5. zaufanie

 


Rano dom był cichy. Nie spokojny, nie po tym, co stało się tu ostatnio, nie po tym, jak Cetanu ingerował i nie po tym, jak Thwei musiał przyjąć pakt, którego nie tolerował właściwie. Jednak dom miał gdzieś jego wahania, jego myśli, jego rozterki. Był cichy na swój okrutny sposób.

Thwei obudził się jeszcze przed świtem, zanim pierwsze blade światło zaczęło przeciskać się przez wąskie, zakurzone okienko na strychu. Nie otworzył oczu od razu. Nie spał też zbyt dobrze. Właściwie nie był pewny, czy w ogóle spał, czy jedynie na krótko przestawał trwać w czujnym, męczącym półśnie. Drewno pod nim było twarde, powietrze pachniało kurzem, starymi deskami i tym dziwnym, ludzkim domem, który nie powinien być ani więzieniem, ani schronieniem, ale teraz był jednym i drugim naraz.

Przez dłuższą chwilę siedział bez ruchu, nasłuchując. Na dole coś cicho stuknęło. Dopiero wtedy Thwei otworzył oczy. Nie poruszył się od razu. Jedynie oddech spłycił mu się nieco.

Kolejny dźwięk. Cichy szelest. Kroki. Maru.

Thwei podniósł się wolno, ostrożnie, bez jednego skrzypnięcia desek. Wciągnął powietrze, wyłapując jej zapach. Była na dole. W sypialni albo w korytarzu. Pachniała snem, lekami, tym drażniącym mydłem i czymś jeszcze, czymś ostrym, chemicznym, co przywodziło mu na myśl laboratorium.

Z gardła łowcy wydostał się ledwie słyszalny, zły pomruk. Laboratorium nie kojarzyło mu się zbyt dobrze.

Zsunął się ze strychu tak cicho, jak tylko potrafił. Nie miał maski, nie miał zbroi, nie miał komputera, nie miał działka, ostrzy, niczego. Miał własne ciało, własne pazury i resztki sił. To musiało wystarczyć.

Zatrzymał się na końcu schodów. Żywia stała w kuchni.

Była ubrana inaczej niż poprzedniego dnia. Miała na sobie ciemne spodnie, jasną bluzkę i długi sweter, który wyglądał na zbyt miękki i zbyt ciepły jak na kogoś, kto właśnie zamierzał wyjść. Włosy spięła niedbale, kilka kosmyków wymknęło się już jednak i opadało na jej bladą twarz. Przy blacie stał kubek z parującym napojem, obok leżała torba, do której wkładała jakieś dokumenty, klucze i małe pudełko z lekami.

Wyglądała źle. To było pierwsze, co Thwei pomyślał i ta myśl szczerze go zirytowała.

Nie powinno go obchodzić, jak wyglądała. Był tutaj tylko dlatego, że dom Cetanu nie pozwalał mu odejść. Maru była jego wrogiem, ponieważ to przez nią i jej ludzi leżał wcześniej przykuty w metalowej sali, otępiały od leków, rozcinany spojrzeniami i badaniami. Była człowiekiem z laboratorium.

Była też drobna, zmęczona i drżały jej palce, gdy zamykała pudełko. Wyglądała gorzej niż wczoraj. Byłą blada, oddychała nierówno i ewidentnie bolało ją coś w środku, bo czasami łapała się za pierś, próbując złapać głębszy oddech. Thwei już to widział w laboratorium. Kobieta była chora, zbyt dumna, by o tym mówić i zbyt słaba, by to ukrywać.

– Dokąd idziesz? – zapytał sucho Thwei, stając w progu kuchni.

Żywia drgnęła tak mocno, że niemal upuściła leki. Odwróciła się gwałtownie i dopiero po chwili odetchnęła nierówno.

– Do pracy – odpowiedziała cicho.

Thwei wszedł krok do wnętrza pomieszczenia. Nie spieszył się. Nie musiał. Widział, jak kobieta sztywnieje z każdym jego ruchem. Dobrze. Powinna się bać.

– Do laboratorium – uściślił zimno.

Nie zaprzeczyła. To spodobało mu się mniej, niż powinno. Kłamstwo byłoby prostsze. Kłamstwo mógłby ukarać gniewem, groźbą, może nawet ręką zaciśniętą na jej karku. Prawda zostawiała mniej miejsca na działanie.

– Tak – przyznała słabo. – Do laboratorium.

Thwei zatrzymał się. Był od niej daleko, ale wystarczająco blisko, by w dwóch krokach znaleźć się przy niej. Żywia chyba też o tym wiedziała, bo nie ruszyła się od blatu.

– Nie wrócisz – stwierdził.

Na jej twarzy pojawiło się coś dziwnego. Nie uraza. Nie strach. Raczej zmęczenie tak głębokie, jakby podobne słowa słyszała już wiele razy, tylko z innych ust i w innych okolicznościach.

– Wrócę.

Thwei parsknął cicho.

– Pójdziesz do swoich, powiesz im, gdzie jestem, przyprowadzisz żołnierzy, lekarzy i broń.

– Mogłabym – przyznała.

Jego oczy zwęziły się od razu. Nie podobała mu się ta szczerość tak, jak nie podobał się jej słaby głos kobiety. Coś było z nią dziś nie tak bardziej niż ostatnio. Żywia zacisnęła palce na blacie, ale nie spuściła wzroku.

– Mogłabym – powtórzyła ciszej. – Ale tego nie zrobię.

Thwei zaśmiał się krótko, sucho i nieprzyjemnie.

– Mam ci uwierzyć?

– Nie – odpowiedziała od razu.

To zbiło go z tropu bardziej, niż chciałby przyznać. Zamruczał z niezadowoleniem, a ona odetchnęła i sięgnęła po kubek. Dłonie miała nadal lekko roztrzęsione. Upiła łyk, skrzywiła się, jakby napój był zbyt gorzki, po czym odstawiła kubek z powrotem.

– Nie oczekuję, że mi uwierzysz – powiedziała. – Po tym, co się stało, byłbyś głupi, gdybyś mi ufał.

– Nie jestem głupi.

– Wiem.

Znów ta prosta odpowiedź. Bez kpiny, bez obrony, bez zbędnego tłumaczenia. Thwei nie lubił tego. Nie lubił, gdy ludzie zachowywali się rozsądnie w sytuacjach, w których powinni panikować. Łatwiej było patrzeć na nich jak na hałaśliwe, miękkie, głupie istoty, gdy zachowywali się dokładnie tak, jak oczekiwał. Maru robiła to rzadko.

– Muszę jechać – dodała po chwili. – Jeśli nie pojawię się w pracy, zaczną zadawać pytania. Najpierw zadzwonią. Potem ktoś przyjedzie tutaj. Nie wiem, czy Cetanu ich wpuści, ale jeśli nie… to też wzbudzi podejrzenia.

Na dźwięk imienia boga Thwei zacisnął szczęki.

– Nie wypowiadaj jego imienia tak swobodnie.

Żywia zamilkła. Po chwili skinęła głową.

– Dobrze.

Przez kilka sekund patrzyli na siebie w milczeniu. Kuchnia była mała, jasna i obrzydliwie zwyczajna. Za oknem powoli rozlewał się poranek. Gdzieś daleko przejechał samochód. Lodówka buczała cicho. W rurach zaszumiała woda. A między nimi stało głupia świadomość, że jedno mogłoby zabić drugiego już zbyt wiele razy w przeszłości.

Thwei zrobił krok w jej stronę. Żywia nie cofnęła się, ale jej ciało napięło się wyraźnie.

– Jeśli zdradzisz mnie swoim – powiedział niskim, zimnym głosem – jeśli wrócisz tu z nimi, Maru, zabiję pierwszego, który przekroczy próg. Potem następnego. I kolejnego. A jeśli spróbujesz znowu mnie uśpić…

Nie dokończył. Nie musiał. Żywia pobladła jeszcze mocniej, ale skinęła głową.

– Rozumiem.

– Nie. – Thwei pochylił się nieco, a jego głos stał się ostrzejszy. – Ty tylko słyszysz słowa. Zrozumiesz je dopiero wtedy, gdy będzie za późno.

Kobieta przełknęła ślinę. Przez moment wyglądała tak, jakby chciała coś powiedzieć, ale w końcu odwróciła wzrok.

– Zapisałam ci, gdzie w domu jest jedzenie. Co możesz zjeść bez gotowania. Czego lepiej nie ruszać, bo… – zawahała się. – Bo może ci zaszkodzić. Chociaż właściwie nie wiem, czy cokolwiek z mojej kuchni jest w stanie ci zaszkodzić.

– Nie potrzebuję twoich instrukcji, żeby jeść – warknął.

– Wiem – odparła cierpliwie. – Ale nie chciałabym, żebyś przez przypadek zjadł kawę łyżką prosto ze słoika.

Thwei zmrużył oczy. Żywia chyba zrozumiała, że powiedziała coś niewłaściwego, bo odchrząknęła cicho i natychmiast spuściła wzrok.

– To był żart – wyjaśniła słabo.

– Słaby.

– Tak – przyznała. – Bardzo.

Nie powinno go to rozbawić. Nie rozbawiło. No… prawie nie.

Żywia dopiła swój napój, umyła szybko kubek i odstawiła go na suszarkę. Każdy jej ruch był ostrożny, ale nie bezcelowy. Śpieszyła się, chociaż próbowała tego nie pokazywać. Thwei widział, jak co chwilę zerka na zegar wiszący nad drzwiami.

– Czego dokładnie szukasz? – zapytał w końcu.

Zamarła na moment, a potem odwróciła się do niego.

– Twojego statku. Hangaru, w którym go trzymają. Informacji, czy go przenieśli, czy rozebrali, czy tylko zabezpieczyli. Spróbuję też sprawdzić, gdzie jest twój sprzęt. Mówiłam ci, że część rzeczy trzymali dwa korytarze od sali badań, ale po twojej ucieczce mogli wszystko przenieść.

– Mogli zniszczyć.

– Mogli – przyznała cicho. – Ale wątpię.

– Dlaczego?

– Bo to zbyt cenne. – Żywia spojrzała na niego zmęczonymi, ale trzeźwymi oczami. – Dla nich każdy fragment twojej technologii jest wart więcej niż moje życie. Nie zniszczą tego, jeśli nie będą musieli.

Thwei nie odpowiedział od razu. To brzmiało rozsądnie. Nie podobało mu się, że brzmiało to w jej ustach aż tak rozsądnie.

– Przyniosę ci mapę kompleksu, jeśli uda mi się ją zdobyć – dodała. – Albo chociaż rozrysuję z pamięci. Spróbuję też dowiedzieć się, ilu ludzi pilnuje hangarów po nocach.

– Po co?

Żywia spojrzała na niego tak, jakby odpowiedź była oczywista.

– Bo będziesz chciał tam wrócić.

Jego pomruk wypełnił kuchnię nisko i nieprzyjemnie.

– Nie mów mi, czego chcę.

– Dobrze – szepnęła. – Ale i tak będziesz chciał.

Miał ochotę rzucić czymś o ścianę. Najlepiej stołem. Albo nią. Nie dlatego, że kłamała. Właśnie dlatego, że miała rację. Bez statku był uwięziony. Bez sprzętu był słaby. Bez informacji był ślepy. A jedyną osobą, która mogła mu te informacje przynieść, była kobieta, która jeszcze niedawno stała po drugiej stronie szkła, wbijała w niego igły, mówiła do niego cichym głosem i której podarował litość, chociaż sam nie wiedział, czemu to zrobił.

Żywia zarzuciła torbę na ramię. Ten prosty ruch sprawił, że Thwei natychmiast się wyprostował.

– Maru.

Zatrzymała się w pół kroku.

– Tak?

Podszedł do niej. Tym razem cofnęła się odruchowo, ale za jej plecami był blat. Nie miała gdzie uciec. Thwei stanął blisko. Zbyt blisko jak na ludzkie zwyczaje, wystarczająco blisko jak na przesłuchanie.

– Jeśli nie wrócisz przed zmrokiem – powiedział powoli – uznam, że mnie zdradziłaś.

Żywia uniosła głowę.

– Wrócę wcześniej.

– Maru.

– Wrócę – powtórzyła. – Obiecuję.

Przez moment miał ochotę parsknąć jej w twarz. Ludzkie obietnice. Małe, miękkie słowa, które pękały pod pierwszym naciskiem strachu. A jednak sposób, w jaki to powiedziała, nie był miękki. Był zmęczony. I uparty.

– Twoja obietnica nic dla mnie nie znaczy – stwierdził sucho.

Coś przemknęło przez jej twarz. Nie ból. Raczej przyjęcie ciosu, którego się spodziewała.

– Wiem – odpowiedziała cicho. – Dlatego wrócę z informacjami. One będą znaczyły więcej.

Thwei milczał.

Żywia ostrożnie wyminęła go i ruszyła do drzwi. Szła powoli, jakby spodziewała się, że w każdej chwili złapie ją za kark i cofnie do środka. Nie zrobił tego. Stał w kuchni, z zaciśniętymi pięściami, nasłuchując każdego jej kroku.

Przy drzwiach zatrzymała się jeszcze.

– Thwei?

Nie odpowiedział. Odwróciła się mimo to.

– Nie wychodź z domu. Proszę. Nie wiem, co oni zrobią, jeśli cię znajdą. Nie wiem, co zrobi twój bóg. I nie wiem, czy ja… czy będę mogła ci pomóc, jeśli coś ci się stanie.

– Martwisz się o mnie? – zapytał z pogardą.

Żywia spojrzała na niego przez kilka długich sekund.

– Tak – przyznała.

To jedno słowo uderzyło dziwnie. Nie mocno, nie boleśnie, ale irytująco głęboko. Thwei zacisnął szczękę.

– Jedź już, Maru.

Skinęła głową, otworzyła drzwi i wyszła.

Poranne powietrze wdarło się do domu chłodnym powiewem. Thwei poczuł zapach mokrej trawy, zimnego asfaltu i oddalającej się kobiety. Drzwi zamknęły się cicho, a chwilę później rozległ się dźwięk uruchamianego samochodu.

Stał bez ruchu, dopóki silnik nie ucichł w oddali. Dopiero wtedy podszedł do okna. Samochód zniknął już za zakrętem.

Thwei oparł dłoń o ścianę obok framugi. Drewno jęknęło pod naciskiem jego palców.

Nie ufał jej. Nie ufał jej ani trochę. A jednak gdzieś pod gniewem, pod strachem, pod upokarzającą bezradnością, pojawiła się myśl jeszcze bardziej nieznośna niż cała reszta.

Chciał, żeby wróciła.

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz