- Jak idzie?
Odwróciłem się i uniosłem swoją
dłoń, widząc w progu warsztatu ojca. Jego spojrzenie ogarnęło statek z uwagą,
ale nie widziałem niczego, co mogłoby wyrażać niechęć lub niezadowolenie.
- Skończyłem szkielet, założyłem
zbiorniki – odpowiedziałem, pochylając się pod skrzydłem, by stanąć bliżej
ojca. – Chcę zabrać się za składanie silników dzisiaj.
- Wyszedł większy, niż
planowałeś – zauważył mój ojciec, kładąc dłoń na fragmencie statku.
- Niewiele większy – przyznałem.
Ojciec ogarnął spojrzeniem cały
statek jeszcze raz i skinął głową. Wydawał się zadowolony, co sprawiało, że w
głębi duszy czułem się z siebie naprawdę dumny, mimo że pozostało jeszcze
bardzo dużo pracy.
- Jeśli chcesz, mogę ci oddać
jeden dok – zauważył, opuszczając dłoń. – Będzie ci wygodniej.
- Nie, lepiej nie – odparłem ze
śmiechem. – Ta’all zrobi za mnie wszystko wtedy.
- No tak – parsknął śmiechem
ojciec. – To jednak duży projekt, Hult’ah. Jeśli potrzebujesz z nim pomocy,
powiedz.
Skinąłem tylko głową.
- Thei i Thwei są na halach –
poinformował mnie ojciec. – Wychodzę, jeśli wróci Ta’all z raportem, przyjmij
go i wprowadź wyniki w system.
- Tak, ojcze.
Ojciec wyszedł, pozostawiając
mnie samego w warsztacie. Przez chwilę zastanawiałem się, gdzie wyszedł, ale
później uznałem, że ta wiedza nie jest mi ani potrzebna, ani nawet
przeznaczona. Odwróciłem się do statku, ale nie zacząłem nawet zakładać
kolejnych części, gdy usłyszałem cichy szelest za sobą.
Gdybym robił cokolwiek, zamiast
zastanawiać się nad działaniami ojca, pewnie bym tego nawet nie usłyszał.
Yautja byli zwykle ciężcy, chociaż zwinni, ale to, jak cicho potrafiła poruszać
się Sir’ka, dziwiło mnie za każdym razem, gdy ją spotykałem.
- Nawet nie próbuj – ostrzegłem
ją, prostując się i odwracając.
Stała za mną z niechętną miną,
ewidentnie niezadowolona z tego, że nie zaskoczyła mnie jak zwykle i że znów
przez nią w coś nie uderzyłem. Przechyliłem głowę na bok i założyłem ręce na
pierś.
- Skończyłam lekcje – zauważyła
cicho. – Moglibyśmy…
- Pracuję – zamruczałem czułym
tonem.
Sir’ka momentalnie zrobiła
niezadowoloną i wyjątkowo słodką minę. Zaśmiałem się w duchu na to. Była taka
ekspresywna i taka emocjonalna, całkiem inna, niż my, łowcy. Zastanawiałem się,
czy pozostali ludzie też tak mieli, czy może Sir’ka była jedyna w swoim
rodzaju.
Odetchnąłem tylko. To nie miało
znaczenia. Dla mnie ta kobieta była wyjątkowa i coraz mocniej przekonywałem się
o tym za każdym razem, gdy tylko zostawaliśmy sami tak, jak teraz.
- Czekam na Ta’alla –
wyjaśniłem. – Ma przynieść raporty dla ojca. Ojciec nie będzie zadowolony,
jeśli tego nie zrobię, a wiesz, jak wygląda i brzmi niezadowolony ojciec, huh?
Sir’ka zdmuchnęła tylko kilka
kosmków włosów z twarzy. Oczywiście, że widziała niezadowolenie ojca, ale tak
naprawdę nie miała pojęcia, jak wściekły potrafił być, gdy jego synowie coś
przeskrobali. Wobec Sir’ki nasz ojciec był naprawdę łagodny, ale nam rzadko
ukazywał jakąkolwiek czułość.
- A… potem? – zapytała cicho.
Zamruczałem rozbawiony. Odkąd
obiecałem jej wycieczkę na Rozpadliny, wymknęła się ze mną już kilka razy w
nocy na wycieczki po Skałach i Puszczy. Ewidentnie polubiła to nie mniej, niż
ja, co było równie zaskakujące, co miłe dla mnie.
- Potem możemy iść – wyznałem. –
Jeśli chcesz, zapolujemy na coś. Przydałaby nam się w domu świeża kolacja.
Sir’ka skinęła głową, a ja
wskazałem jej głową na kilka stołów roboczych, przy których stały też stołki.
- Chcesz poczekać?
- Mogę? – zapytała
podekscytowana.
- Możesz – odpowiedziałem
rozbawiony. – Nie dotykaj niczego i nie przeszkadzaj. Nie żartuję z tym
niedotykaniem.
Sir’ka pokiwała tylko głową i
usiadła na jednym ze stołków, a ja zająłem drugi. Składanie silników było jedną
z moich ulubionych rzeczy. Miałem dziesięć zim, gdy razem z Ta’allem rozebrałem
i złożyłem pierwszy silnik. Teraz, po tylu latach ćwiczeń, składanie silników z
części bez dodatkowych instrukcji nie sprawiało mi już żadnego problemu.
Zanim jednak mogłem się zabrać
za silnik, potrzebowałem panelu sterowania wewnętrznego do niego. Elektroniczne
i elektryczne systemy były co prawda konikiem Theiego, ale sądziłem, że poradzę
sobie z tym nie gorzej, niż on.
W czasie mojej pracy Sir’ka
siedziała spokojnie na swoim miejscu, obracając się tylko co jakiś czas to w
prawo, to w lewo tak, by lepiej widzieć to, co robię. Nie przeszkadzała mi ani
jej obecność, ani jej zaciekawiony wzrok, ani nawet pytania, które w pewnym
momencie zaczęły bez ustanku wypływać z jej ust. O dziwo z nią byłem bardziej
skupiony niż z głupimi myślami o niej bez niej obok siebie.
Gdy mój komunikator rozświetlił
się, zerknąłem krótko na niego. Ta’all. Zgodnie z zapowiedzią ojca w końcu
pojawił się w Dworze. Kazałem mu skierować się do warsztatów i sam podniosłem
się z miejsca.
- Zostań tu – poleciłem Sir’ce.
Skinęła głową, a ja skierowałem
się do wyjścia, by spotkać Ta’alla.
Ta’all był jednym z najstarszych
łowców z naszego klanu, ale nie widziałem nigdy, aby polował. Zwykle
przesiadywał w dokach, gdzie naprawiał statki, zajmował się zaopatrzeniem i
wykonywał bezpośrednie polecenia ojca. Był poważany, ale szacunek był cichy i
oschły. Gdyby nie to, że Ta’all był na naszej planecie, pomyślałbym, że
ogłoszono go kiedyś złą krwią.
- Hult’ah. – Stary łowca stał
przed warsztatami i od razu uniósł swoją dłoń, na co odpowiedziałem mu podobnym
gestem. – Lord Hult’kain kazał zdać raport do ciebie.
- Jak poszło dziś w doku piątym?
– zapytałem z ciekawości, odbierając od niego tablet. – Ten pancernik od lorda
H’de wyglądał nie najlepiej.
- Był w lepszym stanie niż
myśliwce w jego środku – wyznał Ta’all. – Każdy poszedł do przeglądu.
Odetchnąłem tylko. Jeśli każdy
myśliwiec z pancernika naszej floty potrzebował przeglądu i napraw, oznaczało
to, że czekało nas kilka tygodni ciężkiej pracy.
- Dziękuję, Ta’all. – Skinąłem
głową. – Zajmę się resztą.
Ta’all skinął głową, ale nim
odszedł, spojrzał za mnie, a coś w jego spojrzeniu się zmieniło. Ja też
zerknąłem za siebie i zobaczyłem stojącą niedaleko Sir’kę. Kobieta przyglądała
się czemuś w warsztacie. Gdy z powrotem zerknąłem na Ta’alla, łowca miał
dziwnie smutne i nieprzeniknione spojrzenie. Szybko też zniknął mi z oczu.
Wpiąłem tablet do własnego
komputera i szybko zgrałem dane, po czym posortowałem je i w drodze do
warsztatu dopiąłem do odpowiednich raportów z doków. Gdy stanąłem przed Sir’ką
ponownie, cała praca, zlecona mi przez ojca przed jego wyjściem, była już właściwie
skończona.
- Już? – zainteresowała się, gdy
odkładałem tablet.
- Już, paskudo – potwierdziłem.
– Chodź, wybiegasz się w Puszczy, to dasz mi spokój.
Sir’ka prychnęła, ale chętnie
podążyła za mną do Puszczy i mimo moich wszelkich uwag nie opuściła mojego boku
ani na chwilę.
~ * ~
It’chi uniósł głowę, gdy w progu
jego gabinetu pojawił się Lar’ja. Młody yautja miał niezadowoloną minę i dość
szybko poinformował ojca, że Hult’kain, przywódca klanu Kiande, czeka na niego
w salonie. It’chi podniósł się ze swojego miejsca równie zaintrygowany, co
zmartwiony – w końcu Sir’ka jeszcze nie wróciła do domu.
- Hult’kain? Czy coś się stało?
Przywódca klanu Kiande stał na środku salonu i
odwrócił się, gdy tylko usłyszał głos It’chiego.
- Możliwe – stwierdził. – Gdzie Sir’ka?
It’chi odetchnął tylko i wskazał Hult’kainowi
miejsce w wygodnym fotelu. Gdy Kiande usiadł, sam zajął drugie siedzisko.
- Jak bardzo coś zbroiła? – zapytał w końcu It’chi.
- Nie mam jej tutaj? – zdziwił się Hult’kain.
- Nie. Nie wróciła jeszcze – przyznał It’chi. –
Miała być u ciebie na lekcjach.
- Wypuściłem ją cztery godziny temu.
It’chi zamarł, a gdy Hult’kain zdał sobie sprawę, co
powiedział i jak się to ma to ogólnej sytuacji, wstał nerwowo. Nim jednak
którykolwiek z łowców zdołał zrobić coś więcej, na wejściowy korytarz wpadła
Sir’ka, radośnie obwieszczając swoje przybycie.
- Wróciłam! – zawołała i skierowała się do salonu. –
Kupiłam po drodze owoce tak, jak o to… prosiłeś.
Kobieta niepewnie spojrzała na Hult’kaina, a zaraz
potem na swojego ojca. Torbę z owocami, którą trzymała na rękach, mocniej i niepewnie
przygarnęła też ku sobie. Widząc ją całą i zdrową, Hult’kain usiadł z powrotem
na swoim miejscu.
- Gdzie byłaś, Sir’ka? – zapytał spokojnym tonem
It’chi.
Kobieta nie odpowiedziała, nerwowo przyglądając się
to Hult’kainowi, to ojcu.
- Sir’ka. – Głos It’chiego stał się nieco
zimniejszy.
- W mieście – odpowiedziała.
- Cztery godziny? – zdziwił się It’chi.
- Może trochę w Puszczy… - wymamrotała, spuszczając
swoje spojrzenie.
- Sir’ka… - westchnął It’chi.
Hult’kain z kolei parsknął śmiechem i machnął ręką.
- Nic cię nie zjadło, znajdo? Niebywałe.
- Co tu właściwie robisz, lordzie Hult’kain? –
zapytała go, niezadowoloną miną kwitując jego słowa.
- Przyszedłem zapytać twojego ojca i ciebie, czy
możesz i chcesz jechać ze mną na wycieczkę – wyznał Hult’kain. – Ludzka kolonia
na Acheron.
- Chcę! – zakrzyknęła od razu.
- Twojego ojca i ciebie – zaśmiał się Hult’kain. –
Dokładnie w tej kolejności, znajdo.
Kobieta znów zrobiła niezadowoloną minę, po czym
błagalnie spojrzała na swojego ojca.
- Zanieś owoce do kuchni, Sir’ka – polecił It’chi. –
Idź do braci, są w kaplicy. Złóżcie dary. Potem możesz tu przyjść.
Kobieta skinęła głową i zniknęła cicho niczym duch,
a It’chi przeniósł zaciekawione spojrzenie na Hult’kaina.
- Chcesz ją zabrać ze sobą? Dlaczego? – zapytał
autentycznie zaskoczony It’chi.
- Acheron to mała ludzka kolonia – wyznał Hult’kain.
– Kiande dostali tam zlecenie na wyczyszczenie gniazda obcych. Kiedyś był tam mały
magazyn jaj, Sain’ja chce upewnić się, że nic z niego nie zostało. To dobra okazja
do tego, by zobaczyła innych ludzi. Samo opowiadanie jej o jej rasie to za mało.
It’chi skinął głową, ale nie odpowiedział od razu. Jego
spojrzenie było niepewne, a w jego głowie wojnę prowadził natłok myśli.
- Nie możesz jej wiecznie trzymać pod kontrolą, It’chi
– zauważył Hult’kain. – Jest jedną z nas, kiedyś będzie polować i latać dalej, niż
którykolwiek z nas kiedykolwiek poleci, wiesz o tym.
It’chi westchnął ciężko i skinął głową.
- Wolałbym, gdyby po prostu tu została – wyznał przywódca
Guan.
- To nie skończyłoby się dobrze ani dla nas, ani dla
naszej planety – parsknął Hult’kain. – Sprowadza kłopoty, tym większe, im jest starsza.
Lepiej, żeby wiedziała, jak sobie z nimi radzić.
Chwila milczenia trwała długo, ale w końcu It’chi skinął
głową.
- Jeśli zostanie przy tobie przez cały czas, może lecieć
– zastrzegł.
- Boisz się, że coś jej się stanie?
- Nie, absolutnie – jęknął cicho It’chi. – Boję się,
że jak jej nie zatrzymasz, to coś stanie się wszystkiemu naokoło. Sir’ka się ciebie
słucha, dasz radę ją zatem usadzić.
Hult’kain parsknął tylko śmiechem.
- To jest jakiś powód – przyznał Kainde.
- Kiedy chcesz wylecieć? – zapytał It’chi.
- Pojutrze – odparł Hult’kain. – Chcę dopilnować doków,
dostaliśmy flotę do sprawdzenia, to sporo roboty.
- Nie chcesz lecieć tam sam z nią, nie? – It’chi przechylił
nieco głowę na bok. – Kogo zabierzesz?
- Hult’aha – odparł Hult’kain. – Jeśli wziąłbym starszych,
moglibyśmy nie dolecieć do celu w jednym, niepalącym się kawałku.
It’chi westchnął tylko z dziwnym bólem.
- To tylko dzieci, It’chi – zauważył Kiande. – Próbują
znaleźć swoje miejsce w tym świecie. Zwłaszcza ona próbuje.
- Gdyby tylko… mogłaby być bardziej w tym rozważna –
mruknął It’chi.
- Możliwe. Myślę jednak, że teraz nie idzie jej najgorzej.
– Hult’kain podniósł się ze swojego miejsca. – Jutro nie będę miał z nią lekcji,
przyślij ją pojutrze w południe. Wylatujemy spod Dworu, niech będzie punktualnie.
It’chi skinął głową i również podniósł się, po chwili
odprowadzając Hult’kaina do drzwi. Łowca skierował się do małego ścigacza i po chwili
nie było go już widać.
- Ojcze?
- Sir’ka. – It’chi ułożył dłoń na głowie córki. – Złożyliście
dary?
- Tak – odpowiedziała, a cała jej postawa ukazywała,
jak ciężko jest jej się skupić i być spokojną. – Lord Hult’kain już pojechał?
- Owszem, ma dużo pracy, więc nie mógł długo zostać –
wyznał It’chi. – Jutro nie będziesz miała też z nim lekcji.
Sir’ka skinęła głową, a jej pełen oczekiwania wzrok uświadomił
It’chiego, że kobietka wciąż czeka na jego zgodę lub odmowę na propozycję Kiande.
It’chi wiedział, że bardzo chciała lecieć, wiedział też, że ta wycieczka będzie
dla niego powodem zmartwień i trosk.
- Pojutrze w południe pójdziesz do Dworu Kiande, iskierko
– polecił It’chi. – Lord Hult’kain zabierze cię na Acheron.
Sir’ka westchnęła i It’chi widział w jej oczach tę ogromną
radość. Kobieta momentalnie też wtuliła się w ciało ojca, tym prostym, ludzkim,
czułym gestem dając upust swoim uczuciom.
- Tylko, proszę, nie roznieś niczego – zaśmiał się It’chi,
układając ręce na ramionach córki. – Słuchaj się Hult’kaina. Ta wycieczka ma cię
czegoś nauczyć, bądź zatem zawsze skupiona. Dobrze, iskierko?
- Dobrze, ojcze – wyszeptała. – Będziesz ze mnie dumny,
obiecuję.
~ * ~
Ognisko płonęło wysoko przed
kaplicą, ogień sięgał swoimi jęzorami na prawo i lewo tak, jakby chciał
zagarnąć jak najwięcej. Thwei wiedział, że też dlatego Kiande wyznawali tę siłę
– podobnie jak płomienie, łowcy z klanu ognia chcieli mieć dla siebie wszystko.
Thwei wpatrywał się w ten ogień
ze spokojem. Płomienie były groźne i miały niesamowitą siłę, ale młody łowca z
Kiande nie bał się ich. Ten ogień go nie przerażał – Thwei obawiał się jednak
całkiem innego ognia.
Czasami, gdy wpatrywał się w
płomienie, w środku niego samego, gdzieś w jego ogromnym, bijącym twardo sercu
rodził się inny żar i wtedy w tym ogniu przed sobą widział coś niepokojącego.
Obraz poruszał się i tańczył
tak, jak płomienie. To były namiętne, skryte i czułe ruchy kobiecego ciała i
Thwei nie potrafił do końca ani ich nazwać, ani ich opisać. Czasami po prostu
patrzył w ten ogień, a obraz czyjegoś ciała, drobnego i zgrabnego, przewijał
się w płomieniach. Wtedy to młodemu łowcy tak ciężko było oderwać wzrok od tego
wszystkiego.
- Jest późno, czemu jeszcze nie
śpisz?
Thwei uniósł spojrzenie i ponad
ogniem zauważył swojego ojca. Piękny obraz kobiecego ciała zniknął spomiędzy
żaru, a Thwei wrócił nagle do codzienności.
- Odpoczywałem – wyznał. – Thei
nie chciał iść dziś do Puszczy, a Hult’ah… - Thwei machnął w stronę warsztatów.
– Sam wiesz.
Hult’kain prychnął tylko z
rozbawieniem, ale skinął głową i przysiadł również przy ogniu. Był większy od
syna, zarówno jeśli chodzi o wzrost, jak i o szerokość w ramionach, a także o wagę.
Stanowczo był potężnym łowcą, ale Thwei wiedział, że wcześniej, czy później
dorówna mu w sile.
Przez dłuższą chwilę obaj
milczeli, wpatrując się w ogień. Thwei przez chwilę zastanawiał się, co takiego
jego ojciec może widzieć w płomieniach. Wątpił, by to, co widział on sam,
spodobało się przywódcy klanu Kiande. Thwei nie chciałby nawet wspominać o tym,
co ukazywał mu ogień – to mogło nie być godne ani Kiande, ani w ogóle yautja.
- Znalazłeś drużynę? – zapytał Hult’kain.
- Inkiadhh i H’dlak przeszli rytuał
razem ze mną – odparł Thwei. – Więc… chyba już na razie tak zostanie.
- Mistrz?
- H’dlak chciał uczyć się u Ai’tea,
a Inkiadhh u Ataira – odparł Thwei. – Byliśmy u Ataira, ale ma już trzy dużyny i
nie chce czwartej. Skierował nam do Taya.
- Taya? – zdziwił się Hult’kain.
– Tay z klanu Veya? Nie szkolił nikogo od…
- Dwustu lat – odparł Thwei. – Wiemy.
Hult’kain zmrużył swoje oczy.
- Byliście u niego? – zapytał.
- Tak – odetchnął Hult’kain. – Zgodził
się. Tak, jakby… jakby wiedział, że przyjdziemy i o to poprosimy. Ma spotkania klanowe
do końca obrotu, ale potem zaczynamy szkolenie u niego.
Przywódca klanu Kiande westchnął
tylko i skinął głową.
- Veya to stary klan – zauważył.
– To zaszczyt uczyć się u jednego z nich, Thwei.
- Wiem, ojcze – odparł młody łowca.
– Nie zawiodę cię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz