11. czarny ogień

 


Planeta Łowów, niecałe trzynaście lat po powrocie It’chi z Feralnego Polowania

Spojrzałem na synów, którzy pakowali broń i zapasy, a potem zerknąłem na Sir’kę, która cicho siedziała na schodkach wejściowych do domu. Gdy zamruczałem cicho, od razu uniosła swoje spojrzenie, a gdy wskazałem palcami ziemię przy sobie, podniosła się i posłusznie stanęła przy mnie.

Dziś znowu szkoliła się u Ui’stbi. Z nauk nie wróciła jednak sama – H’de przyprowadził ją osobiście do domu, potulną, posłuszną i cichą. Żołnierz nie powiedział nic na temat jej zachowania, zakładałem jednak, że skoro odprowadził ją do domu i skoro była tak cicha, musiała przeskrobać coś bardziej, niż zwykle.

H’de przekazał za to ciekawsze informacje. Na równinach na wschód od miasta pojawiło się duże stado łań. Wielu naszych z miasta ruszało na polowanie. Stado było blisko i łatwo było zapolować na zwierzęta. Król wyznaczył tereny polowań i również Guan przypadło coś w zasługach. Teren nie był duży, ale łani, o ile H’de się nie mylił, było naprawdę dużo.

- Nie narozrabiaj – poleciłem, stukając Sir’kę w czubek jej głowy. – Lepiej nie narażać H’de na niepotrzebne spacery.

- Lord H’de i tak szedł do nas – mruknęła niezadowolona.

- Możliwe – zamruczałem rozbawiony. – Dlaczego zatem przyprowadził cię ze sobą?

Sir’ka odwróciła tylko głowę, ukazując, jak bardzo nie chce rozmawiać o tym, co stało się wcześniej. Mogłem zakładać wiele scenariuszy ale ten, że znowu pobiła się z którymś z Kiande wydawał się najprawdopodobniejszy.

- Zostań w domu – poleciłem. – To potrwa tylko kilka dni.

- Lord Ui’stbi prosił, żebym jutro u niego była – wyznała.

Westchnąłem. Ui’stbi zwiększył ostatnio ilość i czas spotkań z Sir’ką. Często też opuszczał z nią swoją pracownię i szkolił ją za miastem, na skałach. Widziałem to miejsce nie tak dawno – szare bloki skalne znaczyły czarne ślady po niebezpiecznym ogniu, a ziemia była sucha, spalona i w niektórych miejscach przetopiona na szkło. Myśl, że ta siła, która tak zdewastowała ten teren, pochodziła od mojej córki przyprawiała mnie czasem o zimne dreszcze.

- Prosto do Ui’stbi i prosto do domu od niego – ostrzegłem. – Zrozumiałaś? Sir’ka?

Kobieta skinęła głową. Wiedziałem, że stara się mi być posłuszna, ale ten dziwaczny ogień w jej sercu pchał ją do rzeczy głupich, które robiła bez cienia zastanowienia. Martwiło mnie to. Na próbie trzeba było wykazać się wieloma rzeczami, siła była ważna, ale wolałem, by Sir’ka była rozważniejsza i sprytniejsza. Poleganie tylko na jej darze mogło się źle dla niej skończyć.

- Gdy wrócę, nie chcę usłyszeć listy twoich wybryków jako pierwszej rzeczy – przestrzegłem ją. – Słuchaj się Ui’stbi.

- Tak, ojcze.

Kobieta przytuliła się do mnie, a potem do każdego ze swoich braci. Gdy ruszyliśmy na równiny, z ciężkim sercem stawiałem każdy krok, czując, że wiele złego i wiele dobrego może stać się w krótkim czasie naszego polowania.

 

~ * ~

 

- Dobrze, płomyczku. – Ui’stbi wydawał się wyjątkowo zadowolony. – Jutro poćwiczymy na skałach, przyjdź tam równo z drugim słońcem.

- Dobrze, lordzie Ui’stbi.

Czarownik machnął ku kobiecie ręką, a Sir’ka skierowała się do wyjścia. W progu zatrzymała się jednak i zmarszczyła brwi. Jej bezruch nie uszedł uwadze czarownikowi.

- Co się stało, płomyczku? – zapytał rozbawiony.

- Nie będziesz mi dziś mówił, żebym, nie sprowadzała kłopotów, lordzie Ui’stbi? – zapytała.

- A czy coś to da? – zaśmiał się. – Idź już lepiej, nie chcę, żebyś się spóźniła.

- Spóźniła? – zdziwiła się. – Ale… na co?

- Idź już – polecił jej jeszcze raz.

Kobieta zrobiła wyjątkowo niezadowoloną minę, ale wyszła z laboratorium, a potem skierowała się na zalane słońcem ulice miasta. O tej porze roku było tutaj duszno i wyjątkowo upalnie. Sir’ka doskonale czuła to gorąco, nawet jeśli ten płomień w niej samej miał o wiele większą temperaturę.

- Uważaj, znajdo!

Gdy ktoś popchnął ją mocno, uderzyła plecami o mur za sobą. Kilku młodych łowców zamruczało z niechęcią ku niej. Gdy podniosła się i wyprostowała, stając naprzeciw nim, zaśmiali się i ruszyli dalej. W jej rękach momentalnie pojawił się ogień, szybko jednak zgasł, a kobieta odetchnęła ciężko.

Obiecała ojcu, że będzie grzeczna. Obiecała, że nie narobi mu kłopotów. Nie było jej łatwo się tak po prostu opanować. To, że była gorzej traktowana przez młodych łowców właściwie jej nie dziwiło. Złość powodował u niej fakt, że mimo iż śmiali się z niej i jej dokazywali, prawie żaden z nich nigdy nie chciał z nią walczyć. Sir’ka westchnęła i ruszyła ku bramom, a stamtąd drogą ku własnemu domowi.

Była już sporo poza miastem, gdy nagle usłyszała czyjś niemiły głos.

- Cholerna znajda. Znowu się tu pałętasz, huh?

Kobieta odwróciła się, a jej serce momentalnie zabiło żywiej. Kiande. Najstarszy z synów Hult’kaina stał oparty o mur przy magazynach metalu. Miał niechętne spojrzenie, ale nie ruszył się nawet o krok.

Thwei był od niej starszy o siedem lat i przygotowywał się do rytuału krwi. Niedługo miał stać się pełnoprawnym łowcą i Sir’ka nie wątpiła, że będzie jednym z najlepszych zarówno ze swojego klanu, jak i ze wszystkich yautja. Nie to jednak zachwycało ją i ujmowało w postawie Thweiego.

Wielu łowców patrzyło na nią z góry lub powątpiewało w jej umiejętności. Thwei jednak nigdy nie odmówił jej walki. Gdy warczała i ewidentnie wyzywała go na pojedynek, stawał naprzeciw niej, wściekły, ale gotowy do starcia. Inni łowcy po prostu tego nie robili.

- Cholerny Kiande – odpowiedziała mu. – Znowu tu stoisz?

Parsknął, kończąc całość niezadowolonym pomrukiem. Nie ruszył się jednak z miejsca, co było dla niego dość niezwykłe.

- Uważaj sobie, znajdo – warknął. – Bo jeszcze ktoś skręci ci ten twój paskudny, ludzki kark.

- Zawsze możesz spróbować – podjudziła go.

Tym razem Thwei odsunął się od ściany i z wściekłym pomrukiem ruszył ku kobiecie. Momentalnie pochyliła się, a gdy z warknięciem wyciągnął ku niej rękę, opadła niczym kot na cztery łapy i zaatakowała.

To nie był ich pierwszy pojedynek i zapewne nie ostatni. Gdy kobieta pochyliła się, Thwei wycofał się o krok. Doskonale wiedział, że dziewczyna jest szalona, nieobliczalna i że ciężko się z nią walczy. Była zwinna i często potrafiła wykorzystać to na własną korzyść.

Jej siła była niewielka, a ze zwinnością Thwei jeszcze mógłby sobie poradzić. Prawdziwym problemem było błogosławieństwo Ragty, ogień, którym Sir’ka zaczynała się posługiwać coraz lepiej.

Thwei splunął na ziemię i rzucił się na Sir’kę. Uskoczyła, o cal mijając jego rozcapierzone palce. Pazury byłyby w stanie rozszarpać jej gardło i wcale nie miały zamiaru chybić. Thwei walczył zawsze na poważnie i to sprawiało, że tak często prowokowała te pojedynki.

Yautja atakował, z niezadowoleniem przyjmując fakt, że Sir’ka uskakiwała zręcznie przed każdym jego ciosem. Pojedynek trwał tylko chwilę – w końcu Thwei sięgnął kobiety, złapał ją i uderzył jej ciałem mocno o ziemię.

Jęknęła, krzywiąc się z bólu. Thwei warknął i ruszył znowu ku niej, zatrzymał się jednak, gdy ciało kobiety omiótł ciemny, czarny niemal płomień. Ogień pojawił się, potem drugi, oblizując postać Sir’ki.

- Przeklęte czary. – Thwei splunął na ziemię. – Przeklęta znajda.

Sir’ka skuliła się i obróciła na bok, po czym jedną ręką oparła się o ziemię. Czarny płomień pojawił się znowu, tym razem na dłużej.

- Nie… podchodź… – jęknęła.

- Skręcę ci kark i…

- Zostań tam!

Thwei zatrzymał się, gdy Sir’ka wyciągnęła dłoń ku niemu. To nie był obronny gest, a jej słowa nie miały w sobie nic z błagalnego jęku. Czarny ogień znów ogarnął jej ciało, a kobieta opuściła dłoń i niepewnie wpatrywała się w swoje ręce. Oddychała ciężko, nierówno.

- Co tu się dzie…

Hult’kain przerwał swoją wypowiedź w połowie, gdy jego spojrzenie osiadło na synu, a zaraz potem na skulonej niedaleko Sir’ce. Czarne płomienie pojawiały się i znikały, a kobieta zaciskała mocno palce na własnych ramionach, wciąż oddychając nierówno. Ewidentnie się bała, jednak jej strach nie dotyczył ani pojedynku sprzed chwili, ani tego, że obok znajdują się dwaj Kiande.

Hult’kain zamruczał niechętnie i podszedł do Sir’ki. Spojrzała na niego przerażona, pokręciła głową i chciała cofnąć się, ale łowca złapał ją za szczękę w silnym, chociaż nie agresywnym geście.

- Uspokój się – polecił cichym tonem. – Ui’stbi uczył cię nad tym panować, czyż nie?

Skinęła lekko głową, po czym pokręciła nią gwałtownie. Hult’kain mruknął niechętnie i kucnął przed kobietą. Czarny płomień pojawił się znowu, oblizał ciało dziewczyny, a potem dłoń Kiande. Hult’kain nie cofnął dłoni, mimo że ogień ewidentnie go sięgnął.

- Idź po It’chiego, Thwei – polecił Hult’kain, nie odrywając wzroku od Sir’ki.

- Ojcze? – zdziwił się młody yautja.

- Idź do Guan – polecił twardo Hult’kain. – Znajdź jej ojca i sprowadź go do naszego domu.

- Ale… - zaczął niechętnie Thwei.

- Idź!

Tym razem młody łowca nie sprzeciwił się ojcu. Cicho wycofał się i pobiegł w stronę domów Guan. Hult’kain z kolei odetchnął i zerknął na Sir’kę.

- Oddychaj – polecił. – Uspokój się.

- Potrzebuję… lorda… Ui’stbi… - jęknęła cicho kobieta.

- Ui’stbi wyleciał kilka minut temu na rytuał na Dharię – poinformował Hult’kain. – Osobiście odprowadziłem go do statku. Poradzisz sobie z tym sama, znajdo.

Kobieta spojrzała przerażona na łowcę i Hult’kain nie wiedział, co tak naprawdę ją przestraszyło: jej ogień, obecność Kiande, czy może to, że Ui’stbi tym razem jej nie pomoże.

Wciąż znajdowali się przy magazynach metalu, gdzie pracowało całkiem sporo yautja. Pojedynek Thweiego i Sir’ki zwrócił uwagę kilku łowców, ale teraz zaczęło zbierać się ich jeszcze więcej. Hult’kain widział ich zaciekawione spojrzenia i wątpił, by przy tylu obcych i niechętnych ludziom yautja Sir’ka zdołała spokojnie opanować swój wściekły dar.

- Świątynia Ragty jest niedaleko – zauważył. – Czy dasz radę iść za mną?

Kobieta pokręciła głową, a Hult’kain warknął tylko krótko. W końcu jednak ściągnął z siebie swój płaszcz, otoczył nią dziewczynę i podniósł ją bez najmniejszego problemu. Nie opierała mu się. Zaciskała mocno oczy i pięści, szeptała coś do siebie, lecz mimo jej prób, czarny ogień wciąż wydobywał się z jej ciała.

Hult’kain szedł szybko. Na ziemiach Kiande znalazł się po kilku minutach i od razu skierował się do starej, kamiennej, mrocznej świątyni.

- Znajdo? Oddychaj. Spokojnie. – Hult’kain poprawił uścisk na drobnym ciele dziewczyny. – Spójrz na mnie. Oddychaj.

- L-lordzie Hult’kain…

- Oddychaj – polecił jeszcze raz. – Nic złego się nie dzieje, słyszysz? Twój ojciec niedługo tu będzie. Uspokój się i oddychaj.

Dziewczyna zacisnęła mocno oczy, ale jej oddech nie uspokoił się. Hult’kain wszedł do świątyni i usadził Sir’kę na kamiennym ołtarzu. Wokoło paliły się pochodnie, ale było tu chłodno i mrocznie.

- Patrz na mnie – polecił. – Znajdo.

Sir’ka zerknęła na łowcę. W jej oczach Hult’kain widział strach, ale to nie jego się bała w tej chwili.

- Ja już… już nie potrafię…

Hult’kain westchnął tylko i wyprostował się.

- Jeśli nie potrafisz tego zatrzymać, to płoń – polecił sucho. – Tak długo, jak będzie trzeba.

- Ja nie…

- Znajdo – przerwał jej twardym tonem. – Nic nikomu się tu nie stanie. Masz czas. Pamiętasz, co mówił Ui’stbi?

Pokiwała głową.

- Żebym nie dusiła tego w sobie – wyszeptała.

- Gdy skończysz, twój ojciec będzie czekał na ciebie – zauważył Hult’kain. – Nikt nie będzie ci tu przeszkadzał.

Sir’ka pokiwała głową, a Hult’kain skierował do wyjścia. Był zaledwie w progu, gdy za jego plecami buchnął ogień, ogarniając wnętrze kaplicy blaskiem i niewyobrażalnym ciepłem. Płomienie były czarne, niebezpieczne i ewidentnie wypełnione wściekłą magią.

Hult’kain założył ręce na pierś. Minęło kilka minut, a płomienie za nim wciąż tłukły się wściekle po wnętrzu kamiennej kaplicy. Nie przestawały wydobywać się z ciała Sir’ki nawet wtedy, gdy przed ojcem stanął zdyszany Thwei i nieco mniej zmęczony biegiem Hult’ah.

- Gdzie jej ojciec? – zapytał niechętnie Hult’kain. – Bracia?

- Lord It’chi zabrał synów na równiny – odpowiedział spokojnie Hult’ah. – Thei go szuka.

Hult’kain westchnął tylko w odpowiedzi, ale w końcu skinął głową i zerknął do wnętrza kaplicy. Przed ołtarzem siedziała skulona Sir’ka, ogarnięta płomieniami, które rozlewały się co jakiś czas na wszystkie strony. Ogień był przepiękny, żywy i bardzo energiczny, ale też niebezpieczny. Gorący, namiętny i bardzo zabójczy.

- Zostań tu – polecił Hult’kain, wskazując na najmłodszego syna. – Thwei, pójdziesz ze mną na równiny.

- Ojcze? – zdziwił się Hult’ah.

- Lepiej, żeby nie była sama – zauważył Hult’kain. – Nie ruszaj jej i nie wchodź tam. Po prostu tu bądź, zrozumiałeś?

- Tak, ojcze. – Hult’ah pokiwał głową.

- Zanim skończy, powinniśmy wrócić.

Hult’kain wraz z Thweim skierowali się do garaży, skąd wyciągnęli małe ścigacze. Po chwili zniknęli z pola widzenia Hult’aha. Młody łowca odwrócił się i przechylił głowę na bok, wpatrując się z dziwnym zainteresowaniem w płonącą Sir’kę.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz