Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sir'ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sir'ka. Pokaż wszystkie posty

5. zaufanie

 


Rano dom był cichy. Nie spokojny, nie po tym, co stało się tu ostatnio, nie po tym, jak Cetanu ingerował i nie po tym, jak Thwei musiał przyjąć pakt, którego nie tolerował właściwie. Jednak dom miał gdzieś jego wahania, jego myśli, jego rozterki. Był cichy na swój okrutny sposób.

Thwei obudził się jeszcze przed świtem, zanim pierwsze blade światło zaczęło przeciskać się przez wąskie, zakurzone okienko na strychu. Nie otworzył oczu od razu. Nie spał też zbyt dobrze. Właściwie nie był pewny, czy w ogóle spał, czy jedynie na krótko przestawał trwać w czujnym, męczącym półśnie. Drewno pod nim było twarde, powietrze pachniało kurzem, starymi deskami i tym dziwnym, ludzkim domem, który nie powinien być ani więzieniem, ani schronieniem, ale teraz był jednym i drugim naraz.

Przez dłuższą chwilę siedział bez ruchu, nasłuchując. Na dole coś cicho stuknęło. Dopiero wtedy Thwei otworzył oczy. Nie poruszył się od razu. Jedynie oddech spłycił mu się nieco.

Kolejny dźwięk. Cichy szelest. Kroki. Maru.

Thwei podniósł się wolno, ostrożnie, bez jednego skrzypnięcia desek. Wciągnął powietrze, wyłapując jej zapach. Była na dole. W sypialni albo w korytarzu. Pachniała snem, lekami, tym drażniącym mydłem i czymś jeszcze, czymś ostrym, chemicznym, co przywodziło mu na myśl laboratorium.

Z gardła łowcy wydostał się ledwie słyszalny, zły pomruk. Laboratorium nie kojarzyło mu się zbyt dobrze.

Zsunął się ze strychu tak cicho, jak tylko potrafił. Nie miał maski, nie miał zbroi, nie miał komputera, nie miał działka, ostrzy, niczego. Miał własne ciało, własne pazury i resztki sił. To musiało wystarczyć.

Zatrzymał się na końcu schodów. Żywia stała w kuchni.

Była ubrana inaczej niż poprzedniego dnia. Miała na sobie ciemne spodnie, jasną bluzkę i długi sweter, który wyglądał na zbyt miękki i zbyt ciepły jak na kogoś, kto właśnie zamierzał wyjść. Włosy spięła niedbale, kilka kosmyków wymknęło się już jednak i opadało na jej bladą twarz. Przy blacie stał kubek z parującym napojem, obok leżała torba, do której wkładała jakieś dokumenty, klucze i małe pudełko z lekami.

Wyglądała źle. To było pierwsze, co Thwei pomyślał i ta myśl szczerze go zirytowała.

Nie powinno go obchodzić, jak wyglądała. Był tutaj tylko dlatego, że dom Cetanu nie pozwalał mu odejść. Maru była jego wrogiem, ponieważ to przez nią i jej ludzi leżał wcześniej przykuty w metalowej sali, otępiały od leków, rozcinany spojrzeniami i badaniami. Była człowiekiem z laboratorium.

Była też drobna, zmęczona i drżały jej palce, gdy zamykała pudełko. Wyglądała gorzej niż wczoraj. Byłą blada, oddychała nierówno i ewidentnie bolało ją coś w środku, bo czasami łapała się za pierś, próbując złapać głębszy oddech. Thwei już to widział w laboratorium. Kobieta była chora, zbyt dumna, by o tym mówić i zbyt słaba, by to ukrywać.

– Dokąd idziesz? – zapytał sucho Thwei, stając w progu kuchni.

Żywia drgnęła tak mocno, że niemal upuściła leki. Odwróciła się gwałtownie i dopiero po chwili odetchnęła nierówno.

– Do pracy – odpowiedziała cicho.

Thwei wszedł krok do wnętrza pomieszczenia. Nie spieszył się. Nie musiał. Widział, jak kobieta sztywnieje z każdym jego ruchem. Dobrze. Powinna się bać.

– Do laboratorium – uściślił zimno.

Nie zaprzeczyła. To spodobało mu się mniej, niż powinno. Kłamstwo byłoby prostsze. Kłamstwo mógłby ukarać gniewem, groźbą, może nawet ręką zaciśniętą na jej karku. Prawda zostawiała mniej miejsca na działanie.

– Tak – przyznała słabo. – Do laboratorium.

Thwei zatrzymał się. Był od niej daleko, ale wystarczająco blisko, by w dwóch krokach znaleźć się przy niej. Żywia chyba też o tym wiedziała, bo nie ruszyła się od blatu.

– Nie wrócisz – stwierdził.

Na jej twarzy pojawiło się coś dziwnego. Nie uraza. Nie strach. Raczej zmęczenie tak głębokie, jakby podobne słowa słyszała już wiele razy, tylko z innych ust i w innych okolicznościach.

– Wrócę.

Thwei parsknął cicho.

– Pójdziesz do swoich, powiesz im, gdzie jestem, przyprowadzisz żołnierzy, lekarzy i broń.

– Mogłabym – przyznała.

Jego oczy zwęziły się od razu. Nie podobała mu się ta szczerość tak, jak nie podobał się jej słaby głos kobiety. Coś było z nią dziś nie tak bardziej niż ostatnio. Żywia zacisnęła palce na blacie, ale nie spuściła wzroku.

– Mogłabym – powtórzyła ciszej. – Ale tego nie zrobię.

Thwei zaśmiał się krótko, sucho i nieprzyjemnie.

– Mam ci uwierzyć?

– Nie – odpowiedziała od razu.

To zbiło go z tropu bardziej, niż chciałby przyznać. Zamruczał z niezadowoleniem, a ona odetchnęła i sięgnęła po kubek. Dłonie miała nadal lekko roztrzęsione. Upiła łyk, skrzywiła się, jakby napój był zbyt gorzki, po czym odstawiła kubek z powrotem.

– Nie oczekuję, że mi uwierzysz – powiedziała. – Po tym, co się stało, byłbyś głupi, gdybyś mi ufał.

– Nie jestem głupi.

– Wiem.

Znów ta prosta odpowiedź. Bez kpiny, bez obrony, bez zbędnego tłumaczenia. Thwei nie lubił tego. Nie lubił, gdy ludzie zachowywali się rozsądnie w sytuacjach, w których powinni panikować. Łatwiej było patrzeć na nich jak na hałaśliwe, miękkie, głupie istoty, gdy zachowywali się dokładnie tak, jak oczekiwał. Maru robiła to rzadko.

– Muszę jechać – dodała po chwili. – Jeśli nie pojawię się w pracy, zaczną zadawać pytania. Najpierw zadzwonią. Potem ktoś przyjedzie tutaj. Nie wiem, czy Cetanu ich wpuści, ale jeśli nie… to też wzbudzi podejrzenia.

Na dźwięk imienia boga Thwei zacisnął szczęki.

– Nie wypowiadaj jego imienia tak swobodnie.

Żywia zamilkła. Po chwili skinęła głową.

– Dobrze.

Przez kilka sekund patrzyli na siebie w milczeniu. Kuchnia była mała, jasna i obrzydliwie zwyczajna. Za oknem powoli rozlewał się poranek. Gdzieś daleko przejechał samochód. Lodówka buczała cicho. W rurach zaszumiała woda. A między nimi stało głupia świadomość, że jedno mogłoby zabić drugiego już zbyt wiele razy w przeszłości.

Thwei zrobił krok w jej stronę. Żywia nie cofnęła się, ale jej ciało napięło się wyraźnie.

– Jeśli zdradzisz mnie swoim – powiedział niskim, zimnym głosem – jeśli wrócisz tu z nimi, Maru, zabiję pierwszego, który przekroczy próg. Potem następnego. I kolejnego. A jeśli spróbujesz znowu mnie uśpić…

Nie dokończył. Nie musiał. Żywia pobladła jeszcze mocniej, ale skinęła głową.

– Rozumiem.

– Nie. – Thwei pochylił się nieco, a jego głos stał się ostrzejszy. – Ty tylko słyszysz słowa. Zrozumiesz je dopiero wtedy, gdy będzie za późno.

Kobieta przełknęła ślinę. Przez moment wyglądała tak, jakby chciała coś powiedzieć, ale w końcu odwróciła wzrok.

– Zapisałam ci, gdzie w domu jest jedzenie. Co możesz zjeść bez gotowania. Czego lepiej nie ruszać, bo… – zawahała się. – Bo może ci zaszkodzić. Chociaż właściwie nie wiem, czy cokolwiek z mojej kuchni jest w stanie ci zaszkodzić.

– Nie potrzebuję twoich instrukcji, żeby jeść – warknął.

– Wiem – odparła cierpliwie. – Ale nie chciałabym, żebyś przez przypadek zjadł kawę łyżką prosto ze słoika.

Thwei zmrużył oczy. Żywia chyba zrozumiała, że powiedziała coś niewłaściwego, bo odchrząknęła cicho i natychmiast spuściła wzrok.

– To był żart – wyjaśniła słabo.

– Słaby.

– Tak – przyznała. – Bardzo.

Nie powinno go to rozbawić. Nie rozbawiło. No… prawie nie.

Żywia dopiła swój napój, umyła szybko kubek i odstawiła go na suszarkę. Każdy jej ruch był ostrożny, ale nie bezcelowy. Śpieszyła się, chociaż próbowała tego nie pokazywać. Thwei widział, jak co chwilę zerka na zegar wiszący nad drzwiami.

– Czego dokładnie szukasz? – zapytał w końcu.

Zamarła na moment, a potem odwróciła się do niego.

– Twojego statku. Hangaru, w którym go trzymają. Informacji, czy go przenieśli, czy rozebrali, czy tylko zabezpieczyli. Spróbuję też sprawdzić, gdzie jest twój sprzęt. Mówiłam ci, że część rzeczy trzymali dwa korytarze od sali badań, ale po twojej ucieczce mogli wszystko przenieść.

– Mogli zniszczyć.

– Mogli – przyznała cicho. – Ale wątpię.

– Dlaczego?

– Bo to zbyt cenne. – Żywia spojrzała na niego zmęczonymi, ale trzeźwymi oczami. – Dla nich każdy fragment twojej technologii jest wart więcej niż moje życie. Nie zniszczą tego, jeśli nie będą musieli.

Thwei nie odpowiedział od razu. To brzmiało rozsądnie. Nie podobało mu się, że brzmiało to w jej ustach aż tak rozsądnie.

– Przyniosę ci mapę kompleksu, jeśli uda mi się ją zdobyć – dodała. – Albo chociaż rozrysuję z pamięci. Spróbuję też dowiedzieć się, ilu ludzi pilnuje hangarów po nocach.

– Po co?

Żywia spojrzała na niego tak, jakby odpowiedź była oczywista.

– Bo będziesz chciał tam wrócić.

Jego pomruk wypełnił kuchnię nisko i nieprzyjemnie.

– Nie mów mi, czego chcę.

– Dobrze – szepnęła. – Ale i tak będziesz chciał.

Miał ochotę rzucić czymś o ścianę. Najlepiej stołem. Albo nią. Nie dlatego, że kłamała. Właśnie dlatego, że miała rację. Bez statku był uwięziony. Bez sprzętu był słaby. Bez informacji był ślepy. A jedyną osobą, która mogła mu te informacje przynieść, była kobieta, która jeszcze niedawno stała po drugiej stronie szkła, wbijała w niego igły, mówiła do niego cichym głosem i której podarował litość, chociaż sam nie wiedział, czemu to zrobił.

Żywia zarzuciła torbę na ramię. Ten prosty ruch sprawił, że Thwei natychmiast się wyprostował.

– Maru.

Zatrzymała się w pół kroku.

– Tak?

Podszedł do niej. Tym razem cofnęła się odruchowo, ale za jej plecami był blat. Nie miała gdzie uciec. Thwei stanął blisko. Zbyt blisko jak na ludzkie zwyczaje, wystarczająco blisko jak na przesłuchanie.

– Jeśli nie wrócisz przed zmrokiem – powiedział powoli – uznam, że mnie zdradziłaś.

Żywia uniosła głowę.

– Wrócę wcześniej.

– Maru.

– Wrócę – powtórzyła. – Obiecuję.

Przez moment miał ochotę parsknąć jej w twarz. Ludzkie obietnice. Małe, miękkie słowa, które pękały pod pierwszym naciskiem strachu. A jednak sposób, w jaki to powiedziała, nie był miękki. Był zmęczony. I uparty.

– Twoja obietnica nic dla mnie nie znaczy – stwierdził sucho.

Coś przemknęło przez jej twarz. Nie ból. Raczej przyjęcie ciosu, którego się spodziewała.

– Wiem – odpowiedziała cicho. – Dlatego wrócę z informacjami. One będą znaczyły więcej.

Thwei milczał.

Żywia ostrożnie wyminęła go i ruszyła do drzwi. Szła powoli, jakby spodziewała się, że w każdej chwili złapie ją za kark i cofnie do środka. Nie zrobił tego. Stał w kuchni, z zaciśniętymi pięściami, nasłuchując każdego jej kroku.

Przy drzwiach zatrzymała się jeszcze.

– Thwei?

Nie odpowiedział. Odwróciła się mimo to.

– Nie wychodź z domu. Proszę. Nie wiem, co oni zrobią, jeśli cię znajdą. Nie wiem, co zrobi twój bóg. I nie wiem, czy ja… czy będę mogła ci pomóc, jeśli coś ci się stanie.

– Martwisz się o mnie? – zapytał z pogardą.

Żywia spojrzała na niego przez kilka długich sekund.

– Tak – przyznała.

To jedno słowo uderzyło dziwnie. Nie mocno, nie boleśnie, ale irytująco głęboko. Thwei zacisnął szczękę.

– Jedź już, Maru.

Skinęła głową, otworzyła drzwi i wyszła.

Poranne powietrze wdarło się do domu chłodnym powiewem. Thwei poczuł zapach mokrej trawy, zimnego asfaltu i oddalającej się kobiety. Drzwi zamknęły się cicho, a chwilę później rozległ się dźwięk uruchamianego samochodu.

Stał bez ruchu, dopóki silnik nie ucichł w oddali. Dopiero wtedy podszedł do okna. Samochód zniknął już za zakrętem.

Thwei oparł dłoń o ścianę obok framugi. Drewno jęknęło pod naciskiem jego palców.

Nie ufał jej. Nie ufał jej ani trochę. A jednak gdzieś pod gniewem, pod strachem, pod upokarzającą bezradnością, pojawiła się myśl jeszcze bardziej nieznośna niż cała reszta.

Chciał, żeby wróciła.

 


4. smugowce



– Hej, hej. Hej!

Hult’ah syknął głośno, a jego wołanie zakończyło się nieprzyjemnym warkotem. Tylko warkotem, bo właściwie nie zabronił mi ani siąść na sobie, ani zabrać z rąk łyka, które obrał w połowie. Westchnął tylko, przewrócił oczami i oparł się znowu o pień drzewa, przy którym siedział.

W moich rękach kora łyka schodziła szybciej. Po chwili podałam Hul’ahowi jego kawałek, który łowca włożył sobie do ust, rzucając mi ponure spojrzenie.

– Powinnaś ćwiczyć – zauważył.

– Ty też – odpowiedziałam.

– Ja nie ważę jak zabin i dam radę podnieść tura – mruknął.

– Jesteś też głośny jak wypalarka do metalu i śmierdzisz tak samo – odpowiedziałam.

Hult’ah parsknął śmiechem, co u niego brzmiało jak warkot rozwścieczonego kota.

– Bogowie mi świadkiem, jesteś paskudna – westchnął, klepiąc mnie po udzie.

– Bogowie mi świadkiem, ty też – odparłam od razu.

Hult’ah prychnął, oparł głowę o pień za sobą i przymknął oczy. Był środek nocy, Puszcza żyła swoim życiem, a ja nawet nie chciałam iść ani polować, ani tropić. Usiadłam wygodniej bokiem na Hult’ahu i przytuliłam się do jego torsu. Łowca po chwili ułożył głowę na mojej głowie. Cichy pomruk przeszedł przez jego pierś, a te wibracje czułam niemal całym swoim ciałem.

– Hult’ah… – zaczęłam.

– Hm? – mruknął.

– Uwielbiam zapach metalu – wyznałam.

Łowca zaśmiał się cicho.

– Wiem – wyznał. – Ja ciebie też uwielbiam, paskudo.

Uśmiechnęłam się, przytuliłam go mocniej i przymknęłam oczy. Siedzieliśmy wysoko wśród koron drzew na gałęzi nie grubszej niż moja talia, ale właściwie na całej planecie to miejsce mogło okazać się tym najbezpieczniejszym i najlepszym dla mnie.

W końcu dokładnie tu był Hult’ah.

 

~ * ~

 

– Pierdolę, pierdolę takie treningi!

Głos Toyana niósł się po wąwozie jak grzmot. Thei myślał właściwie podobnie jak przyjaciel, ale on nie miał czasu na krzyki – jeden z ogromnych smugowców biegł za nim i młody Kiande czuł na karku jego śmierdzący zgnilizną oddech.

Smugowce były ogromnymi psami o sierści tak twardej, że wydawała się aż skamieniała. Nie miały trucizny, specjalnych właściwości, ale były szybkie, cholernie szybkie i zwykle uparte jak diabli. Polowały też w grupach po trzy lub cztery osobniki.

Młodzi yautja z grupy Theia trafili na niewielkie stado. Właściwie to Vay poprowadził ich idealnie tak, by na takową grupę drapieżników natrafili. Samica, prowadząca grupę, była młoda, ale zwinna. To właśnie ona ścigała Theiego. Samiec wybrał sobie na cel Toyana, a druga z samic – Gu’the.

– Kurwaaaaaa!

Toyan nie przestawał wyrażać swojego niezadowolenia. Nic dziwnego, samiec smugowca był zdecydowanie większy od samic i Thei kątem oka zobaczył, że jego szczęka zacisnęła się ledwo o cal od głowy Toyana.

To, że byli na Thurn, w wąwozach pełnych odłamków magnetytu, ołowiu i litu, w niczym nie pomagało. Mapy szalały, komunikacja nie działała i słychać było tylko co jakiś czas wściekłe szczeki zwierząt i krzyki Toyana.

Walka jeden na jednego ze smugowcami była męcząca, zwłaszcza że trójka młodych yautja całkowicie zawaliła podejście z zaskoczenia, psy zorientowały się w zasadzce i obróciły się przeciw prześladowcom.

Thei analizował teren, zastanawiał się, jak skoczyć za plecy przeciwnika, ale opcji wiele nie było. Wąwóz był gładki, skalisty i prosty. Fatalny do uciekania, dobry do pościgu.

Thei usłyszał za sobą szarpnięcie pazurów po kamieniu. Za blisko. Smugowiec nie warczał już nawet wściekle. Dyszał krótkimi, mokrymi seriami, jakby każdy oddech przeciągał przez zgniłe gardło. Młoda samica była szybka. Nie tylko szybka – mądra. Nie gnała prosto za nim jak głupie zwierzę. Spychała go w lewo, zawsze trochę w lewo, z dala od szerszej części wąwozu, ku miejscu, gdzie ściany zbliżały się do siebie i gdzie Thei nie miałby dość przestrzeni, żeby odwrócić się z włócznią.

Nie polowała na niego. Zaganiała go.

Ta myśl przyszła za późno i jednocześnie dokładnie wtedy, kiedy musiała.

Toyan zakrzyknął coś znowu z dala. Samica, ścigająca Kiande zastrzygła uszami i kłapnęła zębami przed sobą. Thei uskoczył przed pyskiem smugowca, gdy szczęki zacisnęły się w powietrzu tuż przy jego udzie. Poczuł szarpnięcie materiału na biodrze. Nie ból. Jeszcze nie. Tylko ostrzeżenie i zapewnienie, że będzie dzisiaj musiał zszyć trochę ubrań.

– Toyan! – ryknął.

– Czego?! – odwrzasnął Toyan z drugiego końca wąwozu. – Jak chcesz mi powiedzieć, żebym się uspokoił, to się, kurwa, odpierdol!

Samiec smugowca skoczył na niego tak gwałtownie, że Toyan musiał rzucić się bokiem na żwir. Zwierzę uderzyło łapami w miejsce, gdzie przed chwilą była jego klatka piersiowa, a kamień pękł pod ciężarem pazurów.

– Krzycz dalej! – wrzasnął Thei.

– Co?!

– Krzycz!

– Pierdolę twoje rozkazy!

Właśnie tak, pomyślał Thei. Krzycz, zwracaj uwagę i daj mi chwilę oddechu.

Toyan, nawet uciekając przed ogromnym, śmierdzącym psem, miał dość przytomności, żeby zrozumieć. Albo może po prostu był tak wściekły, że nie potrzebował rozumieć. Zaczął kląć jeszcze głośniej, miotając obelgi pod adresem Vaya, całego Thurn, treningów, przodków smugowców i samego pomysłu wychodzenia z domu.

Echo poniosło jego głos po wąwozie. Smugowce, na szczęście, zareagowały natychmiast.

Samica ścigająca Theiego zwolniła o ułamek oddechu. Nie było to dużo. Było to jednak wystarczająco. Jej ucho drgnęło w stronę Toyana. Druga samica, ta przy Gu’the, też odwróciła łeb, tylko na chwilę, ale Gu’the był szybki. Rzucił się pod wystającą półkę skalną, przeturlał po plecach i podciął zwierzęciu przednią łapę krótkim ostrzem. Nie głęboko. Wystarczająco, by pies zawył.

Thei wtedy zrozumiał drugą rzecz. Smugowce nie były tylko szybkie. One pilnowały siebie nawzajem. Stado reagowało na głos, zapach, ruch, ból. Każde z nich walczyło osobno, ale myślały razem. Tak samo powinni byli zrobić młodzi łowcy.

Thei zacisnął palce na włóczni i przestał uciekać prosto. Zrobił coś głupiego, ryzykownego i dokładnie takiego, za co ojciec pewnie rozbiłby mu potem czaszkę o najbliższy głaz. Albo, jeśli miałby dobry humor, go pochwalił. Thei skręcił ostro w ścianę wąwozu, a samica rzuciła się za nim.

Thei odbił stopą od niskiego uskoku, wbił pazury dłoni w szczelinę między kamieniami i podciągnął się w górę. Przez jeden fatalny moment wisiał bokiem, plecami do pyska bestii. Poczuł gorący, cuchnący oddech na kręgosłupie.

Smugowiec skoczył. Thei puścił się skały. Spadł, ale nie na ziemię. Spadł dokładnie tak, jak chciał – na psa.

Ciężar młodego Kiande uderzył w kark samicy. Zwierzę zachwiało się, ale nie padło. Było zbyt silne. Thei zaklął, kiedy twarda jak kamień sierść zdarła mu skórę z przedramienia. Wbił jedno ostrze między płaty pancernej sierści, szukając miękkiego miejsca za łopatką, ale samica szarpnęła się tak gwałtownie, że prawie go zrzuciła.

Prawie.

Thei objął jej szyję nogami, pochylił się nisko i ryknął.

– Gu’the!

Gu’the wybiegł spod półki skalnej, kulejąc przesadnie, z ręką przy boku, jakby był ranny mocniej niż naprawdę był. Druga samica natychmiast ruszyła za nim. Thei widział to tylko kątem oka, bo jego własny smugowiec próbował właśnie roztrzaskać go o ścianę wąwozu. Kamień minął jego czaszkę o włos. Iskry posypały się z maski.

– Toyan! – ryknął Thei jeszcze raz. – Do przewężenia!

– Jakiego, kurwa, przewężenia?! Tu wszystko wygląda jak dupa kamiennego boga!

– Tego przed tobą!

– Trzeba było tak od razu!

Toyan rzucił się w stronę węższej części wąwozu. Samiec smugowca pognał za nim. Był potężny, cięższy od samic, a przez to mniej zwrotny. Każdy jego krok dudnił w ziemi. Kamienie podskakiwały. Pył opadał ze ścian.

Thei teraz zobaczył, że mistrz Vay wybrał to miejsce nieprzypadkowo. Wąwóz był prosty, ale nie równy. Kilkanaście kroków dalej jedna ściana pękała pionową rysą, a druga miała niski, wystający ząb skalny. Za wąski dla smugowca, jeśli wpadnie tam rozpędzony. Za wąski dla trzech smugowców naraz.

Pułapka.

Thei zsunął się z grzbietu samicy w tej samej chwili, w której zwierzę próbowało przygnieść go do skały. Upadł ciężko na bok, przetoczył się i wbił włócznię w ziemię przed jej pyskiem. Samica zahamowała, pazury zaryły w żwirze, a Thei wykorzystał sekundę zawahania. Nie zaatakował. Cofnął się.

Pokazał jej gardło. Celowo. Wściekłość błysnęła w oczach smugowca. Bestia rzuciła się na niego, a Thei uciekł ku przewężeniu. Teraz wszystkie trzy zwierzęta gnały w tym samym kierunku.

Toyan pierwszy dopadł skalnego zęba. Nie zatrzymał się. Wskoczył na niego, odbił się i zawisł na ścianie, chwytając szczelinę nad głową. Samiec smugowca, rozpędzony i rozjuszony, nie zdążył skręcić. Wpadł barkiem w występ skalny z hukiem tak mocnym, że cały wąwóz odpowiedział głuchym pomrukiem.

Zwierzę nie padło, ale zwolniło – a to, jak się okazało, wystarczyło.

Gu’the przebiegł pod ramieniem Toyana, w ostatniej chwili uskakując przed swoją samicą. Rzucił w bok pętlę z linki, zaczepił ją o wystający głaz i szarpnął całym ciężarem ciała. Linka napięła się na wysokości przednich łap. Samica uderzyła w niego, potknęła się i runęła pyskiem w żwir.

Thei został z ostatnią samicą, ze swoją zwierzyną. Nie miał czasu, żeby się odwrócić. Usłyszał ją za plecami. Pazury. Oddech. Szczęki. Rzucił włócznię do przodu, w stronę Toyana.

– Łap!

– Pojebało cię?! – wrzasnął Toyan, ale złapał broń bezbłędnie.

Thei padł na kolana i przechylił się do tyłu tak nisko, że grzbietem prawie dotknął ziemi. Smugowiec przeskoczył nad nim. Przez ułamek sekundy Thei widział nad sobą brzuch bestii, twarde płaty sierści, rozcapierzone łapy i paszczę rozwartą do ugryzienia, którego samica smugowca nie zdążyła domknąć.

Potem Toyan wbił włócznię poprzecznie między ściany przewężenia. Nie ostrzem w ciało. Barierą w pęd.

Samica uderzyła w nią piersią. Metal wygiął się z jękiem, Toyan ryknął z wysiłku, Gu’the dopadł z boku i pomogła zaprzeć broń. Thei poderwał się z ziemi, skoczył na grzbiet zwierzęcia i tym razem nie próbował przebić pancernej sierści. Uderzył rękojeścią noża w podstawę czaszki.

Raz. Drugi. Trzeci.

Samica zachwiała się, zawyła i runęła na bok, ogłuszona, nie martwa. Przez chwilę wąwóz pełen był tylko oddechów: ciężkich, wściekłych, zmęczonych, ale jeszcze żywych.

Samiec smugowca próbował się podnieść, ale bark miał uszkodzony. Druga samica szarpała się w lince, wściekła, z pyskiem całym w żwirze. Ta Theiego leżała na boku, drżąc, ale oddychała.

Toyan zsunął się ze ściany i opadł na kolana.

– Nienawidzę cię – wydyszał, wskazując palcem na Theiego.

Thei odpiął z pasa drugą linkę i rzucił ją Gu’the.

– Wiem.

– Nie, nie wiesz, zaprzeczył Toyan, pochylając się nad samcem. – To jest głębo w moim sercu i duszy. To jest czyste. To jest nienawiść, która przeżyje moje kości, moje szczenięta i mój dom.

Gu’the parsknął krótkim śmiechem, choć krew spływała mu po łydce.

– Zamknij się i kończ to – westchnął Thei.

Toyan prychnął, wyciągnął sztylet z buta i wcisnął go głęboko w pysk samca. Po jego dłoni spłynęła krew, samiec zacharczał i znieruchomiał. Thei i Gu’the zrobili podobnie z samicami.

Dopiero wtedy z góry dobiegł spokojny głos.

– Skończyliście?

Cała trójka uniosła głowy. Vay stał na półce skalnej nad nimi. Oczywiście. Bez zadrapania. Bez śladu zmęczenia. Jakby cały czas spacerował sobie po bezpiecznej ścieżce i podziwiał krajobraz.

Toyan powoli wstał. Bardzo powoli.

– Proszę o przyzwolenie na swobodne mówienie, mistrzu – powiedział.

Vay przechylił głowę. Był rozbawiony.

– Zezwalam – rzucił.

– Pierdolę ten trening, ciebie i całą tą planetę – warknął Toyan.

Vay przez chwilę nie poruszył się. Potem rozległ się jego radosny ryk.

– Przyjąłem – rzucił.

Gu’the prychnął. Thei też by się zaśmiał, gdyby nie czuł właśnie, że całe lewe przedramię piecze jak zanurzone w kwasie.

Vay zeskoczył z półki z irytującą lekkością. Podszedł najpierw do smugowców, obejrzał ich czaszki, potem ślady na ziemi, pęknięty występ skalny, wgniecenia po pazurach i miejsce, gdzie Thei zrobił swój idiotyczny manewr ze ścianą. Przy tym ostatnim zatrzymał się na dłużej.

– To było głupie – powiedział.

Thei zacisnął szczęki.

– Wiem.

– Mogła oderwać ci kręgosłup od reszty ciała.

– Wiem.

– I było genialne. Dobra robota.

Thei spojrzał na niego ostrożnie. Vay wskazał na ogłuszoną samicę.

– Wygrałeś. Nie dlatego, że byłeś silniejszy. Nie byłeś. Nie dlatego, że byłeś szybszy. Nie byłeś. Zadziałało, bo wreszcie zauważyłeś, że ona nie goni cię bezmyślnie.

Potem spojrzał na Toyana.

– Ty byłeś przynętą dźwiękową.

Toyan odsłonił kły.

– Bardzo użyteczną przynętą dźwiękową – dodał radośnie Vay.

Veya przeszedł do Gu’the i bez pytania obejrzał jego ranę.

– Płytka.

– Wiem.

– Udawanie głębszej było dobre.

Gu’the skinął głową, ale w jego oczach błysnęła satysfakcja. Vay wyprostował się i dopiero wtedy jego głos stwardniał.

– Zawaliliście podejście. Daliście się wyczuć. Rozproszyliście się. Każde z was próbowało wygrać własną walkę, zamiast polować jako grupa. Gdyby to nie były smugowce, tylko coś jadowitego, coś większego albo coś, co potrafi wspinać się lepiej niż wy, trzech młodych idiotów leżałoby teraz otwartych na kamieniach, a ja wróciłbym wcześniej do domu.

Żadne z nich nie odpowiedziało. Nawet Toyan. Vay kopnął lekko żwir przy śladach smugowców.

– Ale potem zrozumieliście. Wykorzystaliście echo. Przewężenie. Różnicę masy między samcem a samicami. Reakcję stada na ból. Użyliście siebie nawzajem.

Spojrzał na Theiego.

– To było dobre polowanie.

Thei poczuł, jak coś ciężkiego opuszcza mu pierś. Nie duma. Jeszcze nie. Bardziej ulga, brudna i zmęczona. Toyan za to splunął w bok.

– Następnym razem niech Gu’the będzie przynętą dźwiękową.

Vay spojrzał na niego bez cienia rozbawienia.

– Za dobrze wam poszło. Następnym razem pójdziecie bez włóczni.

Wąwóz zamarł. Gu’the powoli zamknął oczy, Thei westchnął, a Toyan uniósł ręce ku niebu.

– Pierdolę. Pierdolę takie treningi!

 

3. zapowiedź

 


Kiedy Maru wróciła do kuchni, w rękach niosła świeżą pościel i koce. Próbowała zapanować nad własnym napięciem – mówiła sobie, że to tylko praktyczne przygotowanie, nic więcej. Denerwowała się jednak bardziej, niż gdy pierwszy raz nocował u niej jej pierwszy były chłopak. Wtedy miała osiemnaście lat, mieszkała z rodzicami, a facet nie był obcym, który poluje na ludzi.

– Kanapa w salonie... – zaczęła cicho, ostrożnie, jakby każde słowo mogło rozjuszyć potężnego łowcę. – Jest szeroka, wygodna. Przygotuję tam posłanie.

Thwei uniósł na nią wzrok, pełen chłodnej niechęci.

– Nie chcę twojej miękkiej klatki.

– Ale tam... tam będzie ci lepiej odpocząć – odważyła się zaprotestować, choć ton głosu zdradzał brak przekonania.

Łowca wstał. Podszedł powoli, ciężko, jego krok brzmiał głucho na drewnianej podłodze. Stanął blisko, zbyt blisko dla jej komfortu, patrząc na nią z góry.

– Nie śpię na miękkim – wycedził. – Miękkie usypia czujność.

Maru poczuła, jak przyspiesza jej tętno, ale nie miała odwagi zaprotestować.

– Strych. – Thwei wskazał głową schody prowadzące na górę. – Tam jest cicho. Tam mnie zostaw.

Spojrzała w stronę schodów. Tam nie było przygotowanego miejsca, tylko stary, zakurzony, duszny strych pełen pudeł i resztek dawno zapomnianych rzeczy. Dla niej nie do wyobrażenia jako miejsce do spania – dla niego? Idealna nora.

– D-dobrze – szepnęła. – Jak chcesz.

Thwei ruszył sam. Ciężkie kroki trzeszczały na starych schodach, gdy wchodził na górę. Maru została w kuchni, wciąż trzymając w ramionach niepotrzebną już pościel. Gdy zniknął jej z oczu, usiadła ciężko przy stole. Położyła głowę na złożonych ramionach. Była wyczerpana. Głowa pulsowała od napięcia, gardło bolało od tłumionych emocji. Ale przynajmniej teraz wiedziała jedno – tej nocy nie zginie.

Na strychu tymczasem Thwei wszedł między kartony, odgarnął część starego brezentu i ciężko usiadł na drewnianych deskach.

Było duszno, pachniało kurzem, starymi tkaninami, suchym drewnem. Ale to było dobre miejsce. Cisza była tu pełniejsza.

Przymknął oczy, opierając się plecami o ścianę. Czuł Cetanu. On też tu był. Obserwował. Ale na razie nie mówił nic. Jak długo jednak miało trwać to jego milczenie? Tego Thwei absolutnie nie wiedział.

I ku szczerości nawet nie wiedział, czy chciałby to wiedzieć.

 

~ * ~

 

It’chi siedział w swoim gabinecie, przeglądając zwoje i systemy. Raporty spływały z jego klanu, w końcu sezon trwał, polowania odbywały się codziennie. Młodzi łowcy walczyli i ginęli, starzy dawali znać rzadko, ale wiedział, że radzą sobie doskonale. Sam It’chi tkwił w domu. Wątpił, by czekało go większe polowanie nim wyprawi wszystkie swoje dzieci na Rytuał.

Łowca westchnął ciężko. Lar’ja i Sir’ka. Dwójka czekała na swoje polowanie przejścia z niecierpliwością i to sprawiało przywódcy Guan równie dużo radości, co powodów do zmartwień. Nie martwił się o nich, na pewno nie o Lar’ję, ale Sir’ka…

Łowca obrócił głowę ku oknu. Wychodziło ono idealnie na bojowy plac, widział więc, jak jego córka pojawiła się tam w dymie, ogniu i złości. Psy przed domem zaczęły szczekać, zatem znów jacyś młodzi łowcy zaczepiali kobietkę lub co gorsze i bardziej prawdopodobne to ona zaczepiła ich.

It’chi westchnął. Nie, nie zareagował od razu, właściwie nie miał ochoty reagować w ogóle. To już nic nie dawało tak naprawdę. Sir’ka była zbyt silna, zbyt indywidualna, zbyt nieposłuszna i zbyt świadoma siebie, by cokolwiek już teraz zmienić.

Na jego komunikatorze pojawił się nowy sygnał i nowa wiadomość. Ui’stbi. Wezwanie do Rady, jeszcze dziś. It’chi zmarszczył brwi. Rada? W środku sezonu polowań? Na Prime nie zostało zbyt wielu starszych łowców, a młodsi nie mieli prawa brać udziału w obradach. Sprawa była zatem dziwna lub bardzo poważna.

It’chi podniósł się, zapiął płaszcz i wyszedł z gabinetu. Jego córka zniknęła, ale nie martwił się o nią. Martwił się raczej o całą pozostałą resztę planety. I bogowie mu świadkiem, modlił się do każdego z nich, by uchował ich dom od ognia, który płonął na zgubę wszystkiemu wokoło.

 

~ * ~

 

It’chi zerknął nieco zaskoczony na Ui’stbi. Czarownik był zachwycony przekazanym właśnie pomysłem, a reszta starszyzny, mocno okrojona z uwagi na sezon polowań, przypatrywała mu się z uwagą.

– Jeszcze jeden Rytuał? – dziwi się Paj’de z Jehdin.

– Tak! – ucieszył się Ui’stbi. – Przygotowania nie potrwają długo. Mamy przecież kilka awaryjnych planet, czyż nie? Nie muszą być węże.

– Węże to tradycja – zauważa niezadowolony T’atou z Ahra.

– Ale nie konieczność – odbija jego argument H’de. – Lordzie Ui’stbi, co skłoniło cię do organizowania narady i kolejnego Rytuału Przejścia?

– Cetanu – odpowiada radośnie czarownik.

It’chi wzdycha ciężko. Cetanu. Oczywiście, że Cetanu. Cokolwiek dziwnego i niepokojącego dzieje się w losach jego klanu przez ostatnie dwie dekady, Cetanu ma z tym wiele wspólnego. Teraz też. Kolejny Rytuał Przejścia oznaczałby, że Lar’ja i Sir’ka jeszcze w tym sezonie mieliby prawo polowań. It’chi wiedział to doskonale, nie dałby rady tym razem odmówić jej uporowi.

– To duże przedsięwzięcie – zauważa ostrożnie Hult’kain.

No tak. Syn Hult’kaina, Hult’ah, najmłodszy, też podchodziłby do polowania. It’chi zastanawiał się, czy Hult’kain też ma obawy ze względu na swoje szczenię, czy może pytanie rodziło się z czegoś innego.

– Ale jest do zrobienia – dodaje przywódca Kiande. – Kiande mają w opiece aktualnie dwie z dwudziestu planet, które nadawałyby się do Rytuału. Służymy terenami łowieckimi.

– Doskonale! – śmieje się Ui’stbi. – Mamy możliwość, a teraz czas na chęć. Głosujmy!

It’chi rozejrzał się po sali obradowej. Nie było tu nawet jednej piątej łowców, którzy w sezonie deszczów decydowali o Prime i losach rasy. Były tu jednak samice, a to oznaczało jedno – głosowanie odbędzie się, a wynik będzie ważny.

– Głosujmy – zadecydował H’de, który dziś pełnił rolę mistrza obrad.

Łowcy podnosili swoje dłonie lub nie ruszali się ze swoich miejsc. Hult’kain uniósł dłoń. It’chi zacisnął szczękę, przypomniał sobie, jak dziś Sir’ka wpadła na plac pełna ognia i dymu. Nie podobało mu się kolejne polowanie. Nie podobało mu się, że będzie musiał odesłać córkę na łowy tak nagle i tak, według niego, wcześnie.

Mimo tego podniósł dłoń. H’de rozejrzał się po wszystkich.

– Zadecydowane! – krzyknął. – Drugi Rytuał Przejścia odbędzie się! Lordzie Hult’kain, zostań, skoro zaoferowałeś swoją planetę, skorzystamy. Lordzie Ui’stbi, proszę abyś poprowadził przygotowania.

Czarownik pokiwał głową z radosnym pomrukiem. Pozostali łowcy wstali i rozeszli się, a It’chi wraz z nimi. Przywódcę klanu Guan czekała teraz rozmowa z dziećmi i bał się, że entuzjazm przysłoni zdrowy rozsądek, a ogień zapłonie zbyt radośnie.

 

~ * ~

 

W kompleksie treningowym Ataira paliło się tylko jedno ognisko. Madaarp siedział przy nim na kawałku kamiennego bloku. Takie kamienie nosili na barkach młodzi w czasie treningów – na skałach było widać ślady po chwycie tam, gdzie pazury wbijały się mocno w skałę.

Madaarp pamiętał, jak sam nosił takie bloki skalne. To było wiele zim temu, ale wciąż miał w umyśle całą wściekłość, jaka nim wtedy targała. Nie rozumiał ni w ząb tego ćwiczenia, gardził metodami Ataira, a mimo to stary mistrz go nie porzucił. Nawet pomimo tego, że w pierwszy dzień ich spotkania Madaarp ukradł mu rytualny zestaw zbroi i broni, Atair zostawił go przy sobie, trenując, wskazując drogę i… właściwie stając się jego ojcem, którego Madaarp tak naprawdę nigdy wcześniej nie miał.

– Odesłałeś młodych?

Madaarp uniósł spojrzenie. Atair. Stary mistrz mimo wieku i postawy skradał się cicho jak kot.

– Tak – potwierdził Madaarp. – Powinni już być w Domu Matek.

Atair skinął głową i usiadł na drugim ze skalnych bloków. Ogień grzał przyjemnie, planeta była cicha, a z Puszczy dobiegało ich nawoływanie nocnych ptaków.

– Rada zarządziła drugi Rytuał – poinformował Atair. – Głosowałem za. Zdagar i Va’sot podejdą do tego Rytuału. Mah’ki i Cau’tau zostają.

– Va’sot się nie nadaje – mruczy Madaarp. – Zginie.

– Zatem taka będzie wola Cetanu – odpowiada zimno Atair. – Va’sot jest tu już trzy sezony. Więcej dla niego nie zrobię. Ty też nie, Madaarp.

Młody łowca nie odpowiedział, ale Atair zauważył, jak zacisnął pięści.

– Ich porażki nie są twoją winą – zauważa Atair. – Nie jesteś ich trenerem. Nikt nie jest. Dajemy im tylko lepszy start, ale sami muszą z nim coś zrobić. Zawsze tak jest, z każdym z nich.

– Mnie to też się tyczyło, mistrzu? – pyta Madaarp.

Atair drgnął lekko. Mikroruch, którego nie zauważyłby nikt, kto Ataira nie znał zbyt dobrze. Madaarp znał go jednak doskonale. Odkąd po kradzieży Atair znalazł go w środku Puszczy przy zapomnianej świątyni Cetanu, Madaarp nie mieszkał nigdzie indziej niż w jego kompleksie treningowym. To nie zdarzało się nigdy wcześniej, by Atair wziął pod swoje skrzydła w pełni jakiegoś młodzieńca, nie zdarzyło się to też nigdy później.

– Nie – mruknął cicho Atair. – Ciebie się to nie tyczyło.

Madaarp nie odezwał się długo, mimo że nerwowo wpatrywał się w ogień.

– Jesteś mój, Madaarp – wyrzucił z siebie w końcu Atair. – Nie jesteś z mojej krwi, ale jesteś mój.

Słowa były krótkie, proste i kosztowały Ataira więcej, niż cokolwiek innego w jego życiu. Ale padły, w końcu padły i nagle między nim i Madaarpem zrobiło się dziwnie lżej i jaśniej.

– Idź spać – polecił w końcu Atair, wstając. – Jutro przeprowadzisz Zdagara i Va’sota przez ostatni trening. Wydasz im zestaw ze zbrojowni. Przyjdę dać im błogosławieństwo. To jeszcze mogę też dla nich zrobić.

 

~ * ~

 

Mój ojciec westchnął, gdy mój pisk rozdarł powietrze w całym domu. Ale niby jak inaczej miałam zareagować, gdy właśnie powiedział mi, że Rada zarządziła kolejny Rytuał i że tym razem, mimo jego obaw i niechęci, będę mogła do niego podejść.

– Jeszcze w tym księżycu? – zdziwił się Lar’ja. – To bardzo mało czasu, ojcze.

Powinno mnie zastanowić to, że mój wiecznie radosny i roztrzepany brat jest teraz niepewny i zamyślony. Nie zastanowiło mnie to. Miałam przejść Rytuał! Pokazać w końcu wszystkim, że mogę tu być, że naprawdę należę do yautja. Po Rytuale mogłam w końcu zmierzyć się z Thwei’m jak równy z równym. Po Rytualne mogłam… mogłam z Hult’ahem… w końcu…

Nie wiedziałam, czy ojciec podejrzewał, o czym myślę, czy może był po prostu jak zawsze o wszystko zmartwiony. Jego wzrok utkwił we mnie.

– Sir’ka, wystarczy – zamruczał cicho.

Stanęłam przed nim spokojniej, chociaż w środku ogień szalał z radości. Na zewnątrz nieco też, bo powietrze falowało od ciepła.

– To nie jest zabawa, Sir’ka – zauważył spokojnie ojciec. – To Rytuał. Wiesz, co to oznacza?

– Ojcze… – zaczęłam.

– Jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, zginiesz lub co gorsza cię wygnają, a wraz z tobą nas – zauważył ojciec. – Spoczywa na tobie los całego klanu, córko. Czy rozumiesz, co to oznacza?

Odetchnęłam. Ogień uspokoił się, ciało zrobiło się zimniejsze.

– Rozumiem, ojcze – zapewniłam.

– Dobrze – odpowiedział. – Rytuał zacznie się za siedem obrotów. Ćwiczcie, odpoczywajcie i módlcie się. Wszystko będzie wam potrzebne.

 

2. pakt

 


Maru wpatrywała się w łowcę z dziwną mieszanką zainteresowania i strachu. Thwei pochłonął już całego kurczaka, którego miała upiec jutro, na niedzielę. Teraz zabierał się za zamrożone kawałki wołowiny. Kobieta martwiła się przez chwilę, że gdy zabraknie jej zapasów, jedynym dostępnym mięsem będzie ona.

Młody Kiande widoczne zaspokoił swój głód tym, co miała kobieta w lodówce i zamrażarce. Otarł szczęki ramieniem, rzucił Maru niezadowolone spojrzenie i zerknął na swoje ramię – było lepkie od krwi, Thwei czuł tkwiący między mięśniami pocisk. Gdyby miał sprzęt, plecak i podstawową apteczkę, opatrzyłby to w ciągu chwili. Teraz nie bardzo miał wyjście, jak po prostu sobie z tym radzić.

Gdy wstał, Maru skuliła się momentalnie na krześle. Była przerażona łowcą. Nic dziwnego – Thwei był potężny, silny, wściekły, a ona jeszcze kilkanaście godzin temu eksperymentowała na nim jak na doświadczalnej myszy. Role się odwróciły – teraz on miał ją w garści.

Problemem było tylko to, że oboje w garści miał też Cetanu.

Thwei zerknął na całą kuchnię. Jasne blaty, jasne szafki. Wszystko było białe, szare lub czarne, sterylne i pozbawione życia. Jego kamienno-metalowa kuchnia z rodzinnego domu była bardziej… brudna. Żywy ogień zawsze palił się tam w palenisku, a regały wypełnione były jedzeniem. Tutaj wydawało mu się, że nie ma nic.

Łowca dotknął jeszcze raz ramienia. Mógł to rozedrzeć pazurami, wyciągając pocisk, ale wtedy miałby problem z dużą i krwawiącą raną. Mógł zostawić pocisk i męczyć się później z naderwanymi mięśniami i niepewnymi ruchami. Przeklęci ludzie! Żeby nie mieć jednego ostrza w zasięgu wzroku we własnym domu…

– Mogę… mogę się tym zająć.

Thwei uniósł swoje spojrzenie.

– Ty? – parsknął.

– Opatrzę cię, jeśli… mnie nie zabijesz – wyszeptała.

Thwei zmrużył tylko oczy. Gdy podszedł do Maru, kobieta skuliła się na miejscu. Stał nad nią przez kilka uderzeń serca. Milczał. Patrzył na drobną kobietę skuloną na krześle, z dłońmi zaciśniętymi na krawędzi siedziska, z oczami wlepionymi w jego twarz. Oddychała płytko, zbyt szybko. Był w stanie wyczuć zapach jej strachu – ciepły, duszny, słodkawy. Tak pachniały świadome końca ofiary, zanim padły.

Zacisnął szczęki.

– Skąd pewność, że cię nie zabiję po tym, jak mnie opatrzysz? – warknął cicho, niskim, twardym głosem.

Maru przełknęła ślinę.

– Bo… macie kodeks honorowy – wyszeptała. – Kodeks łowców.

Thwei wyprostował się nieco, jakby odruchowo, na dźwięk tych słów.

– Skąd przeświadczenie, że kodeks cię ochroni – prychnął, z niechęcią, ale i odrobiną czujnej ciekawości.

– Bo was badaliśmy – przyznała cicho. – Studiowałam was. Twoich pobratymców. Nie mam broni i… chcę pomóc.

Łowca zawahał się jeszcze chwilę. Potem mruknął cicho coś pod nosem – Maru nie znała tych słów, ale ich ton brzmiał jak przekleństwo. Gdyby Hult’kain usłyszał, jak jego syn mówi, zbeształby go jak mało kiedy. Słowo było paskudne, ale też dosadne.

W końcu Thwei odsunął się o krok.

– Próbuj – mruknął z niechęcią, siadając na drugim z krzeseł. Drewno zaskrzypiało cicho pod ciężarem łowcy.

Maru ostrożnie wstała. Wyminęła go, trzęsąc się lekko. Wyciągnęła z jednej z szafek niewielką apteczkę – dobrze zaopatrzoną. Zbyt dobrze jak na zwykły, ludzki dom. Idealnie jak na kogoś, kto na co dzień kroił obcych w sterylnym, świetnie oświetlonym laboratorium.

– Nie ruszaj się – poprosiła. – I obróć. Do mnie.

Thwei posłuchał – nie dlatego, że musiał, ale dlatego, że pozwolił jej wierzyć, że ma jakąkolwiek kontrolę nad sytuacją.

– Rana nie wygląda źle… – zaczęła ostrożnie. – Pocisk utkwił płytko. Mam nadzieję, że nie uszkodził włókien nerwowych. Twoja regeneracja i tak pewnie już zrobi swoje, ale trzeba wyjąć to teraz, zanim zacznie zarastać.

Thwei nie skomentował. O tym samym myślał jeszcze kilka minut temu i tylko ze względu na wszelkie niedogodności, jakie pozostawienie rany samej sobie mogło spowodować, pozwolił Maru się tym zająć. Obserwował ją, jak pochyla się nad raną, dezynfekuje skórę, jak palce delikatnie rozchylają brzegi mięśnia.

Gdy wbiła metalowe kleszcze i zaczęła szukać pocisku, jego mięśnie napięły się mimowolnie. Czuł każdy ruch, każdy fragment metalu drażniący tkanki. Maru przełknęła ślinę – dłoń jej drżała. Bała się, mimo że Thwei nie targnął się ani do ataku, ani do obrony. Obserwowała nie tylko ranę, ale też delikatnie zaciskające się palce łowcy.

– Jeszcze chwila – wyszeptała, bardziej do siebie, niż do niego. – Prawie mam…

Pocisk wysunął się na powierzchnię. Mały, zdeformowany kawałek metalu, zielony od neonowej krwi yautja.

– Gotowe – powiedziała, pozwalając sobie na szybki oddech ulgi. – Teraz opatrunek.

Thwei obserwował ją uważnie do samego końca. Kiedy skończyła i zaczęła chować narzędzia, dopiero wtedy się odezwał:

– Dziś nie umrzesz – wymruczał niechętnie, złym, zmęczonym tonem. – Nie z mojej ręki.

W ciszy, jaka zapadła, oboje wiedzieli jedno: ich układ wcale nie oznaczał końca tej gry.

 

~ * ~

 

Hult’ah przesunął trzymany w zębach kawałek suszonego mięsa o kilka centymetrów, żując kolejny fragment w całkowitym skupieniu. Jego palce przesuwały się po holograficznej klawiaturze, wywołując nowe kody w systemie do jednej z części maszyny, której nie potrafiłam tak naprawdę nawet nazwać. Kompletnie nie zwracał na mnie uwagi, pochłonięty kodowaniem na tyle, że nawet czasami zapominał żuć.

Gdy dotknęłam jego ramienia, nie zwrócił na to większej uwagi. Dopiero gdy moja ręka wsunęła się na jego kark, drgnął nieznacznie, jakby właśnie uświadomił sobie, że nie jest sam. Mimo to nie odwrócił się od razu. Mięsień pod moimi palcami napiął się lekko – wiedziałam już, że nie koduje, nie tak, jak wcześniej. Przełknął też resztę mięsa, które miał w ustach i zacisnął szczęki.

– Co robisz? – zapytałam cicho, zbliżając się nieco bardziej i zerkając przez jego ramię na rozświetlony interfejs. – Wygląda… poważnie.

– Bo jest poważne, paskudo – mruknął bez większych emocji, chociaż pod moimi palcami jego mięśnie wciąż wyczuwalnie się napinały. – System zasilania szwankuje. Jeśli nie zaktualizuję kodu sterującego filtracją energii, to mogę pożegnać się z osłonami przy pierwszej burzy energetycznej.

Mruknęłam tylko w odpowiedzi. Nie miałam pojęcia, o czym mówi. Znaczy – miałam, na tyle, żeby wiedzieć, że chodzi o jego statek, ale nie na tyle, by się w to wtrącać. To nie była moja dziedzina. Tak samo zresztą, jak cierpliwość – chciałam wyjść, a wiedziałam, że zajęty pracą Hult’ah nie da się wyciągnąć do Puszczy tak łatwo.

– To długo potrwa? – zapytałam mimo wszystko, przesuwając palce delikatnie po jego karku.

– Sir’ka… – westchnął, po raz pierwszy naprawdę reagując; głos miał niski, lekko zmęczony, ale idealnie wyczułam też coś jeszcze w tym niespokojnym, chrapliwym tonie. – Jeśli próbujesz mnie rozproszyć, to ci się udało. Ale jeśli chcesz mi pomóc, to musisz się albo odsunąć, albo...

Zamilkł w pół zdania. Jego bark uniósł się lekko, jakby nie był pewien, jak dokończyć. Jakby chciał strącić moją dłoń z siebie przez krótki moment, ale w ostatniej chwili zdecydował, że nie, nie zrobi tego.

– Albo? – szepnęłam, przesuwając dłoń niżej, do miejsca, gdzie kark przechodził w linię jego pleców. – Słucham, Hult’ah.

W końcu się odwrócił. Jego spojrzenie było pełne niecierpliwości, której na co dzień nie miał dla nikogo – poza mną. I chociaż nadal wyglądał, jakby próbował zachować spokój, znałam go już na tyle dobrze, by wiedzieć, że wewnątrz się w nim gotuje. Ja zresztą czułam nie mniej, niż on.

– Albo zostań – powiedział w końcu, łapiąc moją dłoń i odsuwając ją nieco od siebie. – Tylko nie przeszkadzaj.

Uśmiechnęłam się, tym razem nieco bardziej złośliwie. Przesunęłam się, by usiąść bliżej niego, tak blisko, że czułam ciepło jego ciała przy swoim ramieniu. Zerknął na mnie krótko i westchnął, wracając do kodowania. Z tej strony widziałam na hologramie, jak kolejne znaki pojawiają się w odpowiednich sekwencjach, które rozumiał pewnie tylko on.

Nie odzywałam się przez kilka minut. Naprawdę próbowałam nie przeszkadzać, tak, jak prosił. Ale Hult’ah był... paskudnie nudny, kiedy skupiał się na czymś technicznym. Miał też wtedy tę swoją minę: ściągnięte brwi, napięcie w szczękach i absolutne zero uwagi poświęcanej czemukolwiek poza kodem.

Najpierw tylko się wierciłam. Od niechcenia, ale wystarczająco, by delikatnie trącać go biodrem. Potem zaczęłam machać nogą w powietrzu. Wciąż nic. Kolejne ciągi danych pojawiały się na ekranie, a jego palce śmigały po hologramie jakby on sam był częścią maszyny.

Westchnęłam teatralnie. Wciąż nic.

– W tym tempie odgryziesz mi nogę, zanim skończę aktualizację – zauważył w końcu sucho, nawet nie spoglądając w moją stronę.

Prychnęłam, ale nie zamierzałam się poddawać. Wsunęłam rękę pod jego ramię i położyłam dłoń na jego brzuchu, tuż nad pasem. Wstrzymał oddech na sekundę – zwycięstwo! – ale zaraz potem opuścił ręce i spojrzał na mnie z taką napiętą cierpliwością, którą mógł mieć tylko on.

– Sir’ka… – powiedział bardzo spokojnie, przyciskając palce jednej dłoni do skroni. – Czy ty właśnie próbujesz mnie doprowadzić do szału?

– Nie – odpowiedziałam z niewinnym uśmiechem, szczęśliwa, że w końcu oderwał się od swojej pracy. – Ja cię próbuję zabrać do Puszczy.

Westchnął.

– Nie mam czasu na Puszczę – wymruczał. – Muszę skończyć ten…

Oparłam się o niego i zbliżyłam tak, że patrzyłam mu prosto w jego oczy, mając go tuż przed sobą. Widziałam w jego spojrzeniu to znajome napięcie – walczył ze sobą i doskonale wiedziałam, że przegrywa tę walkę z kretesem.

– Albo wstaniesz teraz, albo naprawdę się rozbiorę i położę na tych twoich kodach – powiedziałam cicho, niemal rozbawiona. – I wtedy już na pewno nie dokończysz.

Hult’ah zamruczał głęboko i z całkowicie wyczerpanym gestem odsunął się od terminala. Jego pazury zamknęły interfejs jednym ruchem, a kiedy wstał, miał minę, jakby właśnie zdecydował się rzucić na tura bez zbroi.

– Na Paya, Sir’ka – mruknął. – Masz w sobie więcej chaosu niż trzy burze razem wzięte.

– Ale jestem ładniejsza – przypomniałam mu radośnie.

– Sporna kwestia, paskudo – odburknął, zapinając metalowe osłony na ramiona. – Rusz się. Jak wrócimy, to i tak będę musiał wszystko zrobić od nowa.

Uśmiechnęłam się szeroko.

– Puszcza! – zawołałam triumfalnie, ruszając w stronę wyjścia.

Za moimi plecami usłyszałam jego niski pomruk, ale i tak poszedł za mną. Zawsze szedł – czasami po prostu musiałam starać się bardziej.

 

~ * ~

 

Cisza dusiła coraz bardziej.

Thwei nie wytrzymał.

– Wiesz... – zaczął nisko, przeciągając słowa. – Najchętniej rozerwałbym cię na strzępy już pierwszej nocy w twoim laboratorium.

Maru wzdrygnęła się, ale nie odwróciła wzroku. Zacisnęła palce na brzegu krzesła, jakby tylko to trzymało ją jeszcze w miejscu.

– Tak – odpowiedziała cicho. – Wiem.

– Napawałaś się tym, co robicie. Cięliście mnie, wstrzykiwaliście, szukaliście... odpowiedzi. – W jego głosie była wściekłość, ale i coś jeszcze: głębszy, palący wstyd. – Jak zwierzęciu. Jak maszynie.

Maru odetchnęła ciężko, głos jej zadrżał.

– Myślisz, że tego nie widzę? Że sobie to wybaczyłam?

– Nie widzę, żebyś próbowała. – Thwei wstał. Jego cień przesunął się po ścianie, czarny i rozciągnięty. – Nadal tam pracujesz. Pewnie nadal szukają mnie. Albo mnie podobnych.

– Bo inaczej mnie zabiją! – wyrzuciła z siebie w końcu. Głos jej się załamał. – Myślisz, że mam wybór? Chcesz wiedzieć, ilu z nas zginęło, bo próbowali przestać?! Chcesz wiedzieć, ilu było „niepotrzebnych świadków”?!

Thwei zatrzymał się. Czuł, jak jego serce wali mocniej.

– Jesteś tchórzem – syknął, wskazując na nią palcem. – Więc teraz siedzisz tu, płaczesz i liczysz na litość.

– Próbuję przeżyć! – krzyknęła. – Tak jak ty!

Słowa zawisły w powietrzu, twarde i gorące. Patrzyli na siebie, ciężko oddychając. Thwei zbliżył się, niebezpiecznie blisko.

– Nie porównuj nas. – Głos miał już niemal jak szept, ale każde słowo cięło jak nóż. – Ja nie jestem tobą.

Maru przełknęła ślinę. Oczy błyszczały jej w słabym świetle.

– Może nie. Ale oboje tu tkwimy – wyszeptała, odwracając od niego spojrzenie. – Ty przez Cetanu. Ja przez ciebie.

Mijały kolejne sekundy. Thwei w końcu odwrócił spojrzenie. Odsunął się powoli, ciężko oddychając przez zaciśnięte zęby. Spojrzał na ściany – były czyste, bez najmniejszego śladu, że coś było nie tak, ale Thwei wiedział, że gdyby przyszło co do czego, pokryłyby się czarnym ogniem boga śmierci. Ta zapora nie była czymś, z czym mógł mierzyć się jakikolwiek łowca.

– Ten dom… – warknął. – Jesteśmy tu uwięzieni. I żadne z nas nie wyjdzie, dopóki Cetanu tego nie zechce.

Maru skinęła lekko głową, czując dziwną ulgę, że wreszcie padły jakiekolwiek słowa.

– Nie zabijesz mnie? – zapytała cicho.

Thwei skrzywił się, ale nie zaprzeczył, ani nie potwierdził niczego.

– Potrzebuję sprzętu – wycedził w końcu. – Sprzętu i statku.

Maru spojrzała na niego, z wahaniem, ale i z myślą, która powoli zaczynała kiełkować w jej głowie. W końcu wypowiedziała to, o czym myślała:

– Jeśli pomogę ci go odzyskać – zaczęła ostrożnie – będziemy mieli większą szansę przeżyć oboje.

Thwei zamruczał z niechęcią. Nie podobał mu się ten układ. Nie podobałaby mu się żaden układ, w który musiałby wejść z człowiekiem. Mimo to wiedział, że bez sprzętu i statku jest właściwie bezbronny i w bardzo, ale to bardzo beznadziejnej sytuacji.

– Dobrze. – Skinął głową powoli. – Pomagasz mi dostać się do sprzętu. Za to żyjesz. Na razie.

– Na razie – powtórzyła cicho, ściskając ramiona.

Znów zapadła cisza. Nie była już jednak tak dławiąca, tak beznadziejnie napięta. A potem... coś się zmieniło.

Cichy szmer przeszedł przez ściany domu. W wentylacji znów usłyszeli znajome, jednostajne bzyczenie. Gdzieś w kuchni włączył się chłodzący agregat lodówki. Zgaszone wcześniej panele na suficie rozbłysły jeden po drugim, przywracając równomierne, miękkie światło.

Systemy wróciły.

Maru wciągnęła gwałtownie powietrze, jakby dopiero teraz mogła znów oddychać pełną piersią. Spojrzała na migające przez chwilę kontrolki na panelu ściennym. Wszystko wracało do normy.

Thwei, stojąc nadal na środku kuchni, z warkotem uniósł głowę, patrząc w stronę sufitowych świateł. Cetanu przestał ich trzymać w zamknięciu, ale nie dlatego, że zrezygnował. Po prostu usiadł wygodnie w cieniu, czekając, co zrobią dalej.

Łowca oparł się ciężko o blat. Czuł, jak zmęczenie osiada mu na barkach, wciska się pod skórę, spowalnia ruchy. Był zły. Zły na siebie, na kobietę, na Cetanu, na bogów i na to, że musiał przyjąć ten układ. Był też zły na swój stan – ciało wołało o wypoczynek.

– Odpocznij – rzucił w końcu, nie patrząc na Maru. – Jutro pomówimy o planie.

– Ty też powinieneś – odpowiedziała cicho.

Spojrzał na nią kątem oka. Jeszcze niedawno jej obecność była dla niego wyłącznie zagrożeniem. Teraz – czymś nieznośnie nieuniknionym. Przez chwilę Thwei stał tak w milczeniu – oboje byli wyczerpani, każdy na swój sposób. W końcu Maru drgnęła na krześle.

– Przygotuję ci miejsce. – Jej głos był cichy, ostrożny, niemal ugodowy. – Potrzebujesz snu bardziej niż ja.

Nie odpowiedział. Pozwolił jej wierzyć, że może decydować o czymkolwiek. W tej chwili nie miał siły na cokolwiek innego. Gdy wyszła na chwilę do sąsiedniego pokoju, przemykając się w strachu, opadł na krzesło, masując kark.

Cetanu go tu zatrzymał. Ale nie po to, żeby go zabić. Bóg śmierci nie chciał jeszcze jego życia. Nie teraz. Zatem czekało go zapewne o wiele, wiele cięższe zadanie.

 

1. dom Żywii

 


Brak statku stanowił poważny problem. Brak sprzętu – właściwie był jeszcze gorszy. Thwei nie miał możliwości ani kontaktu z Prime, z klanem lub z ojcem, ani z innymi łowcami, którzy przylecieli szukać szczęścia na Ziemi. Wpatrzony w puste miejsce po Eve nie bardzo wiedział, jak sobie z tym problemem poradzić.

Statek był niewielki, ale po śladach wokoło młody łowca widział, że ludziom jego przeniesienie musiało sprawić pewne problemy logistyczne. Ziemia naznaczona była bruzdami po kołach ich pojazdów. Wywieźli go. Thwei był ciekaw, czy zdołali się dostać już do środka, czy zaawansowane, hermetyczne i elektroniczne zamykane drzwi pozostały dla nich zagadką.

Nie mając za wiele możliwości, ruszył śladami przez las. Wiedział, że musi działać szybko. Skoro on wrócił po statek, ludzie mogli pomyśleć o tym samym.

Pomysł był dobry, ale wykonanie okazało się o wiele trudniejsze. O ile na miękkiej ziemi w lesie tropienie nie przysparzało żadnych problemów, o tyle na dziwnie twardej, czarnej nawierzchni ślady po prostu urywały się.

Thwei parsknął z niechęcią – potrzebował nowego planu.

 

~ * ~

 

It’chi pozostawił swój statek przy kompleksie treningowym Ataira. Trener pożegnał się krótko z przyjacielem i zniknął w murach, a po chwili słychać już było jego ostry głos, poprawiający młodzież w trakcie ich ćwiczeń. It’chi parsknął tylko krótko śmiechem na ten znak.

Wrócił wcześniej, a mimo to śpieszył się, by odebrać córkę. Zostawił ją u H’de, wiedząc, że dowódca wojsk jest jednym z tych yautja, którzy są w stanie przynajmniej trochę opanować kobietę. Miał nadzieję, że Sir’ka nie uciekła i nie narobiła problemów.

Do Górnego Miasta dotarł po dłuższej chwili. Zameldował zakończenie swojej misji i skierował się prosto do koszar. Biuro H’de było jednak puste.

- Lord H’de jest na halach treningowych – poinformował go jeden z żołnierzy. – Symulatory.

It’chi skinął głową w podziękowaniu, a potem skierował się na hale. Ogromne korytarze łączyły się ze sobą, a każdy był niesamowicie zatłoczony. Ćwiczyli zarówno młodzi yautja po Rytuale, jak i ci, którzy przystąpić do takowego dopiero mieli. Na nieco mniejszych salach starsi łowcy ćwiczyli pokazowe pojedynki, a czasami walczyli też o nieco więcej. It’chi nie przebywał tu już zbyt często.

Gdy dotarł do sal symulacyjnych, zaskoczył go tłum. Łowców było wielu, a większość stanowiła starszych, elitarnych przedstawicieli yautjańskiej rasy. Wielu z nich tłoczyło się przy jednym z hologramów. It’chi rozpoznał zasłużonych żołnierzy i strategów, którzy stali przy Sain’ji.

- To się nie uda! – usłyszał. – Pięć drużyn? Na taki teren?

Kilka innych głosów poparło starego stratega. W tym czasie It’chi przedarł się przez tłum, z trudem przeciskając się między ciężko uzbrojonymi i wyjątkowo podnieconymi wojownikami. Kiedy stanął bliżej, ujrzał centrum sali: ogromny, aktywny hologram przedstawiał teren – gęstą dżunglę rozdartą wąwozami, z kilkoma zapadniętymi ruinami i nieoznaczonymi punktami, w których coś wyraźnie pulsowało. Obok projekcji, z rękami założonymi na piersi, stał H’de… a tuż przed nim, na lekko uniesionej platformie, Sir’ka.

Dziewczyna patrzyła wprost na zgromadzonych dowódców, jakby byli równi jej, a nie trzy razy więksi i dziesięć razy bardziej doświadczeni.

– Nie pięć drużyn – powiedziała spokojnie, wskazując jeden z punktów hologramu. – Trzy. Czwarta jako zabezpieczenie logistyczne, piąta tylko jeśli sytuacja eskaluje.

W sali zapanowała chwila ciszy. Sir’ka nie podniosła głosu, ale mówiła z pewnością, jakby wygłaszała wyrok. Palcami przeciągnęła po powietrzu, aktywując nową sekwencję.

– Przeciwnik nie oczekuje zmasowanego wejścia z trzech punktów – kontynuowała. – Ale liczy na oskrzydlenie. Dżungla tu – wskazała – jest zbyt gęsta, żeby przejść pełnym oddziałem. Zwiadowcy dadzą sobie radę. Wystarczy, że będą dobrze wyszkoleni i zamilkną na czas.

– A zapasy? – zapytał szorstko jeden z dowódców. – Zwiadowcy nie uniosą dość zasobów, jeśli zostaną odcięci.

– Dlatego trzecia drużyna nie wchodzi na pole. Stacjonuje na wzgórzu i dystrybuuje zapasy z dronów. Krótkie zrzuty. Szybkie, dokładne, bez potrzeby ryzykowania całym transportem.

It’chi patrzył, jak jego córka prowadzi ich przez symulację. H’de, stojący z boku, obserwował wszystko z wyraźnym zadowoleniem. Gdy Sir’ka zbliżyła się do końca prezentacji, hologram ukazał zapętlony manewr uniku, zasadzkę w wąwozie i pozorowany odwrót. Na koniec wyświetlił krótki raport o minimalnych stratach i pozytywnym zakończeniu misji.

Na sali panowała cisza. Nawet Sain’ja, stojący nieco z tyłu z rękami skrzyżowanymi na piersi, milczał. W końcu odezwał się H’de:

– To propozycja Sir’ki. Zgodziłem się, żeby sprawdziła się w symulacji. Przeszła ją trzy razy z wynikami lepszymi niż którykolwiek z nas.

Wśród starszyzny rozszedł się pomruk. Nie był to zachwyt, ale też nie kpina. Było w nim coś... z uznania i buntu. Doświadczeni i starzy yautja nie chcieli wierzyć, że ta obca, ludzka kobieta, młoda i niedoświadczona, poradziła sobie w symulatorze lepiej, niż oni sami.

Sir’ka odetchnęła tylko i wycofała się, stając przy H’de. Jej spojrzenie omiotło salę, aż zatrzymało się na postaci ojca.

- Ojcze… - wyszeptała cicho.

W jednej chwili stała przy H’de, a w następnej znajdowała się przed It’chim. Przywódca Guan spojrzał na kobietę z uwagą.

- Nudziłaś się? – zapytał ostrożnie.

- Nie, lord H’de znalazł mi zajęcie – wyznała, pokazując hologram za sobą.

- Widzę właśnie. – It’chi uniósł swoje spojrzenie, a po chwili również dłoń. – H’de. Nie sądziłem, że zabierzesz ją tutaj.

- Ja też nie – odparł żołnierz, podchodząc do dwójki. – Powinieneś nauczyć ją większej szczerości. Powiedziała, że nigdy nie przerabiałeś z nią strategii wojennej.

It’chi zamrugał nieco oczyma.

- Bo nie przerabiałem – odpowiedział. – Czemu o tym wspominasz?

H’de zmarszczył brwi i skinął ręką, wychodząc z salki.

- Przerobiła każdą symulację, jaką jej podłożyłem – zauważył. – Bezbłędnie. Jak, skoro nic jej nie pokazałeś?

It’chi nie odpowiedział, ale spojrzał z uwagą na swoją córkę.

- Sir’ka…

- Ja… - zaczęła niepewnie. – Właściwie…

- Skąd to potrafisz, Sir’ka? – zapytał It’chi.

Kobieta odetchnęła tylko.

- Nie wiem – wyznała. – Czasami…

Sir’ka spuściła wzrok, jakby szukała odpowiedzi na podłodze pod własnymi stopami. Na moment zamilkła, dłonie splotła nerwowo przed sobą. Wokół panowała cisza – ciężka, wyczekująca, a spojrzenia dwóch wojowników wbijały się w nią z siłą, której nie potrafiła zignorować.

– Czasami… – zaczęła znów cicho, z wahaniem. – Czasami, kiedy patrzę na mapę… wszystko układa się samo. Jakby ktoś mi to już kiedyś pokazał. Jakby… jakbym to pamiętała. Ale nie pamiętam.

H’de zmarszczył jedynie brwi. It’chi nie odpowiedział. Nie musiał, takie słowa mroziły jego serce i duszę, ale jednocześnie spodziewał się ich. Sir’ka była wyjątkowa, dana im przez bogów – zaskakiwała ich każdego dnia czymś nowym.

- Zabiorę ją do domu – zarządził It’chi, układając rękę na ramieniu kobiety. – H’de. Dziękuję za opiekę.

- To była przyjemność. – Łowca skinął głową. – O dziwo.

 

~ * ~

 

Drzwi zaskrzypiały cicho, jakby niechętnie otwierając się przed właścicielką. Żywia Maru westchnęła ciężko i weszła do środka, zrzucając torbę na pobliską szafkę i opierając się plecami o drzwi, które zatrzasnęły się za nią z cichym, elektronicznym kliknięciem. Wokoło panowała cisza.

Ten dom zawsze witał ją ciszą. Nie było tu głosów, kroków, rozmów – tylko szum chłodzenia, delikatne tykanie zabezpieczeń i pulsujący w ścianach rytm energooszczędnych systemów. Technologiczny komfort maskujący samotność.

Maru zdjęła buty, przeszła po ciemnych panelach kuchni i włączyła światła. Miękkie, bursztynowe – takie, jakie lubiła. Nie męczyły jej oczu, które po tylu godzinach wpatrywania się w ekranie miały dość wszystkiego. Lodówka odpowiedziała cichym brzęczeniem, kiedy sięgnęła po wodę. Gardło bolało od zbyt wielu godzin mówienia do ludzi, którzy nie chcieli słuchać, i do istoty, która nigdy nie musiała nic mówić, żeby rozumieć zbyt wiele.

Żywia zamknęła oczy, oparła się o blat i westchnęła.

Ten łowca… Od jego ucieczki laboratorium było inne. Inni byli ludzie. Mniej rozmowni. Bardziej nerwowi. A ona…? Ona wciąż myślała.

Miała przed oczyma jego spojrzenie – nieruchome, przenikliwe. Wspominała drganie jego mięśni, gdy odczyty krzyczały o wzroście temperatury, o przeciążeniu, o przemianie. Przypominała sobie jego spojrzenie tuż przed ucieczką – i ten jej własny strach. A potem bunt, gdy przyznał, że chce ją zabić.

Westchnęła i sięgnęła po szklankę, ale nim zdążyła upić łyk, coś się zmieniło. Było zbyt cicho.

Drzwi na piętro… czy naprawdę zostawiła je niedomknięte? Nie pamiętała. Rzuciła okiem na panel przy drzwiach – żadne naruszenie. Nic podejrzanego. Ale instynkt – ten, który obudził się, gdy pierwszy raz Thwei spojrzał jej prosto w oczy – podpowiadał coś innego.

Żywia odstawiła szklankę i weszła powoli po schodach, a każdy krok ważył więcej niż powinien. Dom nie wydawał się już znajomy. W przedpokoju piętra powietrze było inne – gęstsze. Jakby ktoś w nim oddychał przed chwilą. Jakby ktoś…

Kobieta zatrzymała się. Drzwi do gabinetu były uchylone. Przecież zamykała je. Zawsze je zamykała.

Jej drżąca dłoń sięgnęła do panelu przy framudze. Ekran rozbłysnął – brak ostatnich aktywności. Ale to nie była prawda. Wiedziała to. Czuła.

Wciągnęła powietrze. I wtedy z ciemności dobiegł szept – niski, gardłowy, znajomy jak echo własnego błędu:

– Wiesz, gdzie jest mój statek. Prawda, Maru?

Żywia odwróciła się natychmiast. Spod okna, z ciemności w rogu wyłonił się ten łowca, którego złapali i któremu udało się uciec kilka godzin wcześniej. I, patrząc w jego oczy, Maru stwierdziła, że nie jest on w ogóle zadowolony.

Thwei tymczasem z ponurym pomrukiem zbliżył się znowu do kobiety. Widział idealnie, jak bardzo się go bała. Widział… przez moment nawet widział ją podwójnie. A potem potrójnie. Gdy wstrząsnął głową, obraz wyrównał się, ale w jego głowie pojawiło się dziwne uczucie.

Jego kolejny krok sprawił, że Żywia jęknęła jedynie, cofając się, jednak przestrzeń była naprawdę niewielka i kobieta uderzyła plecami o ścianę.

– Nie… - wyszeptała cicho.

Thwei wstrząsnął swoją głową i z dziwnym, gardłowym pomrukiem zrobił kolejny krok.

– Proszę… nie rób mi krzywdy – jęknęła cicho Żywia.

Łowca warknął raz jeszcze, tym razem głośniej. Żywia załkała raz i zsunęła się po ścianie. Thei zrobił jeszcze jeden krok, ale nim Żywia zaczęła panikować całkowicie, łowca po prostu zwalił się jak długi na podłogę.

Kobieta z przerażeniem patrzyła na jego nieruchome ciało, a gdy minuty mijały, a łowca nie podniósł się, Żywia odetchnęła, szeroko otwartymi oczyma wpatrując się w obcego.

– No to pięknie – skwitowała w końcu.

 

~ * ~

 

Gdy Thwei ponownie otworzył oczy, jego głowa pulsowała nieprzyjemnie. Z niezadowolonym pomrukiem łowca przycisnął palce do skroni. To, o dziwo, pomogło – ból minął, minęły też dziwne zawroty i ta śmieszna mgła, jaka pojawiała się przy aplikacji środka znieczulającego. Łowca odetchnął głęboko i otworzył oczy.

Siedział na drewnianej podłodze, a w pomieszczeniu panował półmrok, rozświetlany jedynie ciepłym światłem z jednej lampy w rogu. Łowca zamrugał oczyma, starając się przypomnieć, gdzie jest. W końcu pamięć wróciła. Wytropił tę cholerną Maru, udało mu się nawet wtargnąć do jej domu, ale potem… potem nagle jego krew przestała wrzeć, ogień go opuścił, a wraz nim – jego siły, jego złość i jego świadomość.

 Thwei wstrząsnął głową. Gdy jednak próbował się podnieść, mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa. Czuł się osłabiony, jak po długim biegu na ścieżce mistrza Taya. Przerobionej pięć razy pod rząd. Z pełnym wyposażeniem.

Nim jednak Thwei spróbował ruszyć się ponownie, cichy głos rozległ się gdzieś z jego lewej:

- Jesteś… jesteś osłabiony. Nie jadłeś nic, odkąd cię złapaliśmy, a od wczoraj nie masz podawanej glukozy ani płynów.

Thwei parsknął niechętnie i zerknął w bok. Żywia Maru. Kobieta siedziała na krześle, wpatrując się w niego z uwagą. Wydawała się nieco przerażona, odchyliła się też nieco w krześle, jakby podświadomie chciała zwiększyć dystans między sobą, a łowcą. Jej ręce były zaciśnięte na udach. Bała się i mimo tego wciąż tu siedziała.

- Dlaczego tu jeszcze jestem? – zapytał, pocierając kark ręką. – A nie w twoim laboratorium?

Żywia nie odpowiedziała od razu. Jej spojrzenie wydawało się zagubione i niepewne.

- Chciałam zadzwonić po nich, ale… telefon… właściwie… wszystkie systemy nagle padły. Ty to zrobiłeś?

Thwei zmrużył nieco oczy. Dom wydawał się mu teraz cichy. Nie słyszał bzyczenia w ścianach, elektronika milczała i tylko ta jedna, mała lampa świeciła się bursztynowym, ciepłym światłem.

- Nie – wyznał cicho.

- Chciałam wyjść z domu, ale… zamki są elektroniczne – wyszeptała. – Szkło jest pancerne i… nie mam pojęcia, jak się tu dostałeś, ani co się dzieje.

Thwei odetchnął i podniósł się wolno. Maru skuliła się bardziej na swoim krześle, szeroko otwartymi oczyma obserwując jego potężną sylwetkę. Thwei odetchnął głęboko i oparł się jedną ręką o ścianę. Czuł się wyczerpany. Maru mogła mieć rację – musi napić się, zjeść i dopiero potem może znów walczyć.

- Woda – zarządził.

Maru nie odpowiedziała, ale jej wzrok powędrował tylko na biurko, gdzie na blacie stała miska z wodą i druga, wypełniona owocami. Thwei podszedł tam. Woda była chłodna i przełykając ją czuł, jak bardzo brakowało mu tego smaku w ustach.

Złapawszy w ręce jeden z owoców, podszedł do okna. Tym samym wszedł tutaj, delikatnie odsuwając wtedy je do góry. Teraz jednak zamek nie szczęknął cicho na jego powitanie. Rama nie uniosła się do góry. Za to okno pokryło się na krótko czarnym płomieniem. Thwei znał ten ogień – zgasł on tak szybko, jak się pojawił, ale to małe objawienie sprawiło, że łowca zamruczał z wyjątkową niechęcią.

Mógł być wściekły i mógł nie zgadzać się z wolą bogów, ale wiedział, że nie może się jej sprzeciwić. Był za mały na to.

Thwei odsunął się od okna.

- Nie dałam rady go otworzyć – wyznała cicho Maru. – Nie dam rady otworzyć żadnego okna. Ani drzwi.

- Cetanu – parsknął wściekle Thwei.

- Cetanu? – zdziwiła się. – Czym jest Cetanu? Powiedziałeś, że znajdzie drogę do nas wszystkich…

Thwei rzucił kobiecie tylko niechętne spojrzenie. W jego rękach owoc pękł na pół. Thwei nie jadł zbyt często owoców. Kiande żywili się przede wszystkim mięsem, najczęściej surowym. Te owoce wydawały się słodkie i pełne soków. Dziwnie smakowały młodemu łowcy.

- Czym jest Cetanu? – powtórzyła pytanie Maru.

- Śmiercią – odparł, podchodząc do ściany. – Bogiem.

- To wasz bóg śmierci? – zainteresowała się.

Thwei zamruczał niechętnie. Rozmowa z kobietą mu się nie podobała, ale bardziej nie podobało mu się to, że gdziekolwiek do granic domu by nie podszedł, tam pojawiał się ogień Cetanu, mówiąc mu po prostu: „Nie”. Miał tu zostać. Nie wiedział tylko po co i dlaczego.

- Gdzie mój statek, Maru? – warknął w końcu, podchodząc do kobiety, chcąc tym samym dać upust swojej złości.

Żywia od razu skuliła się na krześle, a ten dziwny błysk zainteresowania sprzed chwili zniknął z jej oczu.

- Gdzie mój sprzęt? – syknął, pochylając się nieco ku niej. – Gdzie to wszystko jest, Maru.

- La-laboratorium – wyszeptała. – Sprzęt jest w laboratorium. Dwa korytarze od sali, gdzie trzymaliśmy ciebie. Statek… na terenie kompleksu, ale nie wiem, który hangar.

Thwei warknął ze złością, odsuwając się od kobiety. Przeszedł na środek pomieszczenia i stanął tam bez ruchu. Niech to! Obiecał sobie, że nie wróci do tego kamienno-metalowego piekła, ale teraz… tylko tam był statek i sprzęt, który mógł mu pomóc. Mógłby tam ruszyć, ale nie w tym stanie. Teraz złapaliby go szybciej, niż wtedy, w lesie, gdy był w pełni sił, był czujny i miał możliwość walczyć.

Młody łowca złapał stojące obok krzesło i cisnął nim o ścianę. Mebel roztrzaskał się z hukiem, zrzucając przy okazji spory obraz i pozostawiając na tynku brzydki ślad. Maru jęknęła cichutko na ten widok – obraz wściekłego, ogromnego łowcy przeraził ją teraz do głębi.

- Mięso – warknął po chwili. – Coś więcej niż owoce. Teraz.

Maru przełknęła ślinę i zsunęła się się z krzesła, wychodząc cicho z pomieszczenia. Thwei ruszył za nią, niechętny i zirytowany. Nie wiedział jednak, co irytuje go bardziej – Maru, to, że tu jeszcze jest, to, że nie ma sprzętu, czy to, że wobec tego wszystkiego jest całkowicie bezsilny.