Moja partnerka, H’chak, wyszła
na próg domu, gdy tylko psy zaszczekały radośnie. Gdy uniosła swoją dłoń,
odpowiedziałem jej podobnym gestem. Za jej nogą stał mój pierworodny, K’juhte,
spokojnie ogarniając mnie spojrzeniem. Miał już sześć zim i niedługo miałem
zamiar zacząć jego szkolenie. Na rękach H’chak trzymała mojego drugiego syna,
Lar’ję. Malec wyrywał się jej, wyciągając ręce ku latającym wokoło owadom.
Ludzkie szczenię na moich rękach
zakwiliło cicho. Psy szczekały nadal, zapewne wyczuwając jej zapach. Ucieszyłem
je, gdy tylko podszedłem wystarczająco blisko. Zamilkły posłusznie, chociaż
wciąż szczerzyły kły i węszyły niespokojnie w powietrzu.
- It’chi. – H’chak wydawała się
spokojna, ale uważnym wzrokiem spoglądała na zawiniątko na moich rękach. –
Jesteś tak późno, co się stało?
Odetchnąłem tylko ciężko,
podszedłem do niej i przytknąłem czoło do jej czoła. Jak na samiczkę yautja
była dość niska, zrównywała się ze mną wzrostem, jednak jej zadziorność, wola
walki i krzykliwość sprawiały, że niewielu było w stanie się jej sprzeciwić.
Gdy Matka Matek przedstawiła nas
sobie, ani jedno z nas nie było przekonane, że to partnerstwo zadziała. To, co
zrodziło się zaledwie chwilę czy dwie później, zaskoczyło nas oboje.
- It’chi?...
- Jestem taki zmęczony, H’chak –
wyznałem cicho. – W jaki sposób byłaś w stanie ich karmić, pilnować i wysypiać
się na raz?
Samiczka zamruczała zaskoczona i
odsunęła się, po czym w końcu spojrzała na zawiniątko na moich rękach. Jej oczy
rozszerzyły się, a pomruk ucichł nagle.
- To ludzkie szczenię! –
zawołała nagle – It’chi… nie możesz… a jeśli… co, gdy…
Zamruczałem tylko cicho,
usłużnie, czule. Usadziłem ludzkie szczenię przy swoich nogach i odebrałem z
rąk H’chak Lar’ję, po chwili sadzając syna obok małej. Nim H’chak zdołała
zaoponować, przygarnąłem ją do siebie, wtulając się mocno w jej ciało.
Pachniała jak zwykle słodkim
potem i piżmem oraz tym delikatnym zapachem owoców z Równiny. Poddała się moim
gestom usłużnie, jednak ten pozorny spokój trwał zaledwie chwilkę.
- Coś ty zrobił, It’chi? –
zapytała mnie w końcu.
- Zwariowałem – odpowiedziałem
szczerze. – Bogowie zaczęli do mnie przemawiać albo po prostu zwariowałem.
H’chak parsknęła tylko i
odsunęła się ode mnie.
- Stary głupiec, oczywiście, że
zwariowałeś! – zakrzyknęła, pochylając się nad ludzkim szczenięciem. – Jest
taka maleńka. To normalne?
Skinąłem tylko głową. H’chak nie
wylatywała zbyt często poza Prime, polowała, ale nie sprawiało jej to zbyt
wiele radości, wolała zatem przebywać w domu lub w Mieście, uczyć się i sama
nauczać młode matki. Przez to jednak nie wiedziała zbyt wiele o ludziach.
Potrafiła ich rozpoznać, ale to by było na tyle.
- Jest taka mięciutka –
zauważyła H’chak, przejeżdżając palcem po policzku małej. – I jaka ciepła.
- To akurat jest mało naturalne
– zauważyłem szczerze, również kucając przed dziećmi. – Czy moi synowie
sprawiali ci problemy?
- Oczywiście, że tak! –
parsknęła, podnosząc zarówno małą, jak i Lar’ję. – Są równie kłopotliwi, co ty.
K’juhte!
Mój pierworodny znalazł się natychmiast przy nas. Ułożyłem rękę na jego
głowie, a malec zerknął na mnie zaciekawiony.
- Ojcze? – zdziwił się młodzieniec.
- Od dziś
będzie was trójka, K’juhte – zarządziłem. – Zajmiesz się nie tylko
bratem, ale też siostrą.
K’juhte zerknął tylko ku
zawiniątku, po czym skinął głową. Gdy H’chak wkroczyła do domu, obaj ruszyliśmy
za nią.
Dom główny klanu Guan składał
się z kilku budynków. Dwa z nich mieściły sypialnie, salony, galerie i łaźnie, w jednym znajdowała się kuchnia.
Trzeci stanowił magazyn, a czwarty, stojący nieco na uboczu był kaplicą naszego
przewodniego boga, Guana, Pana Nocy. Oprócz
tego kompleksu w okolicy znajdowało się jeszcze kilkanaście innych domów
pozostałych rodzin klanu.
H’chak zabrała oboje szczeniąt
do kuchni, a ja usadziłem się w fotelu w salonie. Byłem zmęczony, zarówno
polowaniem, jak i późniejszą podróżą oraz długim przesłuchaniem. Odetchnąłem i
wyciągnąłem nogi, mocno opierając się o siedzisko.
- Ojcze?
Otworzyłem oczy i zerknąłem ku
K’juhte. Siedział na niewielkim podnóżku obok mnie, zaciekawiony przechylając
głowę na bok.
- Jak było na polowaniu, ojcze?
- Chaotycznie – przyznałem. –
Jutro nauczę cię oprawiać trofea. Przywiozłem coś, co nada się do tego
idealnie.
- Czaszkę jaszczura? –
zainteresował się natychmiast.
- Tak – odparłem. - Nawet kilka.
K’juhte pokiwał głową, a potem
zerknął ku kuchni.
- A… ona?
- Znalazłem ją – odpowiedziałem
szczerze. – Rada zgodziła się, by z nami została. Będziesz jej pilnować, dobrze? Jak Lar’ję?
K’juhte skinął głową bez
wahania. Był wyjątkowo posłuszny i cichy. Czułem, że zrzucam na jego barki
ogromne brzemię, które jednak malec bez wahania
postanowił dźwigać. Podobało mi się to. Przez polowania nie bywałem w domu za często, ale
H’chak ewidentnie doskonale wychowywała naszych synów do życia w chwale.
- Pomóż matce – poleciłem
jeszcze.
K’juhte skinął głową i po chwili
zniknął w kuchni, ja natomiast odetchnąłem raz jeszcze i przymknąłem oczy,
wygodniej opierając się w fotelu. Sen przyszedł praktycznie od razu – dwa
tygodnie podróży widocznie naprawdę mocno dało mi się we znaki.
Ragta patrzył, jak Cetanu siedzi
ze spokojem na gałęzi jednego z drzew. Ciszę nocy przerywało niewiele dźwięków
- w Puszczy mruczały cicho drapieżne koty, czasami zakwilił jakiś nocny ptak,
ale przede wszystkim wszystko mącił ten odgłos radosnego chrupania - Cetanu
powoli, kęs za kęsem zjadał trzymane w ręku czerwone jabłko. Takich owoców nie
było na Prime, ale Ragta wiedział, że Łowcy przywozili je czasami z Ziemi.
- Nie wydajesz się zmartwiony -
zauważył w końcu bóg ognia.
- Przecież wszystko idzie
doskonale - zapewnił Cetanu, uśmiechając się radośnie. - Jest tutaj.
Zaakceptowali ją.
- Miała pomóc Kiande - mruknął
niechętnie Ragta. - A wylądowała u Guan. U Guan! Ze wszystkich rodów wylądowała
u Guan.
Cetanu parsknął tylko śmiechem.
Tak, doskonale wiedział, co łączyło Kiande i Guan - prowadzona od dawna rywalizacja,
zastana nienawiść i ciągnąca się z pokolenia na pokolenie niechęć.
Szalony bóg śmierci uznał
jednak, że jeśli ma ściągnąć jedną klątwę, druga też przy okazji może zniknąć.
- Mam swoje powody - przyznał
jedynie.
- Swoje powody? - Ragta
zamruczał niechętnie, a jego żuchwy ścisnęły się mocno ze złości.
Większość bogów yautja wyglądała
dokładnie tak, jak sami łowcy. Ragta, Moata, V’klta, Yarta, Guan i inni byli
wysocy, dobrze zbudowani, mieli grube, ciemne włosy i szeroko rozwierające się
żuchwy. Ale nie Cetanu… Ponury Żniwiarz był niższy, smukły i miał te ludzkie
usta, które często rozszerzały się w uśmiechu. Posiadał też dziwaczne
przyzwyczajenia - spał, mimo że nie potrzebował snu i jadł, mimo że nie
potrzebował jedzenia. Ragta nie rozumiał tego. Nie rozumiał wielu rzeczy, które
tyczyły się Ponurego Żniwiarza.
- Jest mi potrzebna dokładnie w
tym domu - mruknął. - Nie martw się. Uratuje Kiande tak, jak ci to obiecałem.
Jest z jej krwi, nie ma obaw, da sobie radę.
- Jej krwi?
Cetanu skinął tylko głową, a
Ragta, mimo że chciał wiedzieć więcej, nie drążył dalej. Ponury Żniwiarz mógł
być niższy od niego, ale to on nazywany był bogiem śmierci i to nie bez
przyczyny. Ragta wiedział, że gdyby doszło do walki, to Czarny Łowca wyszedłby
z tego jako ostatni zwycięzca.
- Siadaj, wszystko jest idealnie
- zapewnił Cetanu, poklepując gałąź obok siebie otwartą dłonią.
Ragta po chwili ociągania usiadł
obok Cetanu i zerknął ku domowi Guan. Wieczorem było tam o wiele spokojniej,
ale wciąż czuć było tam swobodną radość i chęć życia.
Na placu między budynkami It’chi
ćwiczył ze swoim najstarszym synem, a młodszy siedział wraz z ludzkim
szczenięciem przy wejściu do domu na miękkich skórach turów.
- Jeszcze nie wiedzą o pieczęci
- poinformował Cetanu. - Hult’kain jednak coś wyczuł. Jest ci bliski, prawda?
Ragta skinął tylko głową.
Hult’kain był jednym z niewielu, którzy znaleźli się tak blisko boga ognia.
Modlitwy, medytacje i ciężkie ćwiczenia sprawiły, że łowca był w stanie
usłyszeć głos swojego boga o wiele wyraźniej i o wiele lepiej widział wszelkie
jego znaki. Być może zobaczył już tę pieczęć w małej.
- Ui’stbi nie miał jednak
wątpliwości - zaśmiał się Cetanu. - Szczwany lis. Zbyt dobrze go wyuczyłem.
- Lis? - zdziwił się Ragta.
- Oh, to takie psy, co chciały
być kotami - odparł radośnie Żniwiarz. - Nieważne. - Cetanu machnął ręką. -
Dawne dzieje.
Ragta zmarszczył tylko brwi i
odetchnął. Spojrzał na rozgwieżdżone niebo widoczne między konarami drzew. Mimo
że się martwił, czuł dziwny spokój. Widocznie zbyt mocno ufał Cetanu.
- Piękne są, prawda? - zaśmiał
się Cetanu.
- Co? - zdziwił się Ragta.
- Gwiazdy - odparł Żniwiarz. -
Są piękne. Szkoda, że gdy ich sięgnęliśmy, zapomnieliśmy, jakie są urocze, gdy
są tam daleko.
Ragta się nie odezwał. Nie
wiedział, co miałby odpowiedzieć na te słowa, jak zwykle zaplątane i
tajemnicze.
Spojrzał jednak jeszcze raz na
gwiazdy. Tym razem wydawały się o wiele jaśniejsze, mrugały do niego radośnie,
przekornie. Spodobały my się, gdy były tam, daleko, mimo że potrafiłby w ciągu
kilku chwil dolecieć do każdej z nich.
- Powiedziałeś kiedyś, że nie
masz na imię Cetanu - zauważył nagle Ragta.
- Tak nazwali mnie łowcy -
przyznał szczerze Żniwiarz. - Ale nie, nie mam tak na imię.
- Jak zatem?
Cetanu widocznie zawahał się,
zmarszczył brwi, parsknął śmiechem i pokręcił głową.
- Nazywali mnie Legion - wyznał.
- Przez długi, długi czas.
- Nie chcesz wrócić do tego? -
zapytał Ragta.
- To tylko imię - przyznał
Żniwiarz. - Mam ich wystarczająco dużo. Legion, czy Cetanu, nie robi mi to
teraz różnicy.
I chociaż Ragta nie miał powodu,
by mu nie wierzyć, czuł, że Żniwiarz tym razem po prostu kłamie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz