10. święto ognia

 


Planeta Łowów, dwanaście lat po powrocie It’chi z Feralnego Polowania

Odetchnąłem ciężko, patrząc niezadowolonym spojrzeniem na stojący w dokach statek.

- Czy naprawdę nie da się nic zrobić? – zapytałem.

Hideth rozłożył jedynie ręce.

- To stary statek, sam wiesz – odpowiedział. – Silniki nie wyrabiają. Mogę to naprawić, ale za miesiąc znowu do mnie wrócisz. Czas chyba pozwolić temu małemu złomowi znaleźć się tam, gdzie małe złomny powinny się znaleźć.

Zamruczałem niechętnie. Mój statek nie był zbyt duży i służył mi od czasów, kiedy przeszedłem rytuał młodej krwi. Lubiłem go i to na tyle mocno, że wciąż poddawałem go naprawom. Teraz jednak Hideth nie podjął się ich tak chętnie.

Podszedłem do statku i poklepałem maszynę po burcie.

- Mogę ci poszukać czegoś – mruknął Hideth. – Używanego lub nowego, jak wolisz.

- Sam to załatwię – odpowiedziałem cicho. – Możesz rozebrać ten na części, jeśli chcesz.

- Cóż, coś na pewno da się odzyskać – przyznał.

Skinąłem głową.

- Sir’ka, wracamy – zarządziłem, wychodząc z doku Hidetha.

Kobieta uniosła swoją głowę i podniosła się z miejsca. Była wyjątkowo cicha i wiedziałem, że duże znaczenie ma to, że znajdowaliśmy się tak blisko nieprzychylnych nam Kiande. Łowcy obrzucali ją niechętnymi spojrzeniami. Do niedawana dziewczyna spuszczała swój wzrok – teraz hardo rzucała im wyzwanie swoim spojrzeniem, co rozwścieczało klan ognia jeszcze bardziej.

Od dwóch lat ćwiczyła pod moją opieką. Bałem się, że wysłanie ją do innych trenerów może źle się skończyć, treningami zająłem się zatem osobiście. Oprócz tego ćwiczyła też u Ui’stbi. Czarownik pomagał jej opanować jej pieczęć. Ogień nie znikał jednak, wręcz przeciwnie – pojawiał się coraz częściej, coraz większy i niebezpieczniejszy.

- Co ze statkiem? – zapytała.

- Będziemy musieli poszukać innego – przyznałem. – Może nawet dwóch. K’juhte niedługo przejdzie rytuał, jeden statek to dla nas już za mało.

Dziewczyna skinęła głową, a ja skierowałem się do wyjścia z doków. Sir’ka natychmiast podbiegła do mnie i trzymała się blisko mnie, dopóki nie opuściliśmy portu. Na drodze za portem było mniej Kiande, a co za tym idzie – dziewczyna czuła się nieco swobodniej.

- Doki były dzisiaj strasznie puste – zauważyła.

- Zbliża się sezon – odpowiedziałem. – Wielu łowców już wyruszyło na polowania, iskierko.

Sir’ka przechyliła nieco głowę, ale nie odezwała się więcej. Miała jednak rację – w dokach było dziś wyjątkowo mało Kiande, a ci, którzy tam pracowali, wydawali się czymś wyjątkowo podnieceni. Nie zauważyłem też Hult’kaina, ani tym bardziej nie usłyszałem jego głosu.

- Nie wracamy do domu? – zdziwiła się Sir’ka, gdy skręciłem na rozstaju w całkiem inną stronę, niż w kierunku naszego domostwa.

- Nie – zaprzeczyłem. – Potrzebujemy statków, a chciałbym to załatwić dzisiaj. Chcesz wrócić do domu?

- Pójdę z tobą, ojcze – odpowiedziała.

Skinąłem głową i ruszyłem dalej, a Sir’ka dreptała równo przy mnie. Wyrosła już sporo, chociaż wciąż wydawała się drobna i krucha. Oh, jak złudne było to wrażenie. Ta jej pozorna bezbronność znikała natychmiast, gdy przychodziło do walki. Pojawiał się ogień, dziki i szalony, niepokojący, jak mało co.

- Idziemy do Kiande? – zdziwiła się.

- Cóż, to jeden z klanów, które zajmują się statkami, czyż nie?

Sir;ka skinęła głową, ale nie odezwała się więcej. Widziałem też po niej, że zaczęła się mocno denerwować – bardziej, im bliżej domostw Kiande się znajdowaliśmy.

Klan ognia nie był największym rodem, ale zdecydowanie miał sporo członków. Większość łowców czynnie brała udział we wszelkich polowaniach, zarówno na naszej planecie, jak i poza nią. Byli uważani za dobrych łowców, chociaż ich brutalność i rządza krwi nie miała sobie równych.

Wielu Kiande pracowało w dokach. Południowy port był w ogromnej części zajęty właśnie przez nich. Doskonale znali się zarówno na budowaniu, jak i na naprawianiu statków. Oczywiście, mogłem udać się do Tuakaan lub Cuhty, ale ich statki były drogie, a mimo wszystko to Kiande uważani byli za najlepszych architektów kosmicznych pojazdów.

- Denerwujesz się? – zapytałem rozbawiony, widząc, jak Sir’ka z każdym metrem idzie coraz bliżej mnie. – Myślałem, że nie boisz się Kiande.

- Nie boję się! – odpowiedziała hardo.

Zamruczałem rozbawiony. Oczywiście, że się nie bała. Codzienne bójki, zaczepki i ten gorący płomień w niej samej mówiły same za siebie. Upominanie jej nie dawało za wiele – dzień lub dwa spokoju były przerywane kolejnym pojedynkiem. O niektórych wiedziałem, o niektórych dowiadywałem się z kolejnych plotek, a o niektórych nie miałem nawet zielonego pojęcia. Dziś wydawało mi się, że było spokojnie. Mina Sir’ki i jej zdenerwowanie świadczyły jednak o czymś innym.

- Nie powinniśmy się poddawać nienawiści, która nas nie dotyczy, iskierko – zauważyłem spokojnie. – Kiande nic nam nie zrobili. Ani mnie, ani tobie.

Dziewczyna skrzywiła się tylko.

- Wręcz przeciwnie – dodałem. – Byli nam bardziej przychylni, niż ktokolwiek by myślał. Zwłaszcza wobec ciebie.

Sir’ka zerknęła na mnie zaskoczona. Może chciała o coś zapytać, może nie – powstrzymała się jednak od jakiegokolwiek komentarza, gdy do jej uszu doszły podniecone krzyki i nawoływanie. Spojrzałem przed siebie. Główny dom Kiande, dwór Hult’kaina był tuż przed nami.

Wokoło budynku rozpalono ogniska. Wysokie płomienie sięgały ku niebu, radośnie tańcząc w każdą stronę. Trzaskały iskrami, które wirowały w powietrzu. Pomiędzy płomieniami tańczyli młodzi Kiande, a kilku odważnych młodzieńców przeskakiwało przez płomienie. Cały klan ewidentnie coś świętował.

- Powinniśmy wrócić do domu, iskierko – zauważyłem. – To nie jest dobry moment na rozmowy z Kiande.

Dziewczyna spojrzała na mnie krótko, ale zaraz przeniosła swój wzrok na ogromne ogniska. Nim jednak zwróciłem jej uwagę po raz kolejny, ktoś podszedł do nas.

 

- It’chi? – Hult’kain zmrużył oczy i stanął przed nami. – Co tu robisz?

Uniosłem swoją dłoń na powitanie, a przywódca klanu Kiande skinął ku mnie głową.

- Nie wiedziałem, ze świętujecie – zauważyłem przepraszającym tonem. – Wybacz mi moje najście, Hult’kain.

- Potrzebujesz czegoś?

Skinąłem tylko głową.

- Statku – odparłem szczerze. – To może poczekać.

- Raczej będzie musiało – parsknął Hult’kain. – Wątpię, abym znalazł dziś trzeźwego inżyniera. Przyjdź jutro po pierwszym księżycu do doków. Wtedy porozmawiamy.

Pokiwałem głową. Hult’kain miał wyjątkowo dobry humor i wcale mu się nie dziwiłem. Jeśli klan świętował, radość była jak najbardziej na miejscu.

- Dziękuję. – Hult’kain skinął lekko, a ja zerknąłem ku Sir’ce, która stała za mną, wtulając się w mój płaszcz. – Sir’ka, idziemy. Sir’ka?

Dziewczyna nie zareagowała, wpatrując się szeroko otwartymi oczyma w scenę przed sobą. W jej oczach odbijał się ogień, żywy, radosny i gorący.

- Ogień się nie podoba? – mruknął zadziornym tonem Hult’kain.

- Wręcz przeciwnie – zaprzeczyłem z westchnięciem. – Niezdrowo ją fascynuje.

Hult’kain nie odpowiedział, ale zauważyłem, że jego oczy mrużą się nieznacznie, a szczęki zaciskają mocno. Sir’ka wciąż wpatrywała się w ogromne ogniska, ale gdy postukałem ją palcami po głowie, zerknęła na mnie dziwnie błagalnie.

- Idziemy, iskierko – zarządziłem.

Skinęła głową i gdy ruszyłem do domu, posłusznie podreptała za mną.

 

~ * ~

 

- Hult’ah! Idziesz?!

Hult’ah zerknął na braci. Thwei i Thei machnęli ku niemu rękoma. Odpowiedział im podobnym gestem, ale nie ruszył się z miejsca.

- Zaraz przyjdę – odkrzyknął.

Rodzeństwo skierowało się ku ogniskom, a Hult’ah zerknął na drogę, gdzie przed Hult’kainem stał It’chi oraz jego córka. Sir’ka wpatrywała się z uporem w ogień. Z tej odległości Hult’ah nie potrafił powiedzieć niczego więcej, mimo to nie ruszył się ani w jedną, ani w drugą stronę.

Hult’ah nie wiedział dlaczego, ale zawsze na jej widok zatrzymywał się i wpatrywał się w nią jak głupiec. Czasami po prostu tak patrzył bez żadnych konsekwencji, a czasami sprowadzało to na niego kłopoty. Zwykle sprowadzało to na niego kłopoty i to w postaci kolejnej bójki z Guan.

Młody yautja potarł niechętnie ramię. Było zaczerwienione i piekło, ale wiedział, że lekkie oparzenia po ogniu Sir’ki zniknął do rana. Kiande mieli dość dużą odporność na ogień, nawet ten magiczny, który zawsze pojawiał się przy Sir’ce.

It’chi wraz z córką odwrócili się i odeszli, a Hult’ah szybko wycofał się. Czasami, gdy pracował w dokach albo wracał z ojcem od Ui’stbi, Hult’kain przyłapywał go na tym wpatrywaniu się w dziewczynę, co było o wiele gorsze, niż razy i ogień, które czekały na niego w pojedynku z Guan. Ojciec zawsze był surowy, ale na tę dziwną fascynację Hult’aha Sir’ką reagował szczególnie agresywnie.

- No w końcu! – Thwei uniósł ręce. – Gdzieś ty był, co?

- Cały czas tutaj – wyznał szczerze Hult’ah.

- No co ty nie powiesz – parsknął Thei. – Chodź. Masz już trzynaście zim, najwyższy czas, żebyś zaczął skakać.

Hult’ah skinął tylko głową i ruszył za braćmi ku największemu z ognisk. Płomienie sięgały wysoko, wyżej, niż w innych ogniskach. Hult’ah widział już, jak jego bracia skakali przez taki ogień. Płomienie oblizywały wtedy ich skórę. Skoki były jednak bardzo szybkie i Hult’ah wątpił, by ten ogień był w stanie zrobić mu więcej, niż płomienie, które wydobywała z siebie Sir’ka.

- Gotowy? – zapytał Thwei.

Hult’ah skinął głową.

- Chcesz iść po mnie? – dodał po chwili najstarszy z braci Kiande.

- Nie – zaprzeczył Hult’ah. – Chcę iść pierwszy. Sam.

Thwei skinął głową i odsunął się nieco. Skakanie przez ogień nie było wyjątkowo trudne, jednak ognisko, które wybrali synowi Hult’kaina było ogromne i zdecydowanie niepolecane na pierwsze skoki. Hult’ah jednak nie zawahał się.

Stojący w cieniu domu Hult’kain widział to doskonale. Pewność, odwagę i zacięcie w swoim najmłodszym synu. Podobało mu się to, a jedyne, co go martwiło, wiązało się z tym, jak pozornie niezauważenie wpatrywał się w coś, w co wpatrywać się właściwie nie powinien.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz