Planeta Łowów, kilka tygodni
później
Otarłem krew z czoła, po raz
kolejny już ostatniej godziny. Powrót z Puszczy był okropnie długi, i tak
wydawał mi się wyjątkowo krótki, zważając na to, że nie mogłem ani skakać, ani
biegać. Westchnąłem nieprzyjemnie. Polowanie poszło dość kiepsko. Straciłem
część uzbrojenia, a rany uniemożliwią mi ćwiczenie i walkę przez kilka,
może nawet kilkanaście najbliższych dni.
Ojciec nie będzie zadowolony.
Wściekłe klikanie wydostało się
z mojego gardła. Mogłem być ostrożniejszy! Mogłem być bardziej pewny swojej
ręki i swojego rzutu. Mogłem też nie szarżować jak idiota na pięciometrowego
tura. Cóż, mogłem wtedy wiele rzeczy zrobić lepiej.
Stanąłem na granicy lasu. Stąd
dobrze widać było zarówno dom, jak i warsztaty. Z gabinetu ojca dobywał się
słodki, śpiewny głos. Sir’ka. Odkąd ojciec wrócił z ostatniej wyprawy na
ludzkie kolonie, na nowo wezwał ją na nauki. Z nowymi księgami i nową wiedzą
kolejne lekcje szły sprawnie. Teraz głos Sir’ki rozlegał się codziennie. W
głębi serca i duszy cieszyłem się jednak, że przeniosłem się mieszkać na stałe
do warsztatów – tam zwykle nie było słychać śpiewu Sir’ki, który nie wiedzieć
czemu działał na mnie wyjątkowo dziwacznie.
- Hult’ah!
Westchnąłem. Ojciec, jak zwykle
zresztą, potrafił dostrzec zbyt wiele naszych błędów. Ten jego dar bywał równie
przydatny, co męczący. Otarłem krew z czoła po raz ostatni i skierowałem się ku
jego kwaterom i galerii. Wszedłem przez wejście do ogrodu i niemrawo stanąłem
przed rodzicem.
Hult’kain, mój ojciec, był łowcą
honoru, przywódcą klanu i wyjątkowo oschłym rodzicem. Nie pamiętałem, czy tak
samo zdystansowany był wobec matki, jednak nam, swoim synom nie zwykł okazywać
żadnej czułości. Mocno nas karcił i rzadko chwalił. Twarde wychowanie jednak
nie przeszkadzało ani mnie, ani moim braciom. Nie znaliśmy innej drogi.
Ojciec zerknął na mnie i
zamruczał z niezadowoleniem. Miał na sobie długi, szkarłatny płaszcz i lekką
zbroję. Zza jego boku wychylała się Sir’ka. Widziałem ją kątem oka i bardzo,
bardzo nie chciałem na nią patrzeć. Jej widok sprawiał, że czułem się
dziwacznie. Gdzieś w środku mnie coś mroziło się i płonęło gorącym żarem za
każdym razem, gdy patrzyłem w jej oczy.
- Co się stało? – Głos ojca był
zimny i surowy. – Wyglądasz, jakbyś wpadł pod czterometrowego tura.
- Pięcio – odpowiedziałem.
Krew znowu zaczęła zalewać mi
prawe oko. Moja odpowiedź widocznie nie spodobała się ojcu, zamruczał on
niezadowolony. Z drugiej strony jednak Sir’ka zachichotała, co ojciec skwitował
jeszcze bardziej wściekłym pomrukiem.
- Hult’ah? – Ojciec robił się
nieco rozdrażniony.
- Tur miał pięć metrów –
wyjaśniłem, ścierając krew znak oka. – Źle wyważyłem rzut. Byłem nieostrożny.
Ojciec złapał mnie za głowę i
zerknął na cięcie na czole. Wciąż krwawiło, musiało być zatem dość głębokie.
Bolała też rana na nodze i plecach, chociaż tej ostatniej nie mogłem nawet
ocenić.
- Masz dopiero dwadzieścia trzy
zimy, po cholerę pchasz się na tury? – Ojciec wydawał się już mniej wściekły,
ale wciąż jego głos drżał ze zirytowania. – Idź do łaźni, wezwę Matkę Matek, by
kogoś przysłała i…
- Mogę go opatrzyć.
Ojciec odwrócił się z gardłowym,
niezadowolonym pomrukiem. Wiedziałem, że Sir’ka jest odważna i bezczelna, ale
nie sądziłem, że aż tak, by przerywać memu ojcu w pół zdania.
- Matka nauczyła mnie opatrywać
rany. – Głos Sir’ki nawet nie zadrżał, była spokojna, pewna i usłużna, w tym
momencie bardzo przypominała swego ojca, It’chi. – Mogę się nim zająć. Opatruję
braci, z nim też dam radę.
- Idź do łaźni, Hult’ah.
Skinąłem głową i skierowałem się
w głąb domu. Łaźnie nie były daleko, nim jednak wszedłem, usłyszałem spokojny
głos zarówno ojca, jak i Sir’ki. Nie kłócili się, ojciec nie robił jej też
reprymendy. Niestety, pojedynczych słów nie byłem już w stanie rozróżnić.
Wszedłem do łaźni i starłem krew z czoła po raz kolejny. Bolało, plecy paliły
żywym ogniem, a noga pulsowała, jakby ktoś wyrywał z niej kawałki mięsa.
Odetchnąłem i zacząłem ściągać z siebie rynsztunek. Podejrzewałem, że żerczyni
od Matki Matek będzie tu dopiero za godzinę.
- Czekaj, pomogę ci.
Zerknąłem w tył. Sir’ka. A więc
jednak ojciec pozwolił jej przyjść. Byłem tym naprawdę zaskoczony, chociaż z
drugiej strony ojciec musiał lubić kobietę – wciąż ją uczył i z każdej
wycieczki na Ziemię lub ludzkie kolonie przywoził jej coś nowego.
- Naprawdę próbowałeś upolować
tura? – zapytała mnie, rozpinając pancerz.
- Wpadłem na niego –
odpowiedziałem. – Myślałem, że nie będzie to aż takiego trudne.
Zaśmiała się cicho. Brzmiało to
przyjemnie, jakby nagle tysiąc szklanych dzwoneczków poruszyło się na wietrze.
Coś w głębi mnie ścisnęło się mocno, coś jeszcze wybuchło gorącem. Nie
spodobało mi się ani jedno, ani drugie uczucie.
- K’juhte wpadł na tura, jak był
trochę starszy niż ty – przyznała, odkładając pancerz na stół. – Ale on wyszedł
z tego gorzej.
- To ma mnie pocieszyć? –
mruknąłem, łapiąc się za bark. – Jak to wygląda?
- Lepiej niż u K’juhte –
odpowiedziała.
- Ach – westchnąłem, rozpinając
karwasze. – Pomocne.
Zaśmiała się raz jeszcze, a ja z
niezadowoleniem stwierdziłem, że ten ogień w środku mnie płonie coraz mocniej i
mocniej. Ściągnąłem z siebie cały rynsztunek i część ubrań, pozostając jedynie
w przepasce na biodra.
- Jakby co, widziałam nagich
yautja – zauważyła usłużnie, chociaż odwróciła nieco swój wzrok. – Mogę ci też
pomóc się umyć. Gdzie macie pakiety medyczne?
- Dolna szafka – wskazałem ręką
odpowiedni mebel. – Wystarczy, że to opatrzysz, naprawdę.
Sir’ka wyjęła odpowiedni pakiet
medyczny i otworzyła skrzynkę, oglądając zawartość.
- Och, przestań, wyglądasz
okropnie – odpowiedziała, odkładając na bok pakiet. – Lepiej to umyć też od
razu.
Przyglądałem się, jak ściąga z
siebie buty i długie, miękkie skarpety, a potem jak rozpina szal, ściąga
koszulkę i chustę, którą opinała wokół bioder. Odwróciłem się natychmiast i z
dziwnym, chrapliwym pomrukiem wszedłem do drugiej łaźni, gdzie znajdował się
basen z gorącą wodą. Usiadłem na jego brzegu i odetchnąłem.
Cholera. Jasna. Widok Sir’ki w
samej bieliźnie był taki… dziwny. Inny. Niesamowity. Nie potrafiłem nawet
określić i opisać tego w składnych zdaniach. Ten obraz jednocześnie spodobał mi
się i niepokoił mnie mocno.
Usłyszałem, jak wchodzi za mną,
nucąc coś cicho pod nosem. Odłożyła pakiet medyczny na bok, poczułem, jak
dotyka moich pleców. Miała miękkie, ciepłe i czułe palce.
- Rany, u was jest okropnie
ciepło w łaźni – przyznała.
- Mamy gorące źródła tuż pod
domem – odpowiedziałem.
- My musimy naszą nagrzewać –
zauważyła. – Poczekaj, trzeba to umyć.
Krzątała się chwilę po łaźni,
ale widocznie znalazła to, co chciała. Po chwili poczułem, jak obmywa mnie
miękką gąbką zanurzoną w gorącej wodzie. To było przyjemne, nawet bardzo
przyjemne, tak po prostu siedzieć, odpoczywać i pozwalać, by ktoś inny się tobą
zajmował. Sir’ka zmyła krew i brud z pleców i zajęła się zszywaniem ran. Ten
proces był już mniej przyjemny, mruczałem i targałem się raz po raz. Kobieta
była jednak cierpliwa, nie wściekała się na moje gesty jak znachorki od Matki.
- No dobrze, teraz noga? Czy
głowa?
- Noga – odpowiedziałem.
Pokiwała głową i uklękła przy
mnie. Westchnąłem i przymknąłem oczy. Nie, lepiej, żebym jej nie wiedział. Jej
widok działał na mnie gorzej niż szarża pięciometrowego tura. Zszywanie rany na
nodze było szybsze i mniej kłopotliwe niż to na plecach – nogę rozciąłem równo
na ostrym kle tura, plecy rozorała mi skała.
- No to tylko jedno zostało.
Otworzyłem oczy i zamarłem.
Sir’ka stała tuż przede mną z dziwnie skupioną, zmartwioną miną. Wyglądała tak
przeuroczo, słodko, niewinnie i nieporadnie. Na Paya! Przecież ani jedno z tych
określeń tak naprawdę do niej nie pasowało i wiedziałem o tym doskonale.
Pierwszy raz widziałem jej twarz
z tak bliska. Zwykle w czasie walki była nieco dalej, trzymała się na dystans,
zręcznie wymykając się ciosom. To mi pasowało. Gdy raz Thwei przyparł ją do
drzewa, zrobiła z nim coś, przez co przez ponad tydzień nie chciał widzieć jej
na oczy i nawet wspominać o tym, co się stało. Bałem się, że ze mną zrobi to
samo lub jeszcze coś gorszego.
Teraz jednak tak cicha i
spokojna po prostu trwała przede mną. Widziałem idealnie szary kolor jej oczu.
Gdzieś w tym spojrzeniu, mimo że tak spokojnym i czułym, czaił się zadziorny
ogień. Malinowe wargi były dla mnie czymś niezwykłym, zwłaszcza że teraz dolną
ich część przegryzała w geście dziwnego skupienia.
- Czekaj, nie ruszaj się –
wyszeptała. – Jak źle to zszyję, to zostanie ci blizna jak na tyłku Lar’ja.
- Lar’ja ma na tyłku bliznę? –
zapytałem półprzytomnie. – Zszywałaś mu tyłek?
- Robię różne rzeczy – zaśmiała
się, a jej delikatne palce wodziły po mojej ranie. – Niektóre są mniej
przyjemne od innych.
- Nie chcę wiedzieć już o niczym
więcej – westchnąłem.
Kobieta zaśmiała się raz
jeszcze. Ten przyjemny szczebiot sprawiał, że ogień w środku wybuchał raz po
raz. Krew z rany na oku wciąż wyciekała, przymknąłem więc powieki i poddałem
się kobiecie całkowicie. Sir’ka skończyła zszywać cięcie nad okiem i przejechała
jeszcze po nim palcami, a ten dotyk, delikatny i czuły, koił ból lepiej, niż
środek znieczulający w szwach.
- Pomogę ci się umyć –
zaproponowała.
Chciałem zaprzeczyć, ale tak
naprawdę nie potrafiłem. Po prostu tak siedziałem w milczeniu, z zamkniętymi
oczyma, przyjmując w ciszy wszystkie jej decyzje. Sir’ka natomiast bez słowa
zajęła się obmywaniem mojego ciała. Jej łagodne ruchy i gorąca woda szybko
sprawiły, że zrobiło się niesamowicie dobrze. Zacząłem mimowolnie mruczeć z
przyjemności. Nie pamiętałem, aby kiedykolwiek wcześniej w życiu było mi tak
przyjemnie.
- Cudownie mruczysz – usłyszałem
tuż przy swoim uchu.
Zamilkłem momentalnie, a moje
serce chyba stanęło w tym jednym momencie. Otworzyłem oczy i zerknąłem w dół,
trzymając jednak sztywno głowę. Dłonie Sir’ki splatały się ze sobą na moim
torsie, kobieta wciąż trzymała w nich gąbkę.
Sama opierała głowę o moje lewe ramię, czułem jej ciepło na swoich
plecach po lewej stronie. Prawa część wciąż nieprzyjemnie szczypała niedawnymi
ranami – dziewczyna zręcznie omijała ją, starając się jej nie dotykać.
- I pachniesz Puszczą – dodała
po chwili.
Odetchnąłem jedynie, przymykając
oczy. Moje serce powoli zaczęło bić na nowo, jednak wcale nie czułem się
pewnie. Sir’ka była blisko, za blisko. Na Paya! Co ona ze mną w ogóle robi? Po
tych wszystkich bójkach, złych, wściekłych słowach, po tym, że ona, ludzka
dziewczyna i ja, łowca… cholera. Cholera. Jasna.
Wstałem momentalnie, a Sir’ka
wypuściła mnie ze swojego uścisku. Nie podobało mi się to, co działo się ze
mną, gdy kobieta znajdowała się blisko. Chciałem to przerwać, uciąć. Z jednej
strony. Z drugiej, gdzieś głęboko we mnie zaczęło rodzić się dziwne pragnienie.
Coś w środku chciało więcej od niej.
- Hult’ah?
- Dziękuje za opatrunek –
wycharczałem.
Wyszedłem z łaźni, zostawiłem w
przebieralni cały rynsztunek i tak na półnagi i rozgrzany wypadłem na korytarz.
Przeszedłem przez pomieszczenie do salonu i zatrzymałem się dopiero przed
warsztatami tam, gdzie zorganizowałem sobie swoją sypialnię. Oparłem czoło o
chłodny mur i zacząłem wściekle mruczeć.
Cholerna. Sir’ka. Wolałem ją
wściekłą, roześmianą i obijającą mnie bez litości. Czuła, spokojna i cicha była
taka… niesamowita. Westchnąłem tylko. To był pierwszy raz, gdy zastanawiałem
się, po kiego Paya tworzył te cholerne kobiety.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz