Po skoku przez szczelinę w
zbiornikach zostało nieco ponad połowa paliwa – tyle, ile potrzebne było na
bardzo podobny w swojej trasie powrót. W razie potrzeby mogliśmy skorzystać też
z kolonii yautja, które znajdowały się nie tak daleko Acheronu, podejrzewałem
jednak, że nie będzie to konieczne – w innym wypadku ojciec zaplanowałby
wszystko inaczej.
Siedzieliśmy w trójkę w małej
kantynie. Ojciec usadził się naprzeciw nas, Sir’kę sadzając wcześniej obok
mnie.
- Jak odwalicie coś głupiego,
łby wam pourywam – mruknął ostrzegawczym tonem. – Jasne? Znajda?
Kobieta od razu pokiwała głową.
Gdy ojciec robił się wyjątkowo poważny i gdy jego głos przypominał niemiłe
warczenie, Sir’ka momentalnie kuliła się, cicha i posłuszna. Bała się ojca,
chociaż tak naprawdę ojciec nie ukazał jej nigdy swojego prawdziwego gniewu.
Nie jej – przy kobiecie był łagodny, na tyle łagodny, na ile mógł być łagodny
dorosły i dziwnie rozgoryczony życiem Kiande.
- Mamy polecieć na Acheron,
znaleźć gniazdo obcych, wypalić je i wrócić – poinformował cicho ojciec. –
Hult’ah, ty się tym zajmiesz ze mną. Znajda, masz siedzieć cicho na statku.
- Ale…
- Powiedziałem coś!
Sir’ka momentalnie skuliła się.
Zdecydowanie ojciec rzadko bywał wobec niej tak brutalny i stanowczy.
- Swoją wycieczkę dostaniesz,
jak skończymy – poinformował już nieco łagodniejszym tonem ojciec. – Hult’ah,
idź po sprzęt. Ten lepszy.
Skinąłem głową i podniosłem się,
kierując do magazynów. Ojciec też wstał, on jednak skierował się kokpitu, gdzie
usiadł na fotelu głównego pilota. Gdy zapinałem karwasze i pancerz, w progu
magazynu stanęła Sir’ka.
- Skąd ta smutna minka, hmm? –
zapytałem cicho.
Sir’ka prychnęła tylko, rzucając
mi rozeźlone spojrzenie.
- Ojciec nie robi tego
specjalnie – zapewniłem ją czułym szeptem. – Nawet jeśli, lepiej go posłuchaj,
dobrze?
Milczała przez chwilę, ale w
końcu skinęła głową, zwieszając ramiona w geście zrezygnowania. Wiedziała,
których walk nie wygra, a bitwy z ojcem zdecydowanie do takich należały.
Zapiąłem resztę osprzętu i
podpiąłem maskę do zbiorników z mieszanką tlenu i kilku ciężkich metali, które
właściwie były naturalne dla naszej planety. Gotowy stanąłem przed Sir’ką,
która wciąż nieporadnie stała w drzwiach do magazynu.
- Też będziesz się dobrze bawić
– zapewniłem, łapiąc jej podbródek w dwa palce i unosząc nieco jej głowę tak,
by spojrzała na mnie. – Jak skończymy, ojciec weźmie cię na ludzką kolonię. Po
to tu przecież jesteś, prawda?
Sir’ka westchnęła tylko, ale
skinęła głową i odsunęła się na bok. Skierowałem się do kokpitu, gdzie ojciec
wprowadzał ostatnie dane do podejścia na Acheron. Obliczenia w jego wykonaniu
wydawały się takie proste – mnie i braciom wciąż zajmowały o wiele więcej, niż
byśmy chcieli.
- Posadź go – polecił mi ojciec,
wstając z fotela. – Włącz osłony.
System na chwilę wydał
ostrzeżenia o niestabilnym locie, ale szybko usiadłem za sterami, delikatnie
skorygowałem lot i pozwoliłem, by pierwsza warstwa atmosfery uderzyła w statek.
- Znajda! Fotel i pasy!
Statek zachwiał się, gdy w końcu
jakieś siły zaczęły przeciwstawiać się jego lotowi. Sir’ka szybko usadziła się
w fotelu i zapięła pasy. Wstrząsów było całkiem sporo, Acheron musiał mieć dość
gęstą, nieprzyjemną atmosferę.
W końcu maszyna wyrównała lot,
włączyłem osłony i statek zniknął zarówno z jakichkolwiek radarów, jak i z
widoku postronnych. Dane podejścia były już wyznaczone, pozostało mi zatem
jedynie doglądać tego, by lot był stały i nasza trajektoria omijała ewentualne
przeszkody.
Samo lądowanie nie było w
najmniejszym stopniu trudne. Już po chwili maszyna znajdowała się na sporej
polanie wśród wysokich, wręcz gigantycznych drzew. Potężne rośliny nawet nie
ugięły się pod naporem wyrzucanego z silników powietrza.
- Idziemy – polecił ojciec,
stojąc w korytarzu. – Znajda, zostajesz tutaj.
~ * ~
Planeta była pusta, wypalona i
martwa, ale to nie przeszkadzało Paliel w tym, by stać tutaj w swojej zwykłej
zbroi zwiadowcy. Powietrze pełne było pyłu, kurzu i trujących pierwiastków,
jednak kobieta wiedziała, że nic jej nie będzie – nie mogła umrzeć od tego
powietrza, nie mogła umrzeć właściwie wcale. Zadbała o to zarówno sama, jak i
zadbał o to jej opiekun, bóg, któremu oddała się pod opiekę tyle milionów lat
temu.
- Co tu robisz? Nie miałaś
pilnować Lisa?
- Lis jest zamknięty, pieczęcie
są nienaruszone – zapewniła. – Tutaj… przyjdą tutaj, prawda? Zawsze zaczynają
stąd.
Legion, yautja lepiej znany jako
Cetanu, westchnął tylko i stanął obok Paliel, zakładając ręce na pierś. Jego
twardy pancerz z kevlaru nosił sporo śladów walki, ale wciąż był wystarczająco
wytrzymały. Mężczyzna pomyślał jednak, że warto go niedługo wymienić – czekała
ich w końcu wojna, bardzo ważna wojna, w której nie mógł sobie pozwolić na
błędy lub niefortunne okoliczności z powodu kiepskiej jakości sprzętu.
- Gdy przyjdą, usłyszymy ich zew
– zauważył Legion.
- Nigdy ich nie słyszałam –
zaprzeczyła.
- Spałaś – odpowiedział. – Każdy
z was śpi, gdy nadchodzą. Gdyby was wyczuli… wszystko poszłoby na marne.
- Ty nigdy nie śpisz – wyznała.
- Ktoś musi czuwać, czyż nie? –
zaśmiał się. – Wróć do Lisa, Paliel. Jeszcze raz sprawdź pieczęcie. Potem
możesz sprawdzić Wyspy Cienia. Zadbaj, by upiory jeszcze tam zostały.
Kobieta chwilę trwała
nieruchomo, ale w końcu skinęła głową, odwróciła się, przecięła ręką powietrze
i przeszła przez utworzoną przez siebie wyrwę w czasie i przestrzeni. Gdy
wszystko scaliło się za nią, Legion odetchnął i przyłożył rękę do twarzy,
palcami mocno ściskając skronie.
Mógł wyglądać i brzmieć pewnie w
czasie rozmowy z Paliel, ale wcale taki nie był. Od wielu, wielu cykli
przygotowywał siebie, podległych mu bogów i zbieranych z każdego zakątka czasu
i przestrzeni wojowników. Ten cykl jednak… ten cykl wybrał jako ten, który miał
być ostatni. W tym cyklu postawił też wszystko na zaledwie kilka jednostek, na
jeden, wyjątkowy ród i jedno, niezwykłe dziecko, które właściwie jeszcze się
nie narodziło.
- Lepiej tego dopilnować –
westchnął. – Skoro chcesz zagrać wszystkimi kartami naraz, głupcze.
Gdy Legion przeciął powietrze
przed sobą, w wyrwie ukazały się piękne, tytaniczne pnie sekwoi z Acheronu.
~ * ~
Budynki kolonii przed nami były
ciche i puste, ale coś wyjątkowo mi nie pasowało. O tej godzinie powinny trwać
prace, ludzie powinni przechodzić oszklonymi korytarzami, a w halach powinny
palić się światła. Nic jednak takiego się nie działo – wszystko było
niepokojąco ciche.
Ojciec kucał obok mnie,
dokładnie lustrując przestrzeń. W końcu jednak podniósł się i odetchnął
głęboko.
- Znaleźli gniazdo –
poinformował.
- Węże? – zdziwiłem się,
ponownie spoglądając na budynki. – Skąd wiesz?
- Śpią w cieplarni, pomiędzy
drzewami – poinformował mnie, wskazując odpowiedni budynek. – Nie zostało zbyt
wielu kolonistów. Jest za to całkiem sporo węży.
Zmrużyłem oczy, przyglądając się
odpowiedniemu budynkowi. Dopiero teraz zauważyłem, że okna są w połowie
zasłonięte przez gęstą, czarną maź i że światła tylko w jednej hali po drugiej
stronie kolonii świecą się słabo.
- Damy im radę? – zapytałem.
- Nie – zaprzeczył ojciec. – Jest
ich za dużo, poczekamy na wsparcie. Gdy wrócimy na statek, wezmę naszych.
- Do tego czasu niewiele
zostanie z tej kolonii – zauważyłem.
- Cóż, znajdzie się inną kolonię
dla znajdy do obejrzenia – mruknął ponuro ojciec.
Nie odpowiedziałem, przerzucając
widma w masce i obserwując otoczenie. W odpowiednim świetle zdołałem w końcu
zauważyć węże. Ich smukłe, zwinne ciała przemykały się korytarzami budynków.
Było ich dużo tak, jak zauważył to wcześniej ojciec.
- Moglibyśmy spróbować…
- Nie będziesz ryzykował swoim i
moim życiem dla ludzkiej kolonii – przerwał mi szybko ojciec. – Ani ze względu
na Sir’kę, ani z powodu twojej głupiej pychy. Jesteś za młody na to gniazdo
węży, a ja nie jestem na tyle głupi, żeby się tam pchać. Czy to jest jasne,
Hult’ah?
Milczałem przez chwilę, ale nim
nieprzyjemny pomruk ojca zamienił się w coś groźniejszego, potwierdziłem:
- Tak, ojcze.
- Wracamy – zarządził
niezadowolonym tonem.
Gdy odwrócił się, rzuciłem
jeszcze jedno, szybkie spojrzenie na budynki i podążyłem za nim.
- Hult’ah. – Ojciec zatrzymał
się na chwilę. – Może… nie mów Sir’ce o niczym. Tak będzie lepiej. Czy to
jasne?
- Tak – potwierdziłem.
~ * ~
Gdy wróciliśmy, statek był
cichy. Sir’ka nie wybiegła nas przywitać i gdy tylko wkroczyłem do korytarza,
nabrałem nieznośnie nieprzyjemnego przeczucia, że nic dobrego to nie wróży.
- Znajda? – Ojciec ewidentnie
też miał takie przeczucie i wcale mu się ono nie podobało. – Znajda?! Sir’ka!
Odpowiedziała mu cisza.
- Statek był zamknięty –
zauważył cicho ojciec. – Gdzie jest Sir’ka? Sprawdź magazyn. Sprzęt.
Komunikatory.
Skinąłem głową i posłusznie
skierowałem się do odpowiedniego pomieszczenia. Wszystkie skrzynie stały
nienaruszone, sprzęt był nietknięty, a każdy z zestawu komunikatorów tkwił na
swoim miejscu.
- Wszystko jest –
poinformowałem, gdy ojciec stanął za mną. – Nic nie wzięła z magazynu.
- Jeśli węże jej nie zabiją, sam
ukręcę jej łeb – warknął ponurym tonem ojciec, kierując się do wyjścia. –
Zostań tu, wezwij Har’kaina. Dwie drużyny.
- Idziesz po nią? – zapytałem.
- Obiecałem jej ojcu, że będę ją
pilnował – mruknął, uderzając w panel przy drzwiach. – Gdyby wróciła, ma tu
zostać do mojego powrotu.
Ojciec wyszedł, a drzwi zasunęły
się za nim cicho. Skierowałem się do kokpitu i uruchomiłem systemy. Skaner
wykrył jedynie ojca, który szybko opuszczał zasięg działania pokładowych
systemów ostrzegania. Wcisnąłem kilka przycisków i dość szybko nawiązałem łącze
z domem.
~ * ~
Sir’ka odetchnęła i wyprostowała
się. Ogromne sekwoje rosły na tyle gęsto, że nie widziała końca lasu, nie
widziała nawet, co działo się zaledwie dwadzieścia metrów od niej – wszystko zasłaniały
potężne pnie ogromnych drzew.
Kobieta szła cicho, krok za krokiem,
nasłuchując wszystkiego, co działo się wokoło. Las pełen był zwierzyny, ale zarówno
zręczne sarny, jak i nawet niewielkie ptaki wydawały się wyjątkowo przerażone. W
lesie ewidentnie było coś jeszcze, o czym Sir’ka doskonale wiedziała. Czuła to –
niebezpieczeństwo. Nie bała się, szła naprzeciw temu tak, jak szła naprzeciw wszystkiego,
co spotykało ją w życiu.
Gdy jednak tuż przed nią wylądowało
potężne cielsko, zatrzymała się i usłużnie niemal skuliła w sobie. Poznała od razu
te szerokie ramiona, wysoką postać i przede wszystkim ten niebezpieczny, wściekły
warkot.
- Gdzieś ty była?! Sir’ka!
Głos Hult’kaina był jednocześnie
wściekły i dziwnie drżący. Gdyby Sir’ka nie znała potężnego łowcy, pomyślałaby,
że yautja się czegoś boi.
- Miałaś być na statku! – huknął
Hult’kain, łapiąc kobietę za ramiona. – Czy ty wiesz, ile by mnie to
kosztowało, gdybyś tu zginęła? Ile by to kosztowało twego ojca?!
- Ja… - jęknęła cicho.
- Wyszłaś bez sprzętu! –
Hult’kain machnął ręką ze wściekłością. – Bez łączności z nami lub ze statkiem.
Jesteś młoda, głupia i nierozważna – warknął, celując w kobietę palcem. – Co ty
w ogóle sobie myślałaś?
- Węże weszły na statek –
odpowiedziała cichutko. – Drapały w osłony…
- Powinnaś wezwać mnie, Sir’ka –
zauważył, wypuszczając jej ramię. – Myślałaś, że dasz radę im sama? Z jednym
ostrzem?
- Nie ma węży przy statku, nie?
– westchnęła.
- Dość! – huknął ze złością
Kiande.
Dziewczyna skrzywiła się nieco,
ale nie odpowiedziała więcej łowcy.
- Wracamy – sapnął Kiande.
Gdy Hult’kain odwrócił się,
Sir’ka cichutko ruszyła za nim. Łowca uważnie skanował swoim wzrokiem wszystko
dookoła – węże mogły przecież opuścić kolonię i być blisko, zwłaszcza jeśli
Sir’ka widziała jakieś przy statku.
- Lordzie Hult’kain – szepnęła
cicho. – Czy coś ze mną jest nie tak?
- Zdecydowanie – parsknął
śmiechem. – Wyszłaś ze statku bez broni. O co ci chodzi, znajdo?
Kobieta odetchnęła i zrównała
się nieco z łowcą. Gdy Hult’kain używał jej imienia, był bardziej niż zły, ale
gdy przezywał ją tym śmiesznym przezwiskiem – stawał się dla Sir’ki bliższy i
czulszy. Nie bała się go wtedy.
- Węże mnie nie atakują –
wyznała. – Uciekały.
Hult’kain zatrzymał się i
zerknął na dziewczynę. Jego wzrok był spokojny, ale nieodgadniony.
- Boją się ognia – odparł po
chwili, ruszając znowu. – Może też po prostu nie chcą, by im się udzieliła
twoja głupota, znajdo.
- Lordzie Hult’kain…
- Miałaś więcej szczęścia, niż
rozumu – wyznał z ciężkim westchnięciem. – Zabranie cię tutaj było błędem,
jesteś stanowczo za młoda na to.
- Nie jestem! – zaprzeczyła, a
gdy znów spojrzał na nią, ciągnęła: - Nigdy nie będę taka, jak Thwei, Thei i
Hult’ah, ale to nie znaczy, że sobie nie poradzę.
- Uważaj na słowa, znajdo –
uprzedził ją, prostując się. – Nie jestem tym Kiande, z którym chciałabyś
kiedykolwiek zadzierać.
Przez chwilę ani jedno z nich
nie ruszyło się, ale w końcu Sir’ka skuliła się delikatnie. Walka była
przegrana, podobnie jak wszelkie poprzednie, których Sir’ka nawet się nie
podjęła. Hult’kain był dla niej tytanem i nie śmiała z nim w żaden sposób zadzierać.
Komputer na przedramieniu
Hult’kaina zamigotał. Łowca uniósł ramię i stuknął kilka przycisków, a na małym
hologramie pojawiła się twarz innego yautja. Łowca miał na sobie maskę, którą
zdobiły dziwne, runiczne znaki.
- Hult’kain, jesteśmy –
zaanonsował łowca.
- Ruszajcie na gniazdo, Har’kain
– polecił im Hult’kain. – Dołączę do was.
- Tak jest – odparł żołnierz.
Hult’kain wygasił ekran i odetchnął
tylko. Do jego statku wciąż był kawałek, ale Kiande wiedział, że to
niebezpiecznie zostawiać Sir’kę tak po prostu w połowie drogi. Nie chodziło
nawet o to, że kobietka by sobie nie poradziła. Hult’kain po prostu nie chciał
niczego złego ryzykować.
- Chcę iść.
Hult’kain zerknął na Sir’kę, po
czym parsknął krótkim śmiechem.
- Dość już dziś zalazłaś mi za
skórę – wyznał. – Wrócisz na statek, znajdo.
- Chcę wiedzieć, czemu przede
mną uciekały – wyznała. – Nie użyłam wtedy ognia, lordzie Hult’kain. Nie
zdążyłam.
Kiande odetchnął tylko i
przytknął palce do czoła.
- Proszę – wyszeptała jeszcze
Sir’ka.
- Trzymaj się mnie – polecił
jej, po czym wskazał na nią palcem. – Cały czas, Sir’ka. Cały. Czas.
- Tak, lordzie Hult’kain –
odpowiedziała ucieszona.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz