – przyznał Bhu’ja. – Ale właściwie sama ma do tego talent. Jeśli cię to pocieszy, również dużo przegrywam. Ansa po prostu jest w tym naprawdę dobra.

Syknąłem niezadowolony. Nie do końca podobało mi się to, ze ludzka dziewczyna jest lepsza w yautjańskiej grze od samych yautja. Bhu’ja powiedział coś do niej, a kobietka zebrała grę, zeskoczyła z lóżka i pobiegła w swoją stronę. Zerknąłem pytająco na starego łowcę.

- Poszła coś ugotować – wyjaśnił. – Czemu nigdy nie uczyłeś się języka ludzi? Przynajmniej jednego?

Odwróciłem jedynie wzrok. Nie bardzo uśmiechało mi się stwierdzić, że byłem zbyt arogancki, by uczyć się języka rasy, którą uważałem za słabszą i mniej wartościową.

- Nauczę cię, jeśli chcesz – zaproponował.

Skinąłem tylko głową. Teraz znajomość języka ludzi nie wydawała mi się taka zła.

- Jutro ruszamy dalej – poinformował mnie Bhu’ja.

- Nie będę polował na ważki? – zdziwiłem się.

- Nie ma już na co. – Bhu’ja zaśmiał się jedynie. – Przespałeś te dwa samce. Pełzacz ci nie wystarczy? To dobre trofeum.

Zamruczałem tylko z niechęcią. tak, pełzacz był doskonałym trofeum, ale nigdy jeszcze nie polowałem na ważki. Żałowałem też, nie zdołałem przyjrzeć się, jak robi to Bhu’ja – jego doświadczenie mogło być naprawdę bardzo cenne.

- Przejdź się jeszcze na zewnątrz – poradził. – Rozruszaj się, zanim ruszymy. Możesz pościągać wnyki. Pobiegaj, ale raczej zrezygnuj ze wspinania.

Pokiwałem głową i podniosłem się z łóżka. W swojej kwaterze ubrałem część zbroi i sięgnąłem po maskę. Palcami przejechałem po czterech głębokich, brzydkich śladach. Pazury jaszczura zaryły tutaj akurat w momencie, gdy chciałem powstrzymać Ameda. Dhiin chwilę później dusił się we własnej krwi, a mistrz polowania Cuatui…

Wstrząsnąłem głową. Nie. lepiej o tym nie wspominać. Lepiej o tym nie myśleć.

Założyłem włócznię od Bhu’ji na plecy i wyszedłem ze statku, rozkoszując się wilgotnym i chłodnym, przyjemnym wieczorem.