3. dom

 


Pierwsze ćwiczenia z synem były dla mnie pełne dumy i zadowolenia. K’juhte był pojętny, zręczny i ewidentnie miał zapał do nauki. Brakowało mu siły i wprawy, ale te, jak doskonale wiedziałem, przyjść miały do niego z wiekiem.

- Dobrze - pochwaliłem syna, układając dłoń na jego głowie. - Ćwicz to jak najczęściej. Gdy wrócę z kolejnego polowania, pokażę ci więcej.

- Tak, ojcze. - K’juhte skinął głową.

Był cichy i wyjątkowo posłuszny. Stanowił dzięki temu niemałe przeciwieństwo brata, który, mimo tego, że miał dopiero dwie zimy, już dawał się poznać jako krzykliwa i pełna różnorakich uczuć bestia. Teraz jednak wyjątkowo siedział cicho - trwał nieruchomo, a o jego ciało opierało się, śpiąc w najlepsze, ludzkie szczenię.

- Zbierz rzeczy i odłóż na raki - poleciłem K’juhte. - Jutro z rana nauczę cię oprawiać trofea.

Gdy K’juhte zbierał broń, ja podszedłem do leżącej na skórach dwójki. H’chak wyszła do miasta, gdzie umówiona była z Matką Matek i innymi samicami. Z uwagi na swoje doświadczenie i bezpośrednią naturę zwykle zajmowała się nowo wcielonymi do naszej dorosłej społeczności samiczkami. Mogła wrócić późno, ale z racji, że byłem w domu, nie musiała się tym przejmować.

Ukucnąłem przy śpiącej dwójce. Lar’ja spojrzał na mnie z niezwykłą dla niego cichością i spokojem. Jedną ręką obejmował ludzkie szczenię, które przy ciele swojego nowego brata szukało ciepła i ochrony. Wiedziałem, że yautjańskie szczenięta są o wiele bardziej zaradne niż te ludzkie, cieszyłem się jednak, że Lar’ja nie odrzucił nowej siostry.

- Zmęczeni? - zapytałem, wyciągając ręce do dwójki.

Trzymanie obu szczeniąt nie było łatwe, tym bardziej podziwiałem H’chak, że daje sobie doskonale radę jako matka już nie dwójki, ale trójki szczeniąt. Z oboma rękoma zajętymi nie byłem w stanie zebrać skór, zakładałem jednak, że takowe znajdą się jeszcze w domu.

- Mogę ją ponieść?

Zerknąłem na K’juhte. Miał dopiero siedem zim, ale był na dość silny, a ludzkie szczenię na dość lekkie, by dał sobie radę. Włożyłem małą na ręce K’juhte, a on od razu przytulił ją do siebie.

- Jest taka ciepła! - zawołał zachwycony.

- Ludzie są zwykle nieco zimniejsi od nas - zauważyłem, pochylając się i zwijając skóry. - Ona jest jednak trochę cieplejsza. Nie wiem jednak dlaczego, nie wydaje się chora.

- Jak ma na imię?

Podniosłem się, na ramieniu trzymając Lar’ję, a w drugiej ręce ściskając zwinięte skóry. Jak ma na imię? Dobre pytanie. Przez cały ten czas była jedynie ludzkim szczenięciem, przez myśl nawet nie przeszło mi, że mała potrzebuje imienia. Aż dotąd.

- Jest cieplutka jak mały płomyczek - wyznał cicho K’juhte, tuląc szczenię do siebie.

Pomyślałem, że to całkiem dobry pomysł i dość trafna uwaga.

- Więc może nazywać się Sir’ka - zdecydowałem.

- Podoba mi się - stwierdził. - Sir’ka.

K’juhte przytulił policzek małej do swojego policzka. Sir’ka odpowiedziała mu tym samym, swoimi drobnymi rączkami obejmując jego szyję. Była niewielka, drobna i bezbronna w tym ogromnym dla niej, niebezpiecznym świecie.

Wniosłem Lar’ję do jednej z sypialni w zachodnim skrzydle. Pomieszczenie służyło na razie wszystkim dzieciom za sypialnię, ale wiedziałem, że gdy K’juhte podrośnie, przeniesie się do innego pokoju. Na razie jednak cieszyłem się, że trójka pozostanie razem. Inna sytuacja mogłaby być dla małej niebezpieczna.

Rozłożyłem skóry na posłaniu i ułożyłem tam Lar’ję. Nie zdążyłem odebrać Sir’ki – K’juhte sam wdrapał się wraz z nią na posłanie i przygarnął oboje rodzeństwa do siebie. Zamruczałem z zadowoleniem.

- Będziesz bronił ich za wszelką cenę, dobrze, K’juhte?

Pokiwał ochoczo głową. Czułem, że w niedługim czasie przyniesie radość swemu klanowi, a mnie będzie napawał długo dumą za każdy swój czyn.

Zostawiłem rodzeństwo w sypialni i sam ruszyłem do swojego gabinetu. Po krótkiej drzemce w fotelu czułem się zdecydowanie lepiej, chociaż porządny sen w wygodnym łóżku naprawdę by mi się przydał. Nie widziałem jednak H’chak od kilku tygodni i właśnie to zdecydowało, że w gabinecie czekałem aż do momentu jej powrotu.

A później, mimo zmęczenia i pragnienia snu, długo, długo trwałem obok niej.

 

~ * ~

 

- Hult’kain?

Łowca podniósł swoją głowę.

- D’to? Nie powinnaś wstawać.

Samica nie odezwała się, Hult’kain podniósł się więc i stanął przed nią. D’to była jedną z najmniejszych samic, jakie kiedykolwiek widział. Samce z rodu Kiande byli wysocy, zawsze mieli co najmniej dwa i pół metra wzrostu, często dorównywali wzrostem samicom. D’to była jednak niższa niż Hult’kain. Drobna i łagodna wydawała się przeciwieństwie większości samic yautja.

Gdy Matka Matek przedstawiła ich sobie, nie zaprotestował w żaden sposób. Zgodził się na jej wybór i wiedział, ze zgodziłby się na każdą inną propozycję – wtedy, gdy wrócił z samotnej wyprawy na Ziemię było mu wszystko jedno.

Wielu uważało wybór Matki Matek za szalony. D’to była niewielka, a Kiande – brutalni. Mała samica nie miała szans w starciu z silnymi samcami takimi, jak Hult’kain. Była przerażona, gdy Hult’kain zabrał ją ze sobą i była tak samo przerażona następnego dnia i kolejnego.

Potem przerażenie znikało, powoli, dzień za dniem. Teraz, gdy niedawno urodził się im trzeci syn, przerażenia nie było już wcale. Pozostała wdzięczność, przywiązanie i dla D’to być może jeszcze coś więcej.

- Czy coś nie tak? – zapytał cicho.

- Martwi cię coś. – Jej głos był cichy i wydawał się zmęczony.

Hult’kain zaśmiał się krótko.

- Aktualnie ty – wyznał. – Nie powinnaś wychodzić z domu, powinnaś odpoczywać. Pamiętasz, co mówiły zaklinaczki?

- Hult’kain.

Łowca odetchnął tylko.

- Jest wiele rzeczy, które mnie martwi, moja droga. Przede wszystkim jednak jesteś to teraz ty. Wróćmy do domu, dobrze?

D’to skinęła głową, a łowca zaprowadził ją do wnętrza budynku. Samica szła powoli i ostrożnie, ewidentnie większy ruch sprawiał jej problemy. Hult’kain usadził ją w salonie na jednym z foteli i okrył jej nogi grubym futrem. Gdy uklęknął obok niej, ułożyła mu dłoń na szczęce i dotknęła jego kłów.

- Słyszałam, że It’chi przywiódł ze sobą ludzkie szczenię – zauważyła cicho. – Dziewczynę. To cię martwi, prawda?

- D’to…

- Nie musisz mnie okłamywać – przerwała mu spokojnym tonem. – Ludzie zawsze cię martwili, wiem to.

Łowca złapał samiczkę za dłoń i ściągnął jej palce ze swojej twarzy.

- Powinnaś odpoczywać – zauważył. – Czy potrzebujesz leków? Czegoś do picia? Jedzenia?

- Nie, mój drogi – odpowiedziała. – Potrzebuję upewnić się, ze dasz sobie radę tutaj beze mnie.

- D’to, przestań – nieomal jęknął Hult’kain.

Samiczka zaśmiała się cicho.

- Gdyby pół wieku temu powiedziano mi, że Kiande jest tak nieporadny, nie uwierzyłabym w to ani przez moment.

- Nie jestem nieporadny – zaprzeczył niechętnie.

- Jesteś – wyznała. – Czy możesz zerknąć do szczeniąt? Thwei spał spokojnie, ale Thei był marudny.

- Jak zwykle. – Hult’kain podniósł się. – Hult’ah?

- Jest spokojny – odpowiedziała. – Powinno cię przestać już to dziwić.

- Zapewne nigdy nie przestanie – wyznał. – Odpocznij.

Samiczka skinęła głową i oparła się wygodniej o fotel, a Hult’kain skierował się na piętro. Trójka jego szczeniąt spała na miękkich skórach pustynnych kotów. Thwei, najstarszy, zwinął się w kłębek pod jedną ze skór. Thei pomrukiwał coś niespokojnie, a Hult’ah, najmłodszy z całej trójki, siedział na skórach, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo widoczne za szeroko otwartym oknem.

Hult’ah podszedł do niego, stuknął go palcami w czubek głowy, a gdy malec zwrócił na niego swoje oczy, wskazał mu skóry i śpiących braci.

- Spać – polecił twardym tonem. – Już.

Malec nie odpowiedział. Był wyjątkowo cichy, w przeciwieństwie do większości młodych Kiande. Nim jednak Hult’kain ponowił polecenie, Hult’ah odwrócił się od okna i naciągnął na siebie jedną ze skór, zwijając się pod nią w ciasny kłębek.

Hult’kain odetchnął i sam spojrzał w rozgwieżdżone niebo. Było spokojne i ciche, przez co dusza łowcy wydawała się jeszcze bardziej niepewna.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz