2. rana

 


Planeta Łowów, kilka tygodni później

Otarłem krew z czoła, po raz kolejny już ostatniej godziny. Powrót z Puszczy był okropnie długi, i tak wydawał mi się wyjątkowo krótki, zważając na to, że nie mogłem ani skakać, ani biegać. Westchnąłem nieprzyjemnie. Polowanie poszło dość kiepsko. Straciłem część uzbrojenia, a rany uniemożliwią mi ćwiczenie i walkę przez kilka, może  nawet kilkanaście najbliższych dni. Ojciec nie będzie zadowolony.

Wściekłe klikanie wydostało się z mojego gardła. Mogłem być ostrożniejszy! Mogłem być bardziej pewny swojej ręki i swojego rzutu. Mogłem też nie szarżować jak idiota na pięciometrowego tura. Cóż, mogłem wtedy wiele rzeczy zrobić lepiej.

Stanąłem na granicy lasu. Stąd dobrze widać było zarówno dom, jak i warsztaty. Z gabinetu ojca dobywał się słodki, śpiewny głos. Sir’ka. Odkąd ojciec wrócił z ostatniej wyprawy na ludzkie kolonie, na nowo wezwał ją na nauki. Z nowymi księgami i nową wiedzą kolejne lekcje szły sprawnie. Teraz głos Sir’ki rozlegał się codziennie. W głębi serca i duszy cieszyłem się jednak, że przeniosłem się mieszkać na stałe do warsztatów – tam zwykle nie było słychać śpiewu Sir’ki, który nie wiedzieć czemu działał na mnie wyjątkowo dziwacznie.

- Hult’ah!

Westchnąłem. Ojciec, jak zwykle zresztą, potrafił dostrzec zbyt wiele naszych błędów. Ten jego dar bywał równie przydatny, co męczący. Otarłem krew z czoła po raz ostatni i skierowałem się ku jego kwaterom i galerii. Wszedłem przez wejście do ogrodu i niemrawo stanąłem przed rodzicem.

Hult’kain, mój ojciec, był łowcą honoru, przywódcą klanu i wyjątkowo oschłym rodzicem. Nie pamiętałem, czy tak samo zdystansowany był wobec matki, jednak nam, swoim synom nie zwykł okazywać żadnej czułości. Mocno nas karcił i rzadko chwalił. Twarde wychowanie jednak nie przeszkadzało ani mnie, ani moim braciom. Nie znaliśmy innej drogi.

Ojciec zerknął na mnie i zamruczał z niezadowoleniem. Miał na sobie długi, szkarłatny płaszcz i lekką zbroję. Zza jego boku wychylała się Sir’ka. Widziałem ją kątem oka i bardzo, bardzo nie chciałem na nią patrzeć. Jej widok sprawiał, że czułem się dziwacznie. Gdzieś w środku mnie coś mroziło się i płonęło gorącym żarem za każdym razem, gdy patrzyłem w jej oczy.

- Co się stało? – Głos ojca był zimny i surowy. – Wyglądasz, jakbyś wpadł pod czterometrowego tura.

- Pięcio – odpowiedziałem.

Krew znowu zaczęła zalewać mi prawe oko. Moja odpowiedź widocznie nie spodobała się ojcu, zamruczał on niezadowolony. Z drugiej strony jednak Sir’ka zachichotała, co ojciec skwitował jeszcze bardziej wściekłym pomrukiem.

- Hult’ah? – Ojciec robił się nieco rozdrażniony.

- Tur miał pięć metrów – wyjaśniłem, ścierając krew znak oka. – Źle wyważyłem rzut. Byłem nieostrożny.

Ojciec złapał mnie za głowę i zerknął na cięcie na czole. Wciąż krwawiło, musiało być zatem dość głębokie. Bolała też rana na nodze i plecach, chociaż tej ostatniej nie mogłem nawet ocenić.

- Masz dopiero dwadzieścia trzy zimy, po cholerę pchasz się na tury? – Ojciec wydawał się już mniej wściekły, ale wciąż jego głos drżał ze zirytowania. – Idź do łaźni, wezwę Matkę Matek, by kogoś przysłała i…

- Mogę go opatrzyć.

Ojciec odwrócił się z gardłowym, niezadowolonym pomrukiem. Wiedziałem, że Sir’ka jest odważna i bezczelna, ale nie sądziłem, że aż tak, by przerywać memu ojcu w pół zdania.

- Matka nauczyła mnie opatrywać rany. – Głos Sir’ki nawet nie zadrżał, była spokojna, pewna i usłużna, w tym momencie bardzo przypominała swego ojca, It’chi. – Mogę się nim zająć. Opatruję braci, z nim też dam radę.

- Idź do łaźni, Hult’ah.

Skinąłem głową i skierowałem się w głąb domu. Łaźnie nie były daleko, nim jednak wszedłem, usłyszałem spokojny głos zarówno ojca, jak i Sir’ki. Nie kłócili się, ojciec nie robił jej też reprymendy. Niestety, pojedynczych słów nie byłem już w stanie rozróżnić. Wszedłem do łaźni i starłem krew z czoła po raz kolejny. Bolało, plecy paliły żywym ogniem, a noga pulsowała, jakby ktoś wyrywał z niej kawałki mięsa. Odetchnąłem i zacząłem ściągać z siebie rynsztunek. Podejrzewałem, że żerczyni od Matki Matek będzie tu dopiero za godzinę.

- Czekaj, pomogę ci.

Zerknąłem w tył. Sir’ka. A więc jednak ojciec pozwolił jej przyjść. Byłem tym naprawdę zaskoczony, chociaż z drugiej strony ojciec musiał lubić kobietę – wciąż ją uczył i z każdej wycieczki na Ziemię lub ludzkie kolonie przywoził jej coś nowego.

- Naprawdę próbowałeś upolować tura? – zapytała mnie, rozpinając pancerz.

- Wpadłem na niego – odpowiedziałem. – Myślałem, że nie będzie to aż takiego trudne.

Zaśmiała się cicho. Brzmiało to przyjemnie, jakby nagle tysiąc szklanych dzwoneczków poruszyło się na wietrze. Coś w głębi mnie ścisnęło się mocno, coś jeszcze wybuchło gorącem. Nie spodobało mi się ani jedno, ani drugie uczucie.

- K’juhte wpadł na tura, jak był trochę starszy niż ty – przyznała, odkładając pancerz na stół. – Ale on wyszedł z tego gorzej.

- To ma mnie pocieszyć? – mruknąłem, łapiąc się za bark. – Jak to wygląda?

- Lepiej niż u K’juhte – odpowiedziała.

- Ach – westchnąłem, rozpinając karwasze. – Pomocne.

Zaśmiała się raz jeszcze, a ja z niezadowoleniem stwierdziłem, że ten ogień w środku mnie płonie coraz mocniej i mocniej. Ściągnąłem z siebie cały rynsztunek i część ubrań, pozostając jedynie w przepasce na biodra.

- Jakby co, widziałam nagich yautja – zauważyła usłużnie, chociaż odwróciła nieco swój wzrok. – Mogę ci też pomóc się umyć. Gdzie macie pakiety medyczne?

- Dolna szafka – wskazałem ręką odpowiedni mebel. – Wystarczy, że to opatrzysz, naprawdę.

Sir’ka wyjęła odpowiedni pakiet medyczny i otworzyła skrzynkę, oglądając zawartość.

- Och, przestań, wyglądasz okropnie – odpowiedziała, odkładając na bok pakiet. – Lepiej to umyć też od razu.

Przyglądałem się, jak ściąga z siebie buty i długie, miękkie skarpety, a potem jak rozpina szal, ściąga koszulkę i chustę, którą opinała wokół bioder. Odwróciłem się natychmiast i z dziwnym, chrapliwym pomrukiem wszedłem do drugiej łaźni, gdzie znajdował się basen z gorącą wodą. Usiadłem na jego brzegu i odetchnąłem.

Cholera. Jasna. Widok Sir’ki w samej bieliźnie był taki… dziwny. Inny. Niesamowity. Nie potrafiłem nawet określić i opisać tego w składnych zdaniach. Ten obraz jednocześnie spodobał mi się i niepokoił mnie mocno.

Usłyszałem, jak wchodzi za mną, nucąc coś cicho pod nosem. Odłożyła pakiet medyczny na bok, poczułem, jak dotyka moich pleców. Miała miękkie, ciepłe i czułe palce.

- Rany, u was jest okropnie ciepło w łaźni – przyznała.

- Mamy gorące źródła tuż pod domem – odpowiedziałem.

- My musimy naszą nagrzewać – zauważyła. – Poczekaj, trzeba to umyć.

Krzątała się chwilę po łaźni, ale widocznie znalazła to, co chciała. Po chwili poczułem, jak obmywa mnie miękką gąbką zanurzoną w gorącej wodzie. To było przyjemne, nawet bardzo przyjemne, tak po prostu siedzieć, odpoczywać i pozwalać, by ktoś inny się tobą zajmował. Sir’ka zmyła krew i brud z pleców i zajęła się zszywaniem ran. Ten proces był już mniej przyjemny, mruczałem i targałem się raz po raz. Kobieta była jednak cierpliwa, nie wściekała się na moje gesty jak znachorki od Matki.

- No dobrze, teraz noga? Czy głowa?

- Noga – odpowiedziałem.

Pokiwała głową i uklękła przy mnie. Westchnąłem i przymknąłem oczy. Nie, lepiej, żebym jej nie wiedział. Jej widok działał na mnie gorzej niż szarża pięciometrowego tura. Zszywanie rany na nodze było szybsze i mniej kłopotliwe niż to na plecach – nogę rozciąłem równo na ostrym kle tura, plecy rozorała mi skała.

- No to tylko jedno zostało.

Otworzyłem oczy i zamarłem. Sir’ka stała tuż przede mną z dziwnie skupioną, zmartwioną miną. Wyglądała tak przeuroczo, słodko, niewinnie i nieporadnie. Na Paya! Przecież ani jedno z tych określeń tak naprawdę do niej nie pasowało i wiedziałem o tym doskonale.

Pierwszy raz widziałem jej twarz z tak bliska. Zwykle w czasie walki była nieco dalej, trzymała się na dystans, zręcznie wymykając się ciosom. To mi pasowało. Gdy raz Thwei przyparł ją do drzewa, zrobiła z nim coś, przez co przez ponad tydzień nie chciał widzieć jej na oczy i nawet wspominać o tym, co się stało. Bałem się, że ze mną zrobi to samo lub jeszcze coś gorszego.

Teraz jednak tak cicha i spokojna po prostu trwała przede mną. Widziałem idealnie szary kolor jej oczu. Gdzieś w tym spojrzeniu, mimo że tak spokojnym i czułym, czaił się zadziorny ogień. Malinowe wargi były dla mnie czymś niezwykłym, zwłaszcza że teraz dolną ich część przegryzała w geście dziwnego skupienia.

- Czekaj, nie ruszaj się – wyszeptała. – Jak źle to zszyję, to zostanie ci blizna jak na tyłku Lar’ja.

- Lar’ja ma na tyłku bliznę? – zapytałem półprzytomnie. – Zszywałaś mu tyłek?

- Robię różne rzeczy – zaśmiała się, a jej delikatne palce wodziły po mojej ranie. – Niektóre są mniej przyjemne od innych.

- Nie chcę wiedzieć już o niczym więcej – westchnąłem.

Kobieta zaśmiała się raz jeszcze. Ten przyjemny szczebiot sprawiał, że ogień w środku wybuchał raz po raz. Krew z rany na oku wciąż wyciekała, przymknąłem więc powieki i poddałem się kobiecie całkowicie. Sir’ka skończyła zszywać cięcie nad okiem i przejechała jeszcze po nim palcami, a ten dotyk, delikatny i czuły, koił ból lepiej, niż środek znieczulający w szwach.

- Pomogę ci się umyć – zaproponowała.

Chciałem zaprzeczyć, ale tak naprawdę nie potrafiłem. Po prostu tak siedziałem w milczeniu, z zamkniętymi oczyma, przyjmując w ciszy wszystkie jej decyzje. Sir’ka natomiast bez słowa zajęła się obmywaniem mojego ciała. Jej łagodne ruchy i gorąca woda szybko sprawiły, że zrobiło się niesamowicie dobrze. Zacząłem mimowolnie mruczeć z przyjemności. Nie pamiętałem, aby kiedykolwiek wcześniej w życiu było mi tak przyjemnie.

- Cudownie mruczysz – usłyszałem tuż przy swoim uchu.

Zamilkłem momentalnie, a moje serce chyba stanęło w tym jednym momencie. Otworzyłem oczy i zerknąłem w dół, trzymając jednak sztywno głowę. Dłonie Sir’ki splatały się ze sobą na moim torsie, kobieta wciąż trzymała w nich gąbkę.  Sama opierała głowę o moje lewe ramię, czułem jej ciepło na swoich plecach po lewej stronie. Prawa część wciąż nieprzyjemnie szczypała niedawnymi ranami – dziewczyna zręcznie omijała ją, starając się jej nie dotykać.

- I pachniesz Puszczą – dodała po chwili.

Odetchnąłem jedynie, przymykając oczy. Moje serce powoli zaczęło bić na nowo, jednak wcale nie czułem się pewnie. Sir’ka była blisko, za blisko. Na Paya! Co ona ze mną w ogóle robi? Po tych wszystkich bójkach, złych, wściekłych słowach, po tym, że ona, ludzka dziewczyna i ja, łowca… cholera. Cholera. Jasna.

Wstałem momentalnie, a Sir’ka wypuściła mnie ze swojego uścisku. Nie podobało mi się to, co działo się ze mną, gdy kobieta znajdowała się blisko. Chciałem to przerwać, uciąć. Z jednej strony. Z drugiej, gdzieś głęboko we mnie zaczęło rodzić się dziwne pragnienie. Coś w środku chciało więcej od niej.

- Hult’ah?

- Dziękuje za opatrunek – wycharczałem.

Wyszedłem z łaźni, zostawiłem w przebieralni cały rynsztunek i tak na półnagi i rozgrzany wypadłem na korytarz. Przeszedłem przez pomieszczenie do salonu i zatrzymałem się dopiero przed warsztatami tam, gdzie zorganizowałem sobie swoją sypialnię. Oparłem czoło o chłodny mur i zacząłem wściekle mruczeć.

Cholerna. Sir’ka. Wolałem ją wściekłą, roześmianą i obijającą mnie bez litości. Czuła, spokojna i cicha była taka… niesamowita. Westchnąłem tylko. To był pierwszy raz, gdy zastanawiałem się, po kiego Paya tworzył te cholerne kobiety.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz