Pierwsze ćwiczenia z synem były
dla mnie pełne dumy i zadowolenia. K’juhte był pojętny, zręczny i ewidentnie
miał zapał do nauki. Brakowało mu siły i wprawy, ale te, jak doskonale
wiedziałem, przyjść miały do niego z wiekiem.
- Dobrze - pochwaliłem syna,
układając dłoń na jego głowie. - Ćwicz to jak najczęściej. Gdy wrócę z
kolejnego polowania, pokażę ci więcej.
- Tak, ojcze. - K’juhte skinął
głową.
Był cichy i wyjątkowo posłuszny.
Stanowił dzięki temu niemałe przeciwieństwo brata, który, mimo tego, że miał dopiero
dwie zimy, już dawał się poznać jako krzykliwa i pełna różnorakich uczuć
bestia. Teraz jednak wyjątkowo siedział cicho - trwał nieruchomo, a o jego
ciało opierało się, śpiąc w najlepsze, ludzkie szczenię.
- Zbierz rzeczy i odłóż na raki
- poleciłem K’juhte. - Jutro z rana nauczę cię oprawiać trofea.
Gdy K’juhte zbierał broń, ja
podszedłem do leżącej na skórach dwójki. H’chak wyszła do miasta, gdzie
umówiona była z Matką Matek i innymi samicami. Z uwagi na swoje doświadczenie i
bezpośrednią naturę zwykle zajmowała się nowo wcielonymi do naszej dorosłej
społeczności samiczkami. Mogła wrócić późno, ale z racji, że byłem w domu, nie
musiała się tym przejmować.
Ukucnąłem przy śpiącej dwójce.
Lar’ja spojrzał na mnie z niezwykłą dla niego cichością i spokojem. Jedną ręką
obejmował ludzkie szczenię, które przy ciele swojego nowego brata szukało
ciepła i ochrony. Wiedziałem, że yautjańskie szczenięta są o wiele bardziej
zaradne niż te ludzkie, cieszyłem się jednak, że Lar’ja nie odrzucił nowej
siostry.
- Zmęczeni? - zapytałem,
wyciągając ręce do dwójki.
Trzymanie obu szczeniąt nie było
łatwe, tym bardziej podziwiałem H’chak, że daje sobie doskonale radę jako matka
już nie dwójki, ale trójki szczeniąt. Z oboma rękoma zajętymi nie byłem w
stanie zebrać skór, zakładałem jednak, że takowe znajdą się jeszcze w domu.
- Mogę ją ponieść?
Zerknąłem na K’juhte. Miał
dopiero siedem zim, ale był na dość silny, a ludzkie szczenię na dość lekkie,
by dał sobie radę. Włożyłem małą na ręce K’juhte, a on od razu przytulił ją do
siebie.
- Jest taka ciepła! - zawołał
zachwycony.
- Ludzie są zwykle nieco
zimniejsi od nas - zauważyłem, pochylając się i zwijając skóry. - Ona jest
jednak trochę cieplejsza. Nie wiem jednak dlaczego, nie wydaje się chora.
- Jak ma na imię?
Podniosłem się, na ramieniu
trzymając Lar’ję, a w drugiej ręce ściskając zwinięte skóry. Jak ma na imię?
Dobre pytanie. Przez cały ten czas była jedynie ludzkim szczenięciem, przez
myśl nawet nie przeszło mi, że mała potrzebuje imienia. Aż dotąd.
- Jest cieplutka jak mały
płomyczek - wyznał cicho K’juhte, tuląc szczenię do siebie.
Pomyślałem, że to całkiem dobry
pomysł i dość trafna uwaga.
- Więc może nazywać się Sir’ka -
zdecydowałem.
- Podoba mi się - stwierdził. -
Sir’ka.
K’juhte przytulił policzek małej
do swojego policzka. Sir’ka odpowiedziała mu tym samym, swoimi drobnymi
rączkami obejmując jego szyję. Była niewielka, drobna i bezbronna w tym
ogromnym dla niej, niebezpiecznym świecie.
Wniosłem Lar’ję do jednej z
sypialni w zachodnim skrzydle. Pomieszczenie służyło na razie wszystkim
dzieciom za sypialnię, ale wiedziałem, że gdy K’juhte podrośnie, przeniesie się
do innego pokoju. Na razie jednak cieszyłem się, że trójka pozostanie razem.
Inna sytuacja mogłaby być dla małej niebezpieczna.
Rozłożyłem skóry na posłaniu i ułożyłem
tam Lar’ję. Nie zdążyłem odebrać Sir’ki – K’juhte sam wdrapał się wraz z nią na
posłanie i przygarnął oboje rodzeństwa do siebie. Zamruczałem z zadowoleniem.
- Będziesz bronił ich za wszelką
cenę, dobrze, K’juhte?
Pokiwał ochoczo głową. Czułem,
że w niedługim czasie przyniesie radość swemu klanowi, a mnie będzie napawał
długo dumą za każdy swój czyn.
Zostawiłem rodzeństwo w sypialni
i sam ruszyłem do swojego gabinetu. Po krótkiej drzemce w fotelu czułem się
zdecydowanie lepiej, chociaż porządny sen w wygodnym łóżku naprawdę by mi się
przydał. Nie widziałem jednak H’chak od kilku tygodni i właśnie to zdecydowało,
że w gabinecie czekałem aż do momentu jej powrotu.
A później, mimo zmęczenia i
pragnienia snu, długo, długo trwałem obok niej.
~ * ~
- Hult’kain?
Łowca podniósł swoją głowę.
- D’to? Nie powinnaś wstawać.
Samica nie odezwała się,
Hult’kain podniósł się więc i stanął przed nią. D’to była jedną z najmniejszych
samic, jakie kiedykolwiek widział. Samce z rodu Kiande byli wysocy, zawsze
mieli co najmniej dwa i pół metra wzrostu, często dorównywali wzrostem samicom.
D’to była jednak niższa niż Hult’kain. Drobna i łagodna wydawała się przeciwieństwie
większości samic yautja.
Gdy Matka Matek przedstawiła ich
sobie, nie zaprotestował w żaden sposób. Zgodził się na jej wybór i wiedział,
ze zgodziłby się na każdą inną propozycję – wtedy, gdy wrócił z samotnej
wyprawy na Ziemię było mu wszystko jedno.
Wielu uważało wybór Matki Matek
za szalony. D’to była niewielka, a Kiande – brutalni. Mała samica nie miała
szans w starciu z silnymi samcami takimi, jak Hult’kain. Była przerażona, gdy
Hult’kain zabrał ją ze sobą i była tak samo przerażona następnego dnia i
kolejnego.
Potem przerażenie znikało,
powoli, dzień za dniem. Teraz, gdy niedawno urodził się im trzeci syn,
przerażenia nie było już wcale. Pozostała wdzięczność, przywiązanie i dla D’to
być może jeszcze coś więcej.
- Czy coś nie tak? – zapytał
cicho.
- Martwi cię coś. – Jej głos był
cichy i wydawał się zmęczony.
Hult’kain zaśmiał się krótko.
- Aktualnie ty – wyznał. – Nie
powinnaś wychodzić z domu, powinnaś odpoczywać. Pamiętasz, co mówiły
zaklinaczki?
- Hult’kain.
Łowca odetchnął tylko.
- Jest wiele rzeczy, które mnie
martwi, moja droga. Przede wszystkim jednak jesteś to teraz ty. Wróćmy do domu,
dobrze?
D’to skinęła głową, a łowca
zaprowadził ją do wnętrza budynku. Samica szła powoli i ostrożnie, ewidentnie
większy ruch sprawiał jej problemy. Hult’kain usadził ją w salonie na jednym z
foteli i okrył jej nogi grubym futrem. Gdy uklęknął obok niej, ułożyła mu dłoń
na szczęce i dotknęła jego kłów.
- Słyszałam, że It’chi przywiódł
ze sobą ludzkie szczenię – zauważyła cicho. – Dziewczynę. To cię martwi,
prawda?
- D’to…
- Nie musisz mnie okłamywać –
przerwała mu spokojnym tonem. – Ludzie zawsze cię martwili, wiem to.
Łowca złapał samiczkę za dłoń i
ściągnął jej palce ze swojej twarzy.
- Powinnaś odpoczywać –
zauważył. – Czy potrzebujesz leków? Czegoś do picia? Jedzenia?
- Nie, mój drogi –
odpowiedziała. – Potrzebuję upewnić się, ze dasz sobie radę tutaj beze mnie.
- D’to, przestań – nieomal
jęknął Hult’kain.
Samiczka zaśmiała się cicho.
- Gdyby pół wieku temu
powiedziano mi, że Kiande jest tak nieporadny, nie uwierzyłabym w to ani przez
moment.
- Nie jestem nieporadny –
zaprzeczył niechętnie.
- Jesteś – wyznała. – Czy możesz
zerknąć do szczeniąt? Thwei spał spokojnie, ale Thei był marudny.
- Jak zwykle. – Hult’kain
podniósł się. – Hult’ah?
- Jest spokojny – odpowiedziała.
– Powinno cię przestać już to dziwić.
- Zapewne nigdy nie przestanie –
wyznał. – Odpocznij.
Samiczka skinęła głową i oparła
się wygodniej o fotel, a Hult’kain skierował się na piętro. Trójka jego
szczeniąt spała na miękkich skórach pustynnych kotów. Thwei, najstarszy, zwinął
się w kłębek pod jedną ze skór. Thei pomrukiwał coś niespokojnie, a Hult’ah,
najmłodszy z całej trójki, siedział na skórach, wpatrując się w rozgwieżdżone
niebo widoczne za szeroko otwartym oknem.
Hult’ah podszedł do niego,
stuknął go palcami w czubek głowy, a gdy malec zwrócił na niego swoje oczy,
wskazał mu skóry i śpiących braci.
- Spać – polecił twardym tonem.
– Już.
Malec nie odpowiedział. Był
wyjątkowo cichy, w przeciwieństwie do większości młodych Kiande. Nim jednak
Hult’kain ponowił polecenie, Hult’ah odwrócił się od okna i naciągnął na siebie
jedną ze skór, zwijając się pod nią w ciasny kłębek.
Hult’kain odetchnął i sam spojrzał w rozgwieżdżone niebo. Było spokojne i ciche, przez co dusza łowcy wydawała się jeszcze bardziej niepewna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz