5. czarownik

 


Planeta Łowów, ponad trzy lata po powrocie It’chi z Feralnego Polowania

Czas mijał, a moje szczenięta rosły. K’juhte stawał się coraz wyższy i silniejszy, a Lar’ja – coraz głośniejszy. Sir’ka też nabierała sił, wciąż jednak, zwłaszcza w porównaniu do braci, pozostawała drobna, krucha i delikatna.

Była jednak niesamowicie ciekawska i ta ciekawość zaczynała sprawiać nam coraz więcej problemów. Ciężko było już utrzymać ją w murach domostwa, a co za tym idzie – chronić przed innymi yautja, a zwłaszcza tymi, którzy byli w podobnym jej wieku i nie byli jej zbyt przychylni.

K’juhte kilka miesięcy temu rozpoczął swój trening i otrzymał pierwszy komplet broni. Szkolił go Atair, jeden z najlepszych trenerów w mieście, a ja byłem naprawdę dumny z postępów syna. Niepokoiło mnie jednak coś innego – gdy K’juhte wracał z treningów, chętnie opowiadał rodzeństwu o swoich zmaganiach i widziałam w oczach Sir’ki, jak niezdrowy zachwyt to w niej wywołuje.

- It’chi? Ui’stbi prosił cię, byś dziś do niego zajrzał. – H’chak weszła do mojego gabinetu, a za nią jak duch dreptała Sir’ka. – Mówił też, że chętnie zobaczy Sir’kę. Czy on nigdy nie widział człowieka?

- Widział, zapewne więcej razy, niż ja – wyznałem. – Lubi ją po prostu.

H’chak zamruczała dziwnie, a ja podniosłem się i minąłem stół, po czym ukucnąłem tak, by Sir’ka mogła łatwiej na mnie patrzeć.

- Pójdziesz ze mną do Ui’stbi? – zapytałem. – Może znów obejrzysz jego sztuczki z ogniem, hm, Sir’ka?

Dziewczynka pisnęła ze szczęście i podbiegła do mnie, od razu uczepiając się mojego płaszcza. Gdy miała dwa lata, zarówno ja, jak i H’chak przestaliśmy nosić ją na rękach. Z początku była marudna i niechętna do samodzielnych marszów, ale szybko odkryła, że z dala od nas i o własnych siłach jest w stanie zajść dalej i zobaczyć więcej, z czego, nie raz ku mojemu przerażeniu, skrzętnie korzystała.

- Wrócę wieczorem – zapewniłem H’chak, żegnając się z nią. – W porządku?

Samiczka skinęła głową, a ja wyszedłem z gabinetu. Za mną biegła Sir’ka, swoimi małymi kroczkami próbując nadążyć za mną i moim szybkim marszem.

Miała już pięć zim, ale wciąż była drobna i wątła. Blada skóra nie nabrała zbyt wielu kolorów, ale jej włosy były długie, lśniące i jasne niczym słońce.

Sir’ka szybko przegoniła mnie i wybiegła z domu z radosnym piskiem. Odetchnąłem i ruszyłem za nią. Gdy znalazłem się przed wejściem, zamruczałem rozbawiony – Sir’ka była niespokojną radością i radość tę potrafiła przelać już dosłownie na wszystko, w tym również na nasze psy. Aktualnie tuliła się do jednego z ogarów, mocno przytulając się do jego ciała.

- Sir’ka, idziemy – uprzedziłem, mijając ją.

Dziewczyna jeszcze raz wtuliła się cała w psa, po czym pobiegła za mną. Była ciekawska, często zatem w czasie drogi odbiegała, by przejrzeć się roślin i latającym wokoło kolorowym owadom. Jednak im bliżej byliśmy Miasta, tym więcej yautja pojawiało się na drodze i tym bliżej mnie Sir’ka się trzymała.

W samym Mieście jak zwykle było tłoczno i duszno. Sir’ka nie odstępowała mnie tutaj już nawet na krok, wczepiając palce w mój płaszcz i drepcząc za mną krok w krok.

Pracownia Ui’stbi znajdowała się niedaleko wschodniej bramy. Przy murze było chłodniej, z dala od centrum było tutaj też nieco mniej łowców. Sir’ka jednak nie wypuszczała mojego płaszcza z rąk.

Dom Ui’stbi był duży. Dwupiętrowy budynek miał kształt litery U, a w środku, na słonecznym dziedzińcu, znajdował się niewielki ogród pełen ziół, kwiatów i dziwacznie pachnących krzewów. Z laboratorium, które znajdowało się na piętrze, wydobywała się mleczna mgła i dochodziły stamtąd radosne głosy.

Nie zdołałem wejść do środka – z wnętrza wyszedł Ui’stbi, a zaraz za nim Hult’kain. Za ojcem szła dwójka jego dzieci, o ile dobrze kojarzyłem najstarszy i najmłodszy z jego synów, Thwei i Hult’ah.

- It’chi! – Ui’stbi rozłożył radośnie ręce, witając się ze mną.

- Witaj, Ui’stbi. – Uniosłem swoją dłoń. – Witaj, Hult’kain.

Kiande skinął ku mnie głową, chociaż jego spojrzenie było niechętne.

- Dobrze, że jesteś! – ucieszył się Ui’stbi. – Hult’kain, na pewno nie zostaniesz? Z synami?

Kiande skrzywił się ewidentnie, a z jego gardła wydostał się niechętny pomruk.

- Mam pracę w dokach – wyjaśnił.

- Hm. – Ui’stbi wydawał się niepocieszony. – Wszystko utrudniasz. Jakbym ci nie tłumaczył już, jak się to skończy.

Rozmowa między dorosłymi trwała, za to dzieci zaczęły interesować się sobą. Sir’ka wychyliła się zza swojego ojca i zerknęła ku dwóm braciom Kiande. Hult’ah stał nieco z tyłu przy Hult’kainie, ale Thwei był od brata odważniejszy i pewniejszy – stanął z przodu i posłał dziewczynie wściekłe spojrzenie. Gdy nie zareagowała, warknął na nią, na co Sir’ka zasyczała jak spłoszony kot i ukryła się za płaszczem ojca.

Ui’stbi zaśmiał się tylko na to, patrząc jednak zaciekawiony na młodzież. Hult’kain z kolei warknął na obu synów i gdy skierował się ku wyjściu, młodzi Kiande podążyli za nim bez słowa.

- Chodź, It’chi – polecił Ui’stbi, odsuwając się na bok i wskazując wejście do laboratorium. – Chodź, płomyczku. Porozmawiamy.

It’chi posłusznie wszedł do wnętrza. W laboratorium było chłodniej, chociaż pachniało tu dziwnie odczynnikami chemicznymi i ziołami. It’chi usadził się na jednym ze stołków przy wysokim stole, a na drugi z trudem, acz samodzielnie, wdrapała się Sir’ka.

- Chciałeś porozmawiać? – zapytał It’chi, gdy Ui’stbi usiadł naprzeciw niego.

- Tak – wyznał Ui’stbi. – Jak się czuje mała? Żadnych problemów?

- Nie jest chora – odpowiedział It’chi. – Jest za to bardzo kłopotliwa. Ciekawska.

Ui’stbi zaśmiał się tylko.

- Jest radosnym płomyczkiem – zauważył. – W przyszłości będziesz miał z nią o wiele więcej kłopotów, It’chi.

Westchnąłem tylko. Nie miałem powodów, by nie wierzyć czarodziejowi. O tym, że Sir’ka będzie kłopotliwa, utwierdzało mnie w przekonaniu wiele rzeczy – jej charakter, jej ciekawość świata i przede wszystkim jej buntownicze, pełne życia, ognia i różnorakich uczuć spojrzenie.

- Nie martw się. – Ui’stbi zamachał rękoma. – Wszystko jak na razie idzie zgodnie z wolą Cetanu.

- Czy to ma mnie pocieszać? – westchnąłem. – Że sam Bóg Śmierci miesza się w sprawy mojego rodu?

Czarownik zaśmiał się tylko.

- Cetanu daje i odbiera – zauważył. – Dotyczy to wszystkiego. Życia, chwały, ale także i innych, mniej oczywistych rzeczy. Przyprowadził cię do Sir’ki nie bez powodu.

Zamruczałem tylko cicho. Słowa Ui’stbi jak zwykle pozostawały zaplątane i tajemnicze, a moje pytania zwykle pozostawały bez odpowiedzi – Ui’stbi dzielił się wiedzą i wizjami chętnie, ale nigdy niczego nie wyjaśniał wprost. To znacząco utrudniało komunikację z czarownikiem.

- Chciałeś zapytać tylko o Sir’kę?

- Sądziłem, że przyjdziesz wcześniej – wyznał Ui’stbi, przesuwając się tak, by siedzieć naprzeciw Sir’ki. – Że Hult’kain zostanie dłużej.

- Co do tego mają Kiande? – zdziwiłem się.

Ui’stbi nie odpowiedział. Złożył przed sobą ręce, a gdy je rozłożył, tkwił między nimi mały płomień. Sir’ka pisnęła na ten widok, radośnie wyciągając ku temu zjawisku swoje ręce.

Ten niezdrowy pociąg do ognia też zaczynał mnie martwić. Dziewczyna często siedziała w salonie lub kuchni przed kominkiem, wpatrując się w płomienie. Wyciągała ku nim ręce, jakby były kolejną rzeczą do tulenia. Jakby nie miały jej oparzyć, zranić, ani skrzywdzić.

Odetchnąłem tylko, mimowolnie uśmiechając się na widok zadowolonego szczenięcia. Radość małej rosła za każdym razem, gdy Ui’stbi wykonywał coraz to nowsze sztuczki. Mały ognik w jego rękach przepływał przez jego palce, pojawiając się i znikając, co wywoływało podniecone piski Sir’ki.

- Czy aby bawienie się ogniem jest mądre, Ui’stbi? – zapytałem.

- Ogień jest dla niej tak naturalny, jak dla nas oddychanie – odpowiedział czarownik. – Ale o tym dowiesz się później. Nie teraz. Teraz masz tylko ją chronić.

- Wiesz więcej, niż mi mówisz – zauważyłem niezadowolony.

- Wiesz tyle, ile musisz wiedzieć – odpowiedział.

Ogień zniknął z jego rąk, ku widocznemu niezadowoleniu Sir’ki. Czarownik podniósł się, skierował do stojących pod ścianą regałów i wyjął stamtąd jedną z butelek.

- Przekaż to H’chak – polecił. – I powiedz, że dłużej nie będę tego ukrywał.

- Ukrywał czego? – zapytałem, zabierając butelkę.

- Tego – odpowiedział. – Idź już. Jakkolwiek chciałbym, abyście oboje zostali tu dłużej, powinieneś wracać już do domu, It’chi. Ja będę miał jeszcze swój czas dla was. Inni mogą go mieć o wiele mniej.

 

~ * ~

 

Hult’ah przysiadł przy stole w kuchni i zerknął na matkę. Dzisiaj musiała czuć się lepiej, gdyż kuchnie wypełniał zapach słodkich, gotowanych owoców. Jej ruchy wciąż były powolne, ale nie siedziała jak zwykle w salonie przy kominku.

Odkąd tylko Hult’ah pamiętał, jego matka była chora. Ojciec wyjątkowo mocno dbał o to, by miała zapewniony spokój – w ich domu rzadko słyszało się krzyki i nawoływania. Nawet, gdy z braćmi ćwiczyli w ogrodzie, byli cicho, gdyż ich wrzaski i ryki mogły być doskonale słyszane przez matkę w salonie.

Hult’kain zawsze był surowy dla swoich synów. Nie znosił, gdy mu się sprzeciwiali i nie wzbraniał się przed tym, żeby brutalnie ukazywać im, kto ma rację i władzę w domu. Hult’ah nie raz i nie dwa był zły na niego o to, ale wiedział, że dokładnie tak wygląda droga łowców i że kiedyś podziękuje ojcu za to surowe zachowanie.

Gdy matka postawiła przed nim miskę z gorącym, owocowym musem, wymamrotał jakieś podziękowanie i zabrał się do jedzenia. Mus owocowy był dla szczeniąt Kiande nie lada gratką. Zwykle łowcy z tego klanu żywili się mięsem i to często surowym. Gotowane rzeczy nie były zbyt częstym punktem diety, a już zwłaszcza w domu Hult’aha.

- Owoce…

- Gotowane!

Do kuchni wpadł Thwei i Thei. Dwójka usadziła się przy stole po obu stronach Hult’aha. D’to zamruczała ze śmiechem i postawiła dwie miski z musem również przed pozostałymi synami.

Cała trójka zabrała się do jedzenia. Nim skończyli, do kuchni wszedł też Hult’kain i zerknął na całą trójkę.

- Skończycie i do ćwiczeń – uprzedził ich twardym głosem. – Tyle gotowanych owoców na dzisiaj.

- To pierwsza porcja – jęknął Thwei.

Hult’kain warknął na niego wściekle, a Thwei przyklapł na swoim miejscu, szybko wylizując miskę do czysta. Skończyli jeść szybko i wyszli z kuchni, kierując się do ogrodu. Hult’kain odprowadził ich wzrokiem, po czym zwrócił swoje spojrzenie na D’to.

- Rozpieszczasz ich – zauważył. – To trzeci raz w tym tygodniu.

D’to zamruczała tylko rozbawiona.

- Czy też chcesz swoją porcję? – zapytała.

- Owszem – potwierdził, podchodząc do niej i podając jej niewielką butelkę. – Ui’stbi podaje ci leki. Radził brać podwójną dawkę, jeśli ból nie będzie mijał. Jak się czujesz?

- Dobrze – potwierdziła. – Myślałam, aby wybrać się dziś do Matki Matek.

- Pójść z tobą? – zapytał od razu, siadając przy stole.

- Jeśli będziesz tak miły mnie odprowadzić. – D’to postawiła przed Hult’kainem miskę z owocowym musem.

- Oczywiście, moja droga. Dopilnuję tylko szczeniąt i będziemy mogli pojechać.

- Czy możemy się przejść? – zapytała, siadając obok niego przy stole.

- Przejść?  - zdziwił się. – Nie jestem pewien, czy powinnaś, D’to.

- Czuję się dobrze, mój drogi – zauważyła. – Proszę.

Hult’kain zamruczał cicho, ale w końcu skinął głową.

- Jak sobie życzysz.

Hult’kain zabrał się za jedzenie. Mus był słodki, gorący i gęsty. Nawet jeśli łowca nie chciał tego przyznać, lubił ten smak. To, że D’to nie robiła go zbyt często, jedynie zwiększało radość za każdym razem, gdy go próbował.

Jego synowie w ogrodzie ćwiczyli, nawet tutaj, w kuchni, słyszał ich ciche głosy i szczęk broni. Gdy skończył mus, wszedł do ogrodu, twardym głosem poprawił błędy synów i pozostawił ich samych na ćwiczeniach, zabierając D’to do Miasta.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz