Planeta Łowów, dwanaście lat
po powrocie It’chi z Feralnego Polowania
Odetchnąłem ciężko, patrząc
niezadowolonym spojrzeniem na stojący w dokach statek.
- Czy naprawdę nie da się nic
zrobić? – zapytałem.
Hideth rozłożył jedynie ręce.
- To stary statek, sam wiesz –
odpowiedział. – Silniki nie wyrabiają. Mogę to naprawić, ale za miesiąc znowu
do mnie wrócisz. Czas chyba pozwolić temu małemu złomowi znaleźć się tam, gdzie
małe złomny powinny się znaleźć.
Zamruczałem niechętnie. Mój
statek nie był zbyt duży i służył mi od czasów, kiedy przeszedłem rytuał młodej
krwi. Lubiłem go i to na tyle mocno, że wciąż poddawałem go naprawom. Teraz
jednak Hideth nie podjął się ich tak chętnie.
Podszedłem do statku i
poklepałem maszynę po burcie.
- Mogę ci poszukać czegoś –
mruknął Hideth. – Używanego lub nowego, jak wolisz.
- Sam to załatwię –
odpowiedziałem cicho. – Możesz rozebrać ten na części, jeśli chcesz.
- Cóż, coś na pewno da się
odzyskać – przyznał.
Skinąłem głową.
- Sir’ka, wracamy – zarządziłem,
wychodząc z doku Hidetha.
Kobieta uniosła swoją głowę i
podniosła się z miejsca. Była wyjątkowo cicha i wiedziałem, że duże znaczenie
ma to, że znajdowaliśmy się tak blisko nieprzychylnych nam Kiande. Łowcy
obrzucali ją niechętnymi spojrzeniami. Do niedawana dziewczyna spuszczała swój
wzrok – teraz hardo rzucała im wyzwanie swoim spojrzeniem, co rozwścieczało
klan ognia jeszcze bardziej.
Od dwóch lat ćwiczyła pod moją
opieką. Bałem się, że wysłanie ją do innych trenerów może źle się skończyć,
treningami zająłem się zatem osobiście. Oprócz tego ćwiczyła też u Ui’stbi.
Czarownik pomagał jej opanować jej pieczęć. Ogień nie znikał jednak, wręcz
przeciwnie – pojawiał się coraz częściej, coraz większy i niebezpieczniejszy.
- Co ze statkiem? – zapytała.
- Będziemy musieli poszukać
innego – przyznałem. – Może nawet dwóch. K’juhte niedługo przejdzie rytuał,
jeden statek to dla nas już za mało.
Dziewczyna skinęła głową, a ja
skierowałem się do wyjścia z doków. Sir’ka natychmiast podbiegła do mnie i
trzymała się blisko mnie, dopóki nie opuściliśmy portu. Na drodze za portem
było mniej Kiande, a co za tym idzie – dziewczyna czuła się nieco swobodniej.
- Doki były dzisiaj strasznie
puste – zauważyła.
- Zbliża się sezon –
odpowiedziałem. – Wielu łowców już wyruszyło na polowania, iskierko.
Sir’ka przechyliła nieco głowę,
ale nie odezwała się więcej. Miała jednak rację – w dokach było dziś wyjątkowo
mało Kiande, a ci, którzy tam pracowali, wydawali się czymś wyjątkowo
podnieceni. Nie zauważyłem też Hult’kaina, ani tym bardziej nie usłyszałem jego
głosu.
- Nie wracamy do domu? –
zdziwiła się Sir’ka, gdy skręciłem na rozstaju w całkiem inną stronę, niż w
kierunku naszego domostwa.
- Nie – zaprzeczyłem. –
Potrzebujemy statków, a chciałbym to załatwić dzisiaj. Chcesz wrócić do domu?
- Pójdę z tobą, ojcze – odpowiedziała.
Skinąłem głową i ruszyłem dalej,
a Sir’ka dreptała równo przy mnie. Wyrosła już sporo, chociaż wciąż wydawała
się drobna i krucha. Oh, jak złudne było to wrażenie. Ta jej pozorna
bezbronność znikała natychmiast, gdy przychodziło do walki. Pojawiał się ogień,
dziki i szalony, niepokojący, jak mało co.
- Idziemy do Kiande? – zdziwiła
się.
- Cóż, to jeden z klanów, które
zajmują się statkami, czyż nie?
Sir;ka skinęła głową, ale nie
odezwała się więcej. Widziałem też po niej, że zaczęła się mocno denerwować –
bardziej, im bliżej domostw Kiande się znajdowaliśmy.
Klan ognia nie był największym
rodem, ale zdecydowanie miał sporo członków. Większość łowców czynnie brała
udział we wszelkich polowaniach, zarówno na naszej planecie, jak i poza nią.
Byli uważani za dobrych łowców, chociaż ich brutalność i rządza krwi nie miała
sobie równych.
Wielu Kiande pracowało w dokach.
Południowy port był w ogromnej części zajęty właśnie przez nich. Doskonale
znali się zarówno na budowaniu, jak i na naprawianiu statków. Oczywiście,
mogłem udać się do Tuakaan lub Cuhty, ale ich statki były drogie, a mimo
wszystko to Kiande uważani byli za najlepszych architektów kosmicznych
pojazdów.
- Denerwujesz się? – zapytałem
rozbawiony, widząc, jak Sir’ka z każdym metrem idzie coraz bliżej mnie. –
Myślałem, że nie boisz się Kiande.
- Nie boję się! – odpowiedziała
hardo.
Zamruczałem rozbawiony.
Oczywiście, że się nie bała. Codzienne bójki, zaczepki i ten gorący płomień w
niej samej mówiły same za siebie. Upominanie jej nie dawało za wiele – dzień
lub dwa spokoju były przerywane kolejnym pojedynkiem. O niektórych wiedziałem,
o niektórych dowiadywałem się z kolejnych plotek, a o niektórych nie miałem
nawet zielonego pojęcia. Dziś wydawało mi się, że było spokojnie. Mina Sir’ki i
jej zdenerwowanie świadczyły jednak o czymś innym.
- Nie powinniśmy się poddawać
nienawiści, która nas nie dotyczy, iskierko – zauważyłem spokojnie. – Kiande
nic nam nie zrobili. Ani mnie, ani tobie.
Dziewczyna skrzywiła się tylko.
- Wręcz przeciwnie – dodałem. –
Byli nam bardziej przychylni, niż ktokolwiek by myślał. Zwłaszcza wobec ciebie.
Sir’ka zerknęła na mnie
zaskoczona. Może chciała o coś zapytać, może nie – powstrzymała się jednak od
jakiegokolwiek komentarza, gdy do jej uszu doszły podniecone krzyki i nawoływanie.
Spojrzałem przed siebie. Główny dom Kiande, dwór Hult’kaina był tuż przed nami.
Wokoło budynku rozpalono
ogniska. Wysokie płomienie sięgały ku niebu, radośnie tańcząc w każdą stronę.
Trzaskały iskrami, które wirowały w powietrzu. Pomiędzy płomieniami tańczyli
młodzi Kiande, a kilku odważnych młodzieńców przeskakiwało przez płomienie.
Cały klan ewidentnie coś świętował.
- Powinniśmy wrócić do domu,
iskierko – zauważyłem. – To nie jest dobry moment na rozmowy z Kiande.
Dziewczyna spojrzała na mnie
krótko, ale zaraz przeniosła swój wzrok na ogromne ogniska. Nim jednak
zwróciłem jej uwagę po raz kolejny, ktoś podszedł do nas.
- It’chi? – Hult’kain zmrużył
oczy i stanął przed nami. – Co tu robisz?
Uniosłem swoją dłoń na
powitanie, a przywódca klanu Kiande skinął ku mnie głową.
- Nie wiedziałem, ze świętujecie
– zauważyłem przepraszającym tonem. – Wybacz mi moje najście, Hult’kain.
- Potrzebujesz czegoś?
Skinąłem tylko głową.
- Statku – odparłem szczerze. –
To może poczekać.
- Raczej będzie musiało –
parsknął Hult’kain. – Wątpię, abym znalazł dziś trzeźwego inżyniera. Przyjdź
jutro po pierwszym księżycu do doków. Wtedy porozmawiamy.
Pokiwałem głową. Hult’kain miał
wyjątkowo dobry humor i wcale mu się nie dziwiłem. Jeśli klan świętował, radość
była jak najbardziej na miejscu.
- Dziękuję. – Hult’kain skinął
lekko, a ja zerknąłem ku Sir’ce, która stała za mną, wtulając się w mój
płaszcz. – Sir’ka, idziemy. Sir’ka?
Dziewczyna nie zareagowała,
wpatrując się szeroko otwartymi oczyma w scenę przed sobą. W jej oczach odbijał
się ogień, żywy, radosny i gorący.
- Ogień się nie podoba? –
mruknął zadziornym tonem Hult’kain.
- Wręcz przeciwnie –
zaprzeczyłem z westchnięciem. – Niezdrowo ją fascynuje.
Hult’kain nie odpowiedział, ale
zauważyłem, że jego oczy mrużą się nieznacznie, a szczęki zaciskają mocno.
Sir’ka wciąż wpatrywała się w ogromne ogniska, ale gdy postukałem ją palcami po
głowie, zerknęła na mnie dziwnie błagalnie.
- Idziemy, iskierko – zarządziłem.
Skinęła głową i gdy ruszyłem do
domu, posłusznie podreptała za mną.
~ * ~
- Hult’ah! Idziesz?!
Hult’ah zerknął na braci. Thwei
i Thei machnęli ku niemu rękoma. Odpowiedział im podobnym gestem, ale nie
ruszył się z miejsca.
- Zaraz przyjdę – odkrzyknął.
Rodzeństwo skierowało się ku
ogniskom, a Hult’ah zerknął na drogę, gdzie przed Hult’kainem stał It’chi oraz
jego córka. Sir’ka wpatrywała się z uporem w ogień. Z tej odległości Hult’ah
nie potrafił powiedzieć niczego więcej, mimo to nie ruszył się ani w jedną, ani
w drugą stronę.
Hult’ah nie wiedział dlaczego,
ale zawsze na jej widok zatrzymywał się i wpatrywał się w nią jak głupiec.
Czasami po prostu tak patrzył bez żadnych konsekwencji, a czasami sprowadzało
to na niego kłopoty. Zwykle sprowadzało to na niego kłopoty i to w postaci
kolejnej bójki z Guan.
Młody yautja potarł niechętnie
ramię. Było zaczerwienione i piekło, ale wiedział, że lekkie oparzenia po ogniu
Sir’ki zniknął do rana. Kiande mieli dość dużą odporność na ogień, nawet ten
magiczny, który zawsze pojawiał się przy Sir’ce.
It’chi wraz z córką odwrócili
się i odeszli, a Hult’ah szybko wycofał się. Czasami, gdy pracował w dokach
albo wracał z ojcem od Ui’stbi, Hult’kain przyłapywał go na tym wpatrywaniu się
w dziewczynę, co było o wiele gorsze, niż razy i ogień, które czekały na niego
w pojedynku z Guan. Ojciec zawsze był surowy, ale na tę dziwną fascynację
Hult’aha Sir’ką reagował szczególnie agresywnie.
- No w końcu! – Thwei uniósł
ręce. – Gdzieś ty był, co?
- Cały czas tutaj – wyznał szczerze
Hult’ah.
- No co ty nie powiesz –
parsknął Thei. – Chodź. Masz już trzynaście zim, najwyższy czas, żebyś zaczął
skakać.
Hult’ah skinął tylko głową i
ruszył za braćmi ku największemu z ognisk. Płomienie sięgały wysoko, wyżej, niż
w innych ogniskach. Hult’ah widział już, jak jego bracia skakali przez taki ogień.
Płomienie oblizywały wtedy ich skórę. Skoki były jednak bardzo szybkie i Hult’ah
wątpił, by ten ogień był w stanie zrobić mu więcej, niż płomienie, które wydobywała
z siebie Sir’ka.
- Gotowy? – zapytał Thwei.
Hult’ah skinął głową.
- Chcesz iść po mnie? – dodał po
chwili najstarszy z braci Kiande.
- Nie – zaprzeczył Hult’ah. – Chcę
iść pierwszy. Sam.
Thwei skinął głową i odsunął się
nieco. Skakanie przez ogień nie było wyjątkowo trudne, jednak ognisko, które wybrali
synowi Hult’kaina było ogromne i zdecydowanie niepolecane na pierwsze skoki. Hult’ah
jednak nie zawahał się.
Stojący w cieniu domu Hult’kain widział
to doskonale. Pewność, odwagę i zacięcie w swoim najmłodszym synu. Podobało mu się
to, a jedyne, co go martwiło, wiązało się z tym, jak pozornie niezauważenie wpatrywał
się w coś, w co wpatrywać się właściwie nie powinien.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz