1. przeciwności

 


Planeta Łowów, czternaście lat po powrocie It’chi z Feralnego Polowania

Widok It’chi w głównym placu mojego domu wcale mi się nie podobał. Klan Guan nigdy nie przepadał za Kiande, zresztą z ogromną wzajemnością, ale It’chi był inny… nawet jeśli od małego stał murem za swoimi, to nie wahał się równie mocno stanąć za nami. Był nienaturalną siłą i spokojem, jakiego nie wiedziałem nigdzie indziej. Dziwiło mnie to nie mniej, niż jego widok teraz, tutaj.

Thwei, stojący obok mnie, był wyraźnie zdenerwowany. Przed chwilą wrócił z kolejnej bójki, mocny siniec pod okiem zaczynał nabierać niezdrowej, czerwonej barwy. Mogłem uznać, że pobił się z którymkolwiek z łowców, ale mocne oparzenie na ramieniu i ta zaskakująca obecność It’chiego jedynie utwierdzało mnie w przekonaniu, z kim toczył walkę.

- Idź do siebie - warknąłem na niego. - Pilnuj braci, żeby dziś już nigdzie nie wychodzili.

Thwei skinął głową i zniknął mi z oczu. Odwróciłem się do It’chiego - łowca właśnie podchodził do mnie. Wyglądał jak zwykle spokojnie, chociaż w jego oczach czaił się głęboko skrywany smutek. Nie złość czy rozdrażnienie. Smutek.

- It’chi - zacząłem.

- Witaj, Hult’kain - przywitał się, unosząc dłoń. - Czy nie zastałem cię w ważnych sprawach? Chciałbym porozmawiać.

Nie odpowiedziałem, pokazałem jedynie wejście do domu. It’chi skinął głową i wszedł do alkierza dla gości, gdzie, zachęcony moim kolejnym gestem, usiadł na jednym z krzeseł. Nie był ubrany w swój rynsztunek, ale z ramienia zwieszał się jego granatowy, długi płaszcz. Nie przyszedł zatem walczyć lub oskarżać. Tym mocniej zaciekawiła mnie jego obecność.

- O czym chcesz porozmawiać? - zapytałem.

- Szukam kogoś, kto zna język ludzi. - It’chi rzadko się rozwodził w tematach, a jego bezpośredniość zawsze była mi na rękę. - Moja córka, Sir’ka… chcę, żeby umiała mówić, jak ludzie, a Ui’stbi mówił, że znasz ludzką mowę.

Znałem, owszem. Uczyłem się jej przez długie, gorące tygodnie w Kongo na Ziemi. Gorące nie tylko z powodu samego klimatu lasów. Na wspomnienie o tym zrobiło mi się jednak zimno. Ui’stbi wiedział o wielu rzeczach, które tyczyły się mnie i całego mojego klanu. Wiedział też, co robiłem wtedy w ziemskich lasach. Dochowywał tajemnicy przez te wszystkie lata, a teraz… nagle…

Zerknąłem na It’chiego. Łowca wpatrywał się we mnie ze spokojem i oczekiwaniem. Nie, Ui’stbi nie wydałby mnie, nie w taki sposób. Powiedział tyle, ile It’chi mógł wiedzieć. Znajomość ludzkiej mowy nie była aż taka dziwna. Wielu z naszych dość dobrze rozumiało ludzi. Koniec końców jednak z nich wszystkich to ja mogłem okazać się w tym najlepszy. Miałem przecież doskonałą nauczycielkę.

Wspomnienie rozlało się falą bólu, rozgoryczenia i zimnej, suchej tęsknoty. Było jednocześnie miłe i nieprzyjemne. Tęskniłem i wściekałem się zawsze, gdy do mnie wracało.

- Mam uczyć twoją znajdę? - burknąłem z niechęcią. - Prosisz mnie o to jako przywódca Guan? Mnie? Kiande?

- Proszę cię o to jako ojciec - zaprzeczył. - Zrozumiem, jeśli odmówisz. Byłbym jednak rad, gdyby mogła uczyć się właśnie od ciebie.

- Skąd to nagłe pragnienie? - parsknąłem.

- Wygoda - wyznał. - Sir’ka będzie u ciebie grzeczna. Boi się ciebie.

Mruknąłem tylko na wpół z niechęcią, a wpół z zadowoleniem. O tak, zakładałem, że nie tylko ta znajda, ale również dwaj synowie It’chi się mnie boją. Z moimi synami wobec przywódcy klanu Guan było w końcu podobnie.

- Dlaczego uważasz, że się zgodzę?

- Nie wiem - odpowiedział spokojnie. - Ui’stbi polecił mi ciebie. Nie zwykłem negować jego wyborów, nawet jeśli wciąż mówi jak szaleniec.

Oczywiście, wszyscy wiedzieliśmy, jaki jest Ui’stbi - został czarownikiem nie tylko dlatego, że pobłogosławili go bogowie ognia, wody, ziemi i powietrza, ale też dlatego, że sam Cetanu wejrzał w jego oczy. Konfrontacja z Bogiem Śmierci miała swoją cenę, Ui’stbi często mówił jak szalony, nieskładnie opisując wizje, które Cetanu sprowadzał na niego w czasie nocnego snu. Był jednak pełen mądrości i w dniach, gdy Ponury Żniwiarz w nim milczał, jego rada służyła każdemu.

- Miał wizję, gdy ci radził do mnie iść? - zdziwiłem się.

- Sir’ka została pobłogosławiona przez Ragta - zauważył spokojnie It’chi. - Ui’stbi uznał, że to ty powinieneś ją uczyć. Chociaż… opisał to nieco inaczej.

- Inaczej? - dopytywałem.

- Ragta pobłogosławił ją i dał światu tylko ze względu na Kiande - odpowiedział spokojnym tonem It’chi, zapewne cytując słowo w słowo mowę Ui’stbi. - Więc u Kiande powinna się znaleźć.

Nabrałem głęboko powietrza do ust i wypuściłem go z nieprzyjemnym charkotem. Ui’stbi! Tyle słów i tyle zapewnień, że ta tajemnica nie ujrzy światła dziennego, a teraz… cholerny czarownik!... Takie słowa mogły być niebezpieczne.

It’chi nie wydawał się jednak ani zły, ani podejrzliwy. Jego spokój sprawiał, że zaczynałem się denerwować jeszcze mocniej. Szybko jednak odetchnąłem ze spokojem - przywódca klanu Guan nie był skory do podwójnej gry, uważany był za szczerego i bezpośredniego. Ceniłem go za to mimo wszelkich waśni naszych rodzin.

- Czy zgodzisz się ją uczyć?

Skinąłem tylko sztywno głową. Gdzieś w środku mnie coś krzyczało i wołało, że powinienem przestać, że należy kategorycznie odmówić. Usłuchałem raz tego głosu, ponad dwadzieścia lat temu i możliwe, że żałowałem tego do dziś. Ta druga strona, tęskna i melancholijna, uśmiechnęła się teraz smutno. Wiedziała, że dla mnie już za późno, ale… nie wiedziałem, jakie “ale”, jednak coś pchało mnie, by się zgodzić.

- Wybacz, ojcze. Czcigodny It’chi.

Zwróciłem swoją głowę ku wejściu. Stał tam Hult’ah, najmłodszy z moich synów. Skłonił głowę ku It’chi. Szanował starszego łowcę, wiedziałem o tym. Jego nienawiść klanów nie dotknęła aż tak mocno jak jego gorącej krwi braci.

- Witaj, Hult’ah! - It’chi przywitał się radośnie, wyciągając w górę dłoń. - Wyrosłeś. Zdrowie dopisuje?

- Tak, czcigodny It’chi - odpowiedział usłużnie Hult’ah. - Ojcze…

- O co chodzi? - zapytałem nieprzyjemnym tonem.

Nigdy nie wychowywałem synów lekką ręką. Byłem wobec nich oschły tak, jak oschłym był mój ojciec wobec mnie. Wiedziałem, że nienawidzili mnie za to i kochali tak, jak ja nienawidziłem i kochałem ojca.

- Przyszła Matka Matek - wyjaśnił Hult’ah.

- Oh, czyli na mnie już czas! - It’chi podniósł się natychmiast. - Kiedy mogę przysłać Sir’kę?

- Dziś - odpowiedziałem, również się podnosząc. - Teraz.

It’chi skinął głową i wyszedł. W progu przywitał się jeszcze z Luar’ke, Pani Matką. Samiczka przytuliła go czule i dopiero po kilku słowach odesłała dalej.

- Hult’kain! - Matka Matek uniosła swoją dłoń w powitaniu. - I Hult’ah, tak? Jest za młody, wezwij najstarszego.

Parsknąłem. Matka Matek nigdy nie lubiła owijania w bawełnę.

- Idź po brata, Hult’ah - poleciłem.

Najmłodszy z moich synów skłonił się przed Matką Matek i zniknął w korytarzu, a ja zaprosiłem Luar’ke do alkierza.

- Pogodziłeś się z It’chi? - zapytała, siadając na tym samym miejscu, które zajął wcześniej przywódca klanu Guan.

- Nie - zaprzeczyłem. - Przyszedł, aby prosić o nauki dla swojej córki.

- Ciebie? - zdziwiła się. - Guan? Kiande?

- Też byłem zaskoczony - przyznałem.

- Zgodziłeś się?

Skinąłem głową, a Luar’ke zamruczała z aprobatą.

- Ona swoje szkolenie u mnie zacznie za rok - zauważyła Matka Matek.

- Będziesz szkolić ludzkie szczenię?! - zawołałem zaskoczony.

- Owszem - odpowiedziała spokojnie. - Kto wie… może wydam ją za któregoś z twoich synów.

Parsknąłem niezadowolony. Tok rozmowy zaczynał bardzo mi się nie podobać, zwłaszcza w obliczu szalonych i dziwnych słów Ui’stbi.

- Los lubi być przewrotny, Hult’kain - zauważyła spokojnie. - I nie idzie nie zauważyć jednego.

- Czego? - zdziwiłem się, czując dziwny dreszcz na plecach.

- Ognia - odpowiedziała. - Thwei! Doskonale! Podejdź tu!

Mój pierworodny, dwudziestoletni już łowca, posłusznie podszedł i sztywno skłonił się przed Matką Matek. Samica pytała go o wiele rzeczy, a ja w połowie rozmowy przestałem reagować.

Ogień. Odetchnąłem. Ogień prowadził nas, Kiande od bardzo dawna, a mimo to Ragta pobłogosławił swoim darem ludzkie szczenię, słabą znajdę. Spodziewałem się, że skończy się to źle, chociaż nigdy bym nie przeczuwał, że aż tak.

 

~ * ~

 

- Siadaj – poleciłem, wskazując Sir’ce kamienne krzesło.

Dziewczyna zerknęła na mnie niepewnie, ale szybko usadziła się na ogromnym dla niej siedzisku. Przy równie ogromnym dla niej stole z kamienia wydawała się jeszcze mniejsza i jeszcze słabsza, niż normalnie. Wiedziałem jednak, że to kłamliwe wrażenie. Widziałem w końcu jej ogień, zarówno ten dany jej przez Ragtę, jak i ten podarowany jej przez Cetanu. Jakby tego było mało, jej zadziorność, upór i pragnienie udowodnienia, że wcale nie jest słaba, dopełniały reszty.

- Słyszałaś kiedykolwiek język ludzi? – zapytał ją, stając przed ogromną mapą, która znajdowała się na ścianie mojego gabinetu. – Rozumiesz z niego cokolwiek?

- Nie – odpowiedziała. – I nie.

Mruknąłem nieco niezadowolony. Liczyłem, że kobieta zna jakiekolwiek podstawy. Zaczynanie wszystkiego od początku wydawało mi się trudniejsze i uciążliwe.

- Jesteś człowiekiem – zauważyłam, odwracając się ku niej. – Nigdy sama nie chciałam nauczyć się języka ludzi? Twojego języka? Twoich zwyczajów?

Pokręciła głową. Widziałem w jej oczach coś na wzór buntu i coś, co mogłoby wyglądać jak zaintrygowanie. Podszedłem do stołu i wyciągnąłem ramię przed siebie. Kilka ruchów drugą dłonią sprawiło, że na biurku wyświetlił się ponad blatem ekran, pełen liter, tekstów, pieśni, opowieści i zdjęć.

Sir’ka przebiegła szybko wzrokiem przez to wszystko. Zaintrygowanie w jej oczach stało się większe, niż jej buta.

- Większość rzeczy będzie dla ciebie trudna na początku – stwierdziłem, kopiując ekran Sir’ki tak, by samemu widzieć go też ponad swoim ramieniem. – Jeśli czegokolwiek nie zrozumiesz, pytaj. Jasne?

- Tak – odpowiedziała, unosząc na mnie swoje spojrzenie. – Dlaczego się zgodziłeś, lordzie Hult’kain?

Uniosłem spojrzenie i zerknąłem na Sir’kę.

- Miałam pytać, gdybym czegoś nie rozumiała – wyjaśniła. – Nie rozumiem dlaczego zgodziłeś się mnie uczyć, lordzie Hult’kain.

- Twój ojciec mnie o to prosił – odpowiedziałem. – Zajmij się lepiej nauką i ogranicz swoje pytania do lekcji, znajdo.

Sir’ka skinęła tylko głową i spojrzała na ekran.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz