Planeta Łowów, niecałe
trzynaście lat po powrocie It’chi z Feralnego Polowania
Spojrzałem na synów, którzy
pakowali broń i zapasy, a potem zerknąłem na Sir’kę, która cicho siedziała na
schodkach wejściowych do domu. Gdy zamruczałem cicho, od razu uniosła swoje
spojrzenie, a gdy wskazałem palcami ziemię przy sobie, podniosła się i
posłusznie stanęła przy mnie.
Dziś znowu szkoliła się u
Ui’stbi. Z nauk nie wróciła jednak sama – H’de przyprowadził ją osobiście do
domu, potulną, posłuszną i cichą. Żołnierz nie powiedział nic na temat jej
zachowania, zakładałem jednak, że skoro odprowadził ją do domu i skoro była tak
cicha, musiała przeskrobać coś bardziej, niż zwykle.
H’de przekazał za to ciekawsze
informacje. Na równinach na wschód od miasta pojawiło się duże stado łań. Wielu
naszych z miasta ruszało na polowanie. Stado było blisko i łatwo było zapolować
na zwierzęta. Król wyznaczył tereny polowań i również Guan przypadło coś w
zasługach. Teren nie był duży, ale łani, o ile H’de się nie mylił, było
naprawdę dużo.
- Nie narozrabiaj – poleciłem, stukając
Sir’kę w czubek jej głowy. – Lepiej nie narażać H’de na niepotrzebne spacery.
- Lord H’de i tak szedł do nas –
mruknęła niezadowolona.
- Możliwe – zamruczałem
rozbawiony. – Dlaczego zatem przyprowadził cię ze sobą?
Sir’ka odwróciła tylko głowę, ukazując,
jak bardzo nie chce rozmawiać o tym, co stało się wcześniej. Mogłem zakładać
wiele scenariuszy ale ten, że znowu pobiła się z którymś z Kiande wydawał się
najprawdopodobniejszy.
- Zostań w domu – poleciłem. –
To potrwa tylko kilka dni.
- Lord Ui’stbi prosił, żebym
jutro u niego była – wyznała.
Westchnąłem. Ui’stbi zwiększył
ostatnio ilość i czas spotkań z Sir’ką. Często też opuszczał z nią swoją
pracownię i szkolił ją za miastem, na skałach. Widziałem to miejsce nie tak
dawno – szare bloki skalne znaczyły czarne ślady po niebezpiecznym ogniu, a
ziemia była sucha, spalona i w niektórych miejscach przetopiona na szkło. Myśl,
że ta siła, która tak zdewastowała ten teren, pochodziła od mojej córki
przyprawiała mnie czasem o zimne dreszcze.
- Prosto do Ui’stbi i prosto do
domu od niego – ostrzegłem. – Zrozumiałaś? Sir’ka?
Kobieta skinęła głową.
Wiedziałem, że stara się mi być posłuszna, ale ten dziwaczny ogień w jej sercu
pchał ją do rzeczy głupich, które robiła bez cienia zastanowienia. Martwiło
mnie to. Na próbie trzeba było wykazać się wieloma rzeczami, siła była ważna,
ale wolałem, by Sir’ka była rozważniejsza i sprytniejsza. Poleganie tylko na
jej darze mogło się źle dla niej skończyć.
- Gdy wrócę, nie chcę usłyszeć
listy twoich wybryków jako pierwszej rzeczy – przestrzegłem ją. – Słuchaj się
Ui’stbi.
- Tak, ojcze.
Kobieta przytuliła się do mnie,
a potem do każdego ze swoich braci. Gdy ruszyliśmy na równiny, z ciężkim sercem
stawiałem każdy krok, czując, że wiele złego i wiele dobrego może stać się w krótkim
czasie naszego polowania.
~ * ~
- Dobrze, płomyczku. – Ui’stbi
wydawał się wyjątkowo zadowolony. – Jutro poćwiczymy na skałach, przyjdź tam
równo z drugim słońcem.
- Dobrze, lordzie Ui’stbi.
Czarownik machnął ku kobiecie
ręką, a Sir’ka skierowała się do wyjścia. W progu zatrzymała się jednak i
zmarszczyła brwi. Jej bezruch nie uszedł uwadze czarownikowi.
- Co się stało, płomyczku? –
zapytał rozbawiony.
- Nie będziesz mi dziś mówił,
żebym, nie sprowadzała kłopotów, lordzie Ui’stbi? – zapytała.
- A czy coś to da? – zaśmiał
się. – Idź już lepiej, nie chcę, żebyś się spóźniła.
- Spóźniła? – zdziwiła się. –
Ale… na co?
- Idź już – polecił jej jeszcze
raz.
Kobieta zrobiła wyjątkowo
niezadowoloną minę, ale wyszła z laboratorium, a potem skierowała się na zalane
słońcem ulice miasta. O tej porze roku było tutaj duszno i wyjątkowo upalnie.
Sir’ka doskonale czuła to gorąco, nawet jeśli ten płomień w niej samej miał o
wiele większą temperaturę.
- Uważaj, znajdo!
Gdy ktoś popchnął ją mocno,
uderzyła plecami o mur za sobą. Kilku młodych łowców zamruczało z niechęcią ku
niej. Gdy podniosła się i wyprostowała, stając naprzeciw nim, zaśmiali się i
ruszyli dalej. W jej rękach momentalnie pojawił się ogień, szybko jednak zgasł,
a kobieta odetchnęła ciężko.
Obiecała ojcu, że będzie
grzeczna. Obiecała, że nie narobi mu kłopotów. Nie było jej łatwo się tak po
prostu opanować. To, że była gorzej traktowana przez młodych łowców właściwie
jej nie dziwiło. Złość powodował u niej fakt, że mimo iż śmiali się z niej i
jej dokazywali, prawie żaden z nich nigdy nie chciał z nią walczyć. Sir’ka
westchnęła i ruszyła ku bramom, a stamtąd drogą ku własnemu domowi.
Była już sporo poza miastem, gdy
nagle usłyszała czyjś niemiły głos.
- Cholerna znajda. Znowu się tu
pałętasz, huh?
Kobieta odwróciła się, a jej
serce momentalnie zabiło żywiej. Kiande. Najstarszy z synów Hult’kaina stał
oparty o mur przy magazynach metalu. Miał niechętne spojrzenie, ale nie ruszył
się nawet o krok.
Thwei był od niej starszy o
siedem lat i przygotowywał się do rytuału krwi. Niedługo miał stać się
pełnoprawnym łowcą i Sir’ka nie wątpiła, że będzie jednym z najlepszych zarówno
ze swojego klanu, jak i ze wszystkich yautja. Nie to jednak zachwycało ją i
ujmowało w postawie Thweiego.
Wielu łowców patrzyło na nią z
góry lub powątpiewało w jej umiejętności. Thwei jednak nigdy nie odmówił jej
walki. Gdy warczała i ewidentnie wyzywała go na pojedynek, stawał naprzeciw
niej, wściekły, ale gotowy do starcia. Inni łowcy po prostu tego nie robili.
- Cholerny Kiande –
odpowiedziała mu. – Znowu tu stoisz?
Parsknął, kończąc całość
niezadowolonym pomrukiem. Nie ruszył się jednak z miejsca, co było dla niego
dość niezwykłe.
- Uważaj sobie, znajdo –
warknął. – Bo jeszcze ktoś skręci ci ten twój paskudny, ludzki kark.
- Zawsze możesz spróbować –
podjudziła go.
Tym razem Thwei odsunął się od
ściany i z wściekłym pomrukiem ruszył ku kobiecie. Momentalnie pochyliła się, a
gdy z warknięciem wyciągnął ku niej rękę, opadła niczym kot na cztery łapy i
zaatakowała.
To nie był ich pierwszy
pojedynek i zapewne nie ostatni. Gdy kobieta pochyliła się, Thwei wycofał się o
krok. Doskonale wiedział, że dziewczyna jest szalona, nieobliczalna i że ciężko
się z nią walczy. Była zwinna i często potrafiła wykorzystać to na własną
korzyść.
Jej siła była niewielka, a ze
zwinnością Thwei jeszcze mógłby sobie poradzić. Prawdziwym problemem było
błogosławieństwo Ragty, ogień, którym Sir’ka zaczynała się posługiwać coraz
lepiej.
Thwei splunął na ziemię i rzucił
się na Sir’kę. Uskoczyła, o cal mijając jego rozcapierzone palce. Pazury byłyby
w stanie rozszarpać jej gardło i wcale nie miały zamiaru chybić. Thwei walczył
zawsze na poważnie i to sprawiało, że tak często prowokowała te pojedynki.
Yautja atakował, z
niezadowoleniem przyjmując fakt, że Sir’ka uskakiwała zręcznie przed każdym
jego ciosem. Pojedynek trwał tylko chwilę – w końcu Thwei sięgnął kobiety,
złapał ją i uderzył jej ciałem mocno o ziemię.
Jęknęła, krzywiąc się z bólu.
Thwei warknął i ruszył znowu ku niej, zatrzymał się jednak, gdy ciało kobiety
omiótł ciemny, czarny niemal płomień. Ogień pojawił się, potem drugi, oblizując
postać Sir’ki.
- Przeklęte czary. – Thwei
splunął na ziemię. – Przeklęta znajda.
Sir’ka skuliła się i obróciła na
bok, po czym jedną ręką oparła się o ziemię. Czarny płomień pojawił się znowu,
tym razem na dłużej.
- Nie… podchodź… – jęknęła.
- Skręcę ci kark i…
- Zostań tam!
Thwei zatrzymał się, gdy Sir’ka
wyciągnęła dłoń ku niemu. To nie był obronny gest, a jej słowa nie miały w
sobie nic z błagalnego jęku. Czarny ogień znów ogarnął jej ciało, a kobieta
opuściła dłoń i niepewnie wpatrywała się w swoje ręce. Oddychała ciężko,
nierówno.
- Co tu się dzie…
Hult’kain przerwał swoją
wypowiedź w połowie, gdy jego spojrzenie osiadło na synu, a zaraz potem na
skulonej niedaleko Sir’ce. Czarne płomienie pojawiały się i znikały, a kobieta
zaciskała mocno palce na własnych ramionach, wciąż oddychając nierówno. Ewidentnie
się bała, jednak jej strach nie dotyczył ani pojedynku sprzed chwili, ani tego,
że obok znajdują się dwaj Kiande.
Hult’kain zamruczał niechętnie i
podszedł do Sir’ki. Spojrzała na niego przerażona, pokręciła głową i chciała
cofnąć się, ale łowca złapał ją za szczękę w silnym, chociaż nie agresywnym
geście.
- Uspokój się – polecił cichym
tonem. – Ui’stbi uczył cię nad tym panować, czyż nie?
Skinęła lekko głową, po czym
pokręciła nią gwałtownie. Hult’kain mruknął niechętnie i kucnął przed kobietą.
Czarny płomień pojawił się znowu, oblizał ciało dziewczyny, a potem dłoń
Kiande. Hult’kain nie cofnął dłoni, mimo że ogień ewidentnie go sięgnął.
- Idź po It’chiego, Thwei –
polecił Hult’kain, nie odrywając wzroku od Sir’ki.
- Ojcze? – zdziwił się młody
yautja.
- Idź do Guan – polecił twardo Hult’kain.
– Znajdź jej ojca i sprowadź go do naszego domu.
- Ale… - zaczął niechętnie
Thwei.
- Idź!
Tym razem młody łowca nie
sprzeciwił się ojcu. Cicho wycofał się i pobiegł w stronę domów Guan. Hult’kain
z kolei odetchnął i zerknął na Sir’kę.
- Oddychaj – polecił. – Uspokój
się.
- Potrzebuję… lorda… Ui’stbi… -
jęknęła cicho kobieta.
- Ui’stbi wyleciał kilka minut
temu na rytuał na Dharię – poinformował Hult’kain. – Osobiście odprowadziłem go
do statku. Poradzisz sobie z tym sama, znajdo.
Kobieta spojrzała przerażona na
łowcę i Hult’kain nie wiedział, co tak naprawdę ją przestraszyło: jej ogień,
obecność Kiande, czy może to, że Ui’stbi tym razem jej nie pomoże.
Wciąż znajdowali się przy
magazynach metalu, gdzie pracowało całkiem sporo yautja. Pojedynek Thweiego i
Sir’ki zwrócił uwagę kilku łowców, ale teraz zaczęło zbierać się ich jeszcze
więcej. Hult’kain widział ich zaciekawione spojrzenia i wątpił, by przy tylu
obcych i niechętnych ludziom yautja Sir’ka zdołała spokojnie opanować swój
wściekły dar.
- Świątynia Ragty jest niedaleko
– zauważył. – Czy dasz radę iść za mną?
Kobieta pokręciła głową, a
Hult’kain warknął tylko krótko. W końcu jednak ściągnął z siebie swój płaszcz,
otoczył nią dziewczynę i podniósł ją bez najmniejszego problemu. Nie opierała
mu się. Zaciskała mocno oczy i pięści, szeptała coś do siebie, lecz mimo jej
prób, czarny ogień wciąż wydobywał się z jej ciała.
Hult’kain szedł szybko. Na
ziemiach Kiande znalazł się po kilku minutach i od razu skierował się do starej,
kamiennej, mrocznej świątyni.
- Znajdo? Oddychaj. Spokojnie. –
Hult’kain poprawił uścisk na drobnym ciele dziewczyny. – Spójrz na mnie.
Oddychaj.
- L-lordzie Hult’kain…
- Oddychaj – polecił jeszcze
raz. – Nic złego się nie dzieje, słyszysz? Twój ojciec niedługo tu będzie.
Uspokój się i oddychaj.
Dziewczyna zacisnęła mocno oczy,
ale jej oddech nie uspokoił się. Hult’kain wszedł do świątyni i usadził Sir’kę
na kamiennym ołtarzu. Wokoło paliły się pochodnie, ale było tu chłodno i
mrocznie.
- Patrz na mnie – polecił. –
Znajdo.
Sir’ka zerknęła na łowcę. W jej
oczach Hult’kain widział strach, ale to nie jego się bała w tej chwili.
- Ja już… już nie potrafię…
Hult’kain westchnął tylko i
wyprostował się.
- Jeśli nie potrafisz tego
zatrzymać, to płoń – polecił sucho. – Tak długo, jak będzie trzeba.
- Ja nie…
- Znajdo – przerwał jej twardym
tonem. – Nic nikomu się tu nie stanie. Masz czas. Pamiętasz, co mówił Ui’stbi?
Pokiwała głową.
- Żebym nie dusiła tego w sobie
– wyszeptała.
- Gdy skończysz, twój ojciec
będzie czekał na ciebie – zauważył Hult’kain. – Nikt nie będzie ci tu
przeszkadzał.
Sir’ka pokiwała głową, a
Hult’kain skierował do wyjścia. Był zaledwie w progu, gdy za jego plecami
buchnął ogień, ogarniając wnętrze kaplicy blaskiem i niewyobrażalnym ciepłem.
Płomienie były czarne, niebezpieczne i ewidentnie wypełnione wściekłą magią.
Hult’kain założył ręce na pierś.
Minęło kilka minut, a płomienie za nim wciąż tłukły się wściekle po wnętrzu
kamiennej kaplicy. Nie przestawały wydobywać się z ciała Sir’ki nawet wtedy,
gdy przed ojcem stanął zdyszany Thwei i nieco mniej zmęczony biegiem Hult’ah.
- Gdzie jej ojciec? – zapytał
niechętnie Hult’kain. – Bracia?
- Lord It’chi zabrał synów na
równiny – odpowiedział spokojnie Hult’ah. – Thei go szuka.
Hult’kain westchnął tylko w
odpowiedzi, ale w końcu skinął głową i zerknął do wnętrza kaplicy. Przed
ołtarzem siedziała skulona Sir’ka, ogarnięta płomieniami, które rozlewały się
co jakiś czas na wszystkie strony. Ogień był przepiękny, żywy i bardzo
energiczny, ale też niebezpieczny. Gorący, namiętny i bardzo zabójczy.
- Zostań tu – polecił Hult’kain,
wskazując na najmłodszego syna. – Thwei, pójdziesz ze mną na równiny.
- Ojcze? – zdziwił się Hult’ah.
- Lepiej, żeby nie była sama –
zauważył Hult’kain. – Nie ruszaj jej i nie wchodź tam. Po prostu tu bądź,
zrozumiałeś?
- Tak, ojcze. – Hult’ah pokiwał
głową.
- Zanim skończy, powinniśmy
wrócić.
Hult’kain wraz z Thweim
skierowali się do garaży, skąd wyciągnęli małe ścigacze. Po chwili zniknęli z
pola widzenia Hult’aha. Młody łowca odwrócił się i przechylił głowę na bok,
wpatrując się z dziwnym zainteresowaniem w płonącą Sir’kę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz