2. matka i ojciec

 


Moja partnerka, H’chak, wyszła na próg domu, gdy tylko psy zaszczekały radośnie. Gdy uniosła swoją dłoń, odpowiedziałem jej podobnym gestem. Za jej nogą stał mój pierworodny, K’juhte, spokojnie ogarniając mnie spojrzeniem. Miał już sześć zim i niedługo miałem zamiar zacząć jego szkolenie. Na rękach H’chak trzymała mojego drugiego syna, Lar’ję. Malec wyrywał się jej, wyciągając ręce ku latającym wokoło owadom.

Ludzkie szczenię na moich rękach zakwiliło cicho. Psy szczekały nadal, zapewne wyczuwając jej zapach. Ucieszyłem je, gdy tylko podszedłem wystarczająco blisko. Zamilkły posłusznie, chociaż wciąż szczerzyły kły i węszyły niespokojnie w powietrzu.

- It’chi. – H’chak wydawała się spokojna, ale uważnym wzrokiem spoglądała na zawiniątko na moich rękach. – Jesteś tak późno, co się stało?

Odetchnąłem tylko ciężko, podszedłem do niej i przytknąłem czoło do jej czoła. Jak na samiczkę yautja była dość niska, zrównywała się ze mną wzrostem, jednak jej zadziorność, wola walki i krzykliwość sprawiały, że niewielu było w stanie się jej sprzeciwić.

Gdy Matka Matek przedstawiła nas sobie, ani jedno z nas nie było przekonane, że to partnerstwo zadziała. To, co zrodziło się zaledwie chwilę czy dwie później, zaskoczyło nas oboje.

- It’chi?...

- Jestem taki zmęczony, H’chak – wyznałem cicho. – W jaki sposób byłaś w stanie ich karmić, pilnować i wysypiać się na raz?

Samiczka zamruczała zaskoczona i odsunęła się, po czym w końcu spojrzała na zawiniątko na moich rękach. Jej oczy rozszerzyły się, a pomruk ucichł nagle.

- To ludzkie szczenię! – zawołała nagle – It’chi… nie możesz… a jeśli… co, gdy…

Zamruczałem tylko cicho, usłużnie, czule. Usadziłem ludzkie szczenię przy swoich nogach i odebrałem z rąk H’chak Lar’ję, po chwili sadzając syna obok małej. Nim H’chak zdołała zaoponować, przygarnąłem ją do siebie, wtulając się mocno w jej ciało.

Pachniała jak zwykle słodkim potem i piżmem oraz tym delikatnym zapachem owoców z Równiny. Poddała się moim gestom usłużnie, jednak ten pozorny spokój trwał zaledwie chwilkę.

- Coś ty zrobił, It’chi? – zapytała mnie w końcu.

- Zwariowałem – odpowiedziałem szczerze. – Bogowie zaczęli do mnie przemawiać albo po prostu zwariowałem.

H’chak parsknęła tylko i odsunęła się ode mnie.

- Stary głupiec, oczywiście, że zwariowałeś! – zakrzyknęła, pochylając się nad ludzkim szczenięciem. – Jest taka maleńka. To normalne?

Skinąłem tylko głową. H’chak nie wylatywała zbyt często poza Prime, polowała, ale nie sprawiało jej to zbyt wiele radości, wolała zatem przebywać w domu lub w Mieście, uczyć się i sama nauczać młode matki. Przez to jednak nie wiedziała zbyt wiele o ludziach. Potrafiła ich rozpoznać, ale to by było na tyle.

- Jest taka mięciutka – zauważyła H’chak, przejeżdżając palcem po policzku małej. – I jaka ciepła.

- To akurat jest mało naturalne – zauważyłem szczerze, również kucając przed dziećmi. – Czy moi synowie sprawiali ci problemy?

- Oczywiście, że tak! – parsknęła, podnosząc zarówno małą, jak i Lar’ję. – Są równie kłopotliwi, co ty. K’juhte!

Mój pierworodny znalazł się  natychmiast przy nas. Ułożyłem rękę na jego głowie, a malec zerknął na mnie zaciekawiony.

- Ojcze? – zdziwił  się młodzieniec.

- Od  dziś  będzie was trójka, K’juhte – zarządziłem. – Zajmiesz się nie tylko bratem, ale też siostrą.

K’juhte zerknął tylko ku zawiniątku, po czym skinął głową. Gdy H’chak wkroczyła do domu, obaj ruszyliśmy za nią.

Dom główny klanu Guan składał się z kilku budynków. Dwa z nich mieściły sypialnie, salony, galerie  i łaźnie, w jednym znajdowała się kuchnia. Trzeci stanowił magazyn, a czwarty, stojący nieco na uboczu był kaplicą naszego przewodniego boga, Guana, Pana Nocy. Oprócz  tego kompleksu w okolicy znajdowało się jeszcze kilkanaście innych domów pozostałych rodzin klanu.

H’chak zabrała oboje szczeniąt do kuchni, a ja usadziłem się w fotelu w salonie. Byłem zmęczony, zarówno polowaniem, jak i późniejszą podróżą oraz długim przesłuchaniem. Odetchnąłem i wyciągnąłem nogi, mocno opierając się o siedzisko.

- Ojcze?

Otworzyłem oczy i zerknąłem ku K’juhte. Siedział na niewielkim podnóżku obok mnie, zaciekawiony przechylając głowę na bok.

- Jak było na polowaniu, ojcze?

- Chaotycznie – przyznałem. – Jutro nauczę cię oprawiać trofea. Przywiozłem coś, co nada się do tego idealnie.

- Czaszkę jaszczura? – zainteresował się natychmiast.

- Tak – odparłem. -  Nawet kilka.

K’juhte pokiwał głową, a potem zerknął ku kuchni.

- A… ona?

- Znalazłem ją – odpowiedziałem szczerze. – Rada zgodziła się, by z nami została. Będziesz jej  pilnować, dobrze? Jak Lar’ję?

K’juhte skinął głową bez wahania. Był wyjątkowo posłuszny i cichy. Czułem, że zrzucam na jego barki ogromne brzemię, które jednak malec bez wahania  postanowił dźwigać. Podobało mi się to. Przez  polowania nie bywałem w domu za często, ale H’chak ewidentnie doskonale wychowywała naszych synów do życia w chwale.

- Pomóż matce – poleciłem jeszcze.

K’juhte skinął głową i po chwili zniknął w kuchni, ja natomiast odetchnąłem raz jeszcze i przymknąłem oczy, wygodniej opierając się w fotelu. Sen przyszedł praktycznie od razu – dwa tygodnie podróży widocznie naprawdę mocno dało mi się we znaki.

 

Ragta patrzył, jak Cetanu siedzi ze spokojem na gałęzi jednego z drzew. Ciszę nocy przerywało niewiele dźwięków - w Puszczy mruczały cicho drapieżne koty, czasami zakwilił jakiś nocny ptak, ale przede wszystkim wszystko mącił ten odgłos radosnego chrupania - Cetanu powoli, kęs za kęsem zjadał trzymane w ręku czerwone jabłko. Takich owoców nie było na Prime, ale Ragta wiedział, że Łowcy przywozili je czasami z Ziemi.

- Nie wydajesz się zmartwiony - zauważył w końcu bóg ognia.

- Przecież wszystko idzie doskonale - zapewnił Cetanu, uśmiechając się radośnie. - Jest tutaj. Zaakceptowali ją.

- Miała pomóc Kiande - mruknął niechętnie Ragta. - A wylądowała u Guan. U Guan! Ze wszystkich rodów wylądowała u Guan.

Cetanu parsknął tylko śmiechem. Tak, doskonale wiedział, co łączyło Kiande i Guan - prowadzona od dawna rywalizacja, zastana nienawiść i ciągnąca się z pokolenia na pokolenie niechęć.

Szalony bóg śmierci uznał jednak, że jeśli ma ściągnąć jedną klątwę, druga też przy okazji może zniknąć.

- Mam swoje powody - przyznał jedynie.

- Swoje powody? - Ragta zamruczał niechętnie, a jego żuchwy ścisnęły się mocno ze złości.

Większość bogów yautja wyglądała dokładnie tak, jak sami łowcy. Ragta, Moata, V’klta, Yarta, Guan i inni byli wysocy, dobrze zbudowani, mieli grube, ciemne włosy i szeroko rozwierające się żuchwy. Ale nie Cetanu… Ponury Żniwiarz był niższy, smukły i miał te ludzkie usta, które często rozszerzały się w uśmiechu. Posiadał też dziwaczne przyzwyczajenia - spał, mimo że nie potrzebował snu i jadł, mimo że nie potrzebował jedzenia. Ragta nie rozumiał tego. Nie rozumiał wielu rzeczy, które tyczyły się Ponurego Żniwiarza.

- Jest mi potrzebna dokładnie w tym domu - mruknął. - Nie martw się. Uratuje Kiande tak, jak ci to obiecałem. Jest z jej krwi, nie ma obaw, da sobie radę.

- Jej krwi?

Cetanu skinął tylko głową, a Ragta, mimo że chciał wiedzieć więcej, nie drążył dalej. Ponury Żniwiarz mógł być niższy od niego, ale to on nazywany był bogiem śmierci i to nie bez przyczyny. Ragta wiedział, że gdyby doszło do walki, to Czarny Łowca wyszedłby z tego jako ostatni zwycięzca.

- Siadaj, wszystko jest idealnie - zapewnił Cetanu, poklepując gałąź obok siebie otwartą dłonią.

Ragta po chwili ociągania usiadł obok Cetanu i zerknął ku domowi Guan. Wieczorem było tam o wiele spokojniej, ale wciąż czuć było tam swobodną radość i chęć życia.

Na placu między budynkami It’chi ćwiczył ze swoim najstarszym synem, a młodszy siedział wraz z ludzkim szczenięciem przy wejściu do domu na miękkich skórach turów.

- Jeszcze nie wiedzą o pieczęci - poinformował Cetanu. - Hult’kain jednak coś wyczuł. Jest ci bliski, prawda?

Ragta skinął tylko głową. Hult’kain był jednym z niewielu, którzy znaleźli się tak blisko boga ognia. Modlitwy, medytacje i ciężkie ćwiczenia sprawiły, że łowca był w stanie usłyszeć głos swojego boga o wiele wyraźniej i o wiele lepiej widział wszelkie jego znaki. Być może zobaczył już tę pieczęć w małej.

- Ui’stbi nie miał jednak wątpliwości - zaśmiał się Cetanu. - Szczwany lis. Zbyt dobrze go wyuczyłem.

- Lis? - zdziwił się Ragta.

- Oh, to takie psy, co chciały być kotami - odparł radośnie Żniwiarz. - Nieważne. - Cetanu machnął ręką. - Dawne dzieje.

Ragta zmarszczył tylko brwi i odetchnął. Spojrzał na rozgwieżdżone niebo widoczne między konarami drzew. Mimo że się martwił, czuł dziwny spokój. Widocznie zbyt mocno ufał Cetanu.

- Piękne są, prawda? - zaśmiał się Cetanu.

- Co? - zdziwił się Ragta.

- Gwiazdy - odparł Żniwiarz. - Są piękne. Szkoda, że gdy ich sięgnęliśmy, zapomnieliśmy, jakie są urocze, gdy są tam daleko.

Ragta się nie odezwał. Nie wiedział, co miałby odpowiedzieć na te słowa, jak zwykle zaplątane i tajemnicze.

Spojrzał jednak jeszcze raz na gwiazdy. Tym razem wydawały się o wiele jaśniejsze, mrugały do niego radośnie, przekornie. Spodobały my się, gdy były tam, daleko, mimo że potrafiłby w ciągu kilku chwil dolecieć do każdej z nich.

- Powiedziałeś kiedyś, że nie masz na imię Cetanu - zauważył nagle Ragta.

- Tak nazwali mnie łowcy - przyznał szczerze Żniwiarz. - Ale nie, nie mam tak na imię.

- Jak zatem?

Cetanu widocznie zawahał się, zmarszczył brwi, parsknął śmiechem i pokręcił głową.

- Nazywali mnie Legion - wyznał. - Przez długi, długi czas.

- Nie chcesz wrócić do tego? - zapytał Ragta.

- To tylko imię - przyznał Żniwiarz. - Mam ich wystarczająco dużo. Legion, czy Cetanu, nie robi mi to teraz różnicy.

I chociaż Ragta nie miał powodu, by mu nie wierzyć, czuł, że Żniwiarz tym razem po prostu kłamie.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz