7. las potężnych drzew

 


Po skoku przez szczelinę w zbiornikach zostało nieco ponad połowa paliwa – tyle, ile potrzebne było na bardzo podobny w swojej trasie powrót. W razie potrzeby mogliśmy skorzystać też z kolonii yautja, które znajdowały się nie tak daleko Acheronu, podejrzewałem jednak, że nie będzie to konieczne – w innym wypadku ojciec zaplanowałby wszystko inaczej.

Siedzieliśmy w trójkę w małej kantynie. Ojciec usadził się naprzeciw nas, Sir’kę sadzając wcześniej obok mnie.

- Jak odwalicie coś głupiego, łby wam pourywam – mruknął ostrzegawczym tonem. – Jasne? Znajda?

Kobieta od razu pokiwała głową. Gdy ojciec robił się wyjątkowo poważny i gdy jego głos przypominał niemiłe warczenie, Sir’ka momentalnie kuliła się, cicha i posłuszna. Bała się ojca, chociaż tak naprawdę ojciec nie ukazał jej nigdy swojego prawdziwego gniewu. Nie jej – przy kobiecie był łagodny, na tyle łagodny, na ile mógł być łagodny dorosły i dziwnie rozgoryczony życiem Kiande.

- Mamy polecieć na Acheron, znaleźć gniazdo obcych, wypalić je i wrócić – poinformował cicho ojciec. – Hult’ah, ty się tym zajmiesz ze mną. Znajda, masz siedzieć cicho na statku.

- Ale…

- Powiedziałem coś!

Sir’ka momentalnie skuliła się. Zdecydowanie ojciec rzadko bywał wobec niej tak brutalny i stanowczy.

- Swoją wycieczkę dostaniesz, jak skończymy – poinformował już nieco łagodniejszym tonem ojciec. – Hult’ah, idź po sprzęt. Ten lepszy.

Skinąłem głową i podniosłem się, kierując do magazynów. Ojciec też wstał, on jednak skierował się kokpitu, gdzie usiadł na fotelu głównego pilota. Gdy zapinałem karwasze i pancerz, w progu magazynu stanęła Sir’ka.

- Skąd ta smutna minka, hmm? – zapytałem cicho.

Sir’ka prychnęła tylko, rzucając mi rozeźlone spojrzenie.

- Ojciec nie robi tego specjalnie – zapewniłem ją czułym szeptem. – Nawet jeśli, lepiej go posłuchaj, dobrze?

Milczała przez chwilę, ale w końcu skinęła głową, zwieszając ramiona w geście zrezygnowania. Wiedziała, których walk nie wygra, a bitwy z ojcem zdecydowanie do takich należały.

Zapiąłem resztę osprzętu i podpiąłem maskę do zbiorników z mieszanką tlenu i kilku ciężkich metali, które właściwie były naturalne dla naszej planety. Gotowy stanąłem przed Sir’ką, która wciąż nieporadnie stała w drzwiach do magazynu.

- Też będziesz się dobrze bawić – zapewniłem, łapiąc jej podbródek w dwa palce i unosząc nieco jej głowę tak, by spojrzała na mnie. – Jak skończymy, ojciec weźmie cię na ludzką kolonię. Po to tu przecież jesteś, prawda?

Sir’ka westchnęła tylko, ale skinęła głową i odsunęła się na bok. Skierowałem się do kokpitu, gdzie ojciec wprowadzał ostatnie dane do podejścia na Acheron. Obliczenia w jego wykonaniu wydawały się takie proste – mnie i braciom wciąż zajmowały o wiele więcej, niż byśmy chcieli.

- Posadź go – polecił mi ojciec, wstając z fotela. – Włącz osłony.

System na chwilę wydał ostrzeżenia o niestabilnym locie, ale szybko usiadłem za sterami, delikatnie skorygowałem lot i pozwoliłem, by pierwsza warstwa atmosfery uderzyła w statek.

- Znajda! Fotel i pasy!

Statek zachwiał się, gdy w końcu jakieś siły zaczęły przeciwstawiać się jego lotowi. Sir’ka szybko usadziła się w fotelu i zapięła pasy. Wstrząsów było całkiem sporo, Acheron musiał mieć dość gęstą, nieprzyjemną atmosferę.

W końcu maszyna wyrównała lot, włączyłem osłony i statek zniknął zarówno z jakichkolwiek radarów, jak i z widoku postronnych. Dane podejścia były już wyznaczone, pozostało mi zatem jedynie doglądać tego, by lot był stały i nasza trajektoria omijała ewentualne przeszkody.

Samo lądowanie nie było w najmniejszym stopniu trudne. Już po chwili maszyna znajdowała się na sporej polanie wśród wysokich, wręcz gigantycznych drzew. Potężne rośliny nawet nie ugięły się pod naporem wyrzucanego z silników powietrza.

- Idziemy – polecił ojciec, stojąc w korytarzu. – Znajda, zostajesz tutaj.

 

~ * ~

 

Planeta była pusta, wypalona i martwa, ale to nie przeszkadzało Paliel w tym, by stać tutaj w swojej zwykłej zbroi zwiadowcy. Powietrze pełne było pyłu, kurzu i trujących pierwiastków, jednak kobieta wiedziała, że nic jej nie będzie – nie mogła umrzeć od tego powietrza, nie mogła umrzeć właściwie wcale. Zadbała o to zarówno sama, jak i zadbał o to jej opiekun, bóg, któremu oddała się pod opiekę tyle milionów lat temu.

- Co tu robisz? Nie miałaś pilnować Lisa?

- Lis jest zamknięty, pieczęcie są nienaruszone – zapewniła. – Tutaj… przyjdą tutaj, prawda? Zawsze zaczynają stąd.

Legion, yautja lepiej znany jako Cetanu, westchnął tylko i stanął obok Paliel, zakładając ręce na pierś. Jego twardy pancerz z kevlaru nosił sporo śladów walki, ale wciąż był wystarczająco wytrzymały. Mężczyzna pomyślał jednak, że warto go niedługo wymienić – czekała ich w końcu wojna, bardzo ważna wojna, w której nie mógł sobie pozwolić na błędy lub niefortunne okoliczności z powodu kiepskiej jakości sprzętu.

- Gdy przyjdą, usłyszymy ich zew – zauważył Legion.

- Nigdy ich nie słyszałam – zaprzeczyła.

- Spałaś – odpowiedział. – Każdy z was śpi, gdy nadchodzą. Gdyby was wyczuli… wszystko poszłoby na marne.

- Ty nigdy nie śpisz – wyznała.

- Ktoś musi czuwać, czyż nie? – zaśmiał się. – Wróć do Lisa, Paliel. Jeszcze raz sprawdź pieczęcie. Potem możesz sprawdzić Wyspy Cienia. Zadbaj, by upiory jeszcze tam zostały.

Kobieta chwilę trwała nieruchomo, ale w końcu skinęła głową, odwróciła się, przecięła ręką powietrze i przeszła przez utworzoną przez siebie wyrwę w czasie i przestrzeni. Gdy wszystko scaliło się za nią, Legion odetchnął i przyłożył rękę do twarzy, palcami mocno ściskając skronie.

Mógł wyglądać i brzmieć pewnie w czasie rozmowy z Paliel, ale wcale taki nie był. Od wielu, wielu cykli przygotowywał siebie, podległych mu bogów i zbieranych z każdego zakątka czasu i przestrzeni wojowników. Ten cykl jednak… ten cykl wybrał jako ten, który miał być ostatni. W tym cyklu postawił też wszystko na zaledwie kilka jednostek, na jeden, wyjątkowy ród i jedno, niezwykłe dziecko, które właściwie jeszcze się nie narodziło.

- Lepiej tego dopilnować – westchnął. – Skoro chcesz zagrać wszystkimi kartami naraz, głupcze.

Gdy Legion przeciął powietrze przed sobą, w wyrwie ukazały się piękne, tytaniczne pnie sekwoi z Acheronu.

 

~ * ~

 

Budynki kolonii przed nami były ciche i puste, ale coś wyjątkowo mi nie pasowało. O tej godzinie powinny trwać prace, ludzie powinni przechodzić oszklonymi korytarzami, a w halach powinny palić się światła. Nic jednak takiego się nie działo – wszystko było niepokojąco ciche.

Ojciec kucał obok mnie, dokładnie lustrując przestrzeń. W końcu jednak podniósł się i odetchnął głęboko.

- Znaleźli gniazdo – poinformował.

- Węże? – zdziwiłem się, ponownie spoglądając na budynki. – Skąd wiesz?

- Śpią w cieplarni, pomiędzy drzewami – poinformował mnie, wskazując odpowiedni budynek. – Nie zostało zbyt wielu kolonistów. Jest za to całkiem sporo węży.

Zmrużyłem oczy, przyglądając się odpowiedniemu budynkowi. Dopiero teraz zauważyłem, że okna są w połowie zasłonięte przez gęstą, czarną maź i że światła tylko w jednej hali po drugiej stronie kolonii świecą się słabo.

- Damy im radę? – zapytałem.

- Nie – zaprzeczył ojciec. – Jest ich za dużo, poczekamy na wsparcie. Gdy wrócimy na statek, wezmę naszych.

- Do tego czasu niewiele zostanie z tej kolonii – zauważyłem.

- Cóż, znajdzie się inną kolonię dla znajdy do obejrzenia – mruknął ponuro ojciec.

Nie odpowiedziałem, przerzucając widma w masce i obserwując otoczenie. W odpowiednim świetle zdołałem w końcu zauważyć węże. Ich smukłe, zwinne ciała przemykały się korytarzami budynków. Było ich dużo tak, jak zauważył to wcześniej ojciec.

- Moglibyśmy spróbować…

- Nie będziesz ryzykował swoim i moim życiem dla ludzkiej kolonii – przerwał mi szybko ojciec. – Ani ze względu na Sir’kę, ani z powodu twojej głupiej pychy. Jesteś za młody na to gniazdo węży, a ja nie jestem na tyle głupi, żeby się tam pchać. Czy to jest jasne, Hult’ah?

Milczałem przez chwilę, ale nim nieprzyjemny pomruk ojca zamienił się w coś groźniejszego, potwierdziłem:

- Tak, ojcze.

- Wracamy – zarządził niezadowolonym tonem.

Gdy odwrócił się, rzuciłem jeszcze jedno, szybkie spojrzenie na budynki i podążyłem za nim.

- Hult’ah. – Ojciec zatrzymał się na chwilę. – Może… nie mów Sir’ce o niczym. Tak będzie lepiej. Czy to jasne?

- Tak – potwierdziłem.

 

~ * ~

 

Gdy wróciliśmy, statek był cichy. Sir’ka nie wybiegła nas przywitać i gdy tylko wkroczyłem do korytarza, nabrałem nieznośnie nieprzyjemnego przeczucia, że nic dobrego to nie wróży.

- Znajda? – Ojciec ewidentnie też miał takie przeczucie i wcale mu się ono nie podobało. – Znajda?! Sir’ka!

Odpowiedziała mu cisza.

- Statek był zamknięty – zauważył cicho ojciec. – Gdzie jest Sir’ka? Sprawdź magazyn. Sprzęt. Komunikatory.

Skinąłem głową i posłusznie skierowałem się do odpowiedniego pomieszczenia. Wszystkie skrzynie stały nienaruszone, sprzęt był nietknięty, a każdy z zestawu komunikatorów tkwił na swoim miejscu.

- Wszystko jest – poinformowałem, gdy ojciec stanął za mną. – Nic nie wzięła z magazynu.

- Jeśli węże jej nie zabiją, sam ukręcę jej łeb – warknął ponurym tonem ojciec, kierując się do wyjścia. – Zostań tu, wezwij Har’kaina. Dwie drużyny.

- Idziesz po nią? – zapytałem.

- Obiecałem jej ojcu, że będę ją pilnował – mruknął, uderzając w panel przy drzwiach. – Gdyby wróciła, ma tu zostać do mojego powrotu.

Ojciec wyszedł, a drzwi zasunęły się za nim cicho. Skierowałem się do kokpitu i uruchomiłem systemy. Skaner wykrył jedynie ojca, który szybko opuszczał zasięg działania pokładowych systemów ostrzegania. Wcisnąłem kilka przycisków i dość szybko nawiązałem łącze z domem.

 

~ * ~

 

Sir’ka odetchnęła i wyprostowała się. Ogromne sekwoje rosły na tyle gęsto, że nie widziała końca lasu, nie widziała nawet, co działo się zaledwie dwadzieścia metrów od niej – wszystko zasłaniały potężne pnie ogromnych drzew.

Kobieta szła cicho, krok za krokiem, nasłuchując wszystkiego, co działo się wokoło. Las pełen był zwierzyny, ale zarówno zręczne sarny, jak i nawet niewielkie ptaki wydawały się wyjątkowo przerażone. W lesie ewidentnie było coś jeszcze, o czym Sir’ka doskonale wiedziała. Czuła to – niebezpieczeństwo. Nie bała się, szła naprzeciw temu tak, jak szła naprzeciw wszystkiego, co spotykało ją w życiu.

Gdy jednak tuż przed nią wylądowało potężne cielsko, zatrzymała się i usłużnie niemal skuliła w sobie. Poznała od razu te szerokie ramiona, wysoką postać i przede wszystkim ten niebezpieczny, wściekły warkot.

- Gdzieś ty była?! Sir’ka!

Głos Hult’kaina był jednocześnie wściekły i dziwnie drżący. Gdyby Sir’ka nie znała potężnego łowcy, pomyślałaby, że yautja się czegoś boi.

- Miałaś być na statku! – huknął Hult’kain, łapiąc kobietę za ramiona. – Czy ty wiesz, ile by mnie to kosztowało, gdybyś tu zginęła? Ile by to kosztowało twego ojca?!

- Ja… - jęknęła cicho.

- Wyszłaś bez sprzętu! – Hult’kain machnął ręką ze wściekłością. – Bez łączności z nami lub ze statkiem. Jesteś młoda, głupia i nierozważna – warknął, celując w kobietę palcem. – Co ty w ogóle sobie myślałaś?

- Węże weszły na statek – odpowiedziała cichutko. – Drapały w osłony…

- Powinnaś wezwać mnie, Sir’ka – zauważył, wypuszczając jej ramię. – Myślałaś, że dasz radę im sama? Z jednym ostrzem?

- Nie ma węży przy statku, nie? – westchnęła.

- Dość! – huknął ze złością Kiande.

Dziewczyna skrzywiła się nieco, ale nie odpowiedziała więcej łowcy.

- Wracamy – sapnął Kiande.

Gdy Hult’kain odwrócił się, Sir’ka cichutko ruszyła za nim. Łowca uważnie skanował swoim wzrokiem wszystko dookoła – węże mogły przecież opuścić kolonię i być blisko, zwłaszcza jeśli Sir’ka widziała jakieś przy statku.

- Lordzie Hult’kain – szepnęła cicho. – Czy coś ze mną jest nie tak?

- Zdecydowanie – parsknął śmiechem. – Wyszłaś ze statku bez broni. O co ci chodzi, znajdo?

Kobieta odetchnęła i zrównała się nieco z łowcą. Gdy Hult’kain używał jej imienia, był bardziej niż zły, ale gdy przezywał ją tym śmiesznym przezwiskiem – stawał się dla Sir’ki bliższy i czulszy. Nie bała się go wtedy.

- Węże mnie nie atakują – wyznała. – Uciekały.

Hult’kain zatrzymał się i zerknął na dziewczynę. Jego wzrok był spokojny, ale nieodgadniony.

- Boją się ognia – odparł po chwili, ruszając znowu. – Może też po prostu nie chcą, by im się udzieliła twoja głupota, znajdo.

- Lordzie Hult’kain…

- Miałaś więcej szczęścia, niż rozumu – wyznał z ciężkim westchnięciem. – Zabranie cię tutaj było błędem, jesteś stanowczo za młoda na to.

- Nie jestem! – zaprzeczyła, a gdy znów spojrzał na nią, ciągnęła: - Nigdy nie będę taka, jak Thwei, Thei i Hult’ah, ale to nie znaczy, że sobie nie poradzę.

- Uważaj na słowa, znajdo – uprzedził ją, prostując się. – Nie jestem tym Kiande, z którym chciałabyś kiedykolwiek zadzierać.

Przez chwilę ani jedno z nich nie ruszyło się, ale w końcu Sir’ka skuliła się delikatnie. Walka była przegrana, podobnie jak wszelkie poprzednie, których Sir’ka nawet się nie podjęła. Hult’kain był dla niej tytanem i nie śmiała z nim w żaden sposób zadzierać.

Komputer na przedramieniu Hult’kaina zamigotał. Łowca uniósł ramię i stuknął kilka przycisków, a na małym hologramie pojawiła się twarz innego yautja. Łowca miał na sobie maskę, którą zdobiły dziwne, runiczne znaki.

- Hult’kain, jesteśmy – zaanonsował łowca.

- Ruszajcie na gniazdo, Har’kain – polecił im Hult’kain. – Dołączę do was.

- Tak jest – odparł żołnierz.

Hult’kain wygasił ekran i odetchnął tylko. Do jego statku wciąż był kawałek, ale Kiande wiedział, że to niebezpiecznie zostawiać Sir’kę tak po prostu w połowie drogi. Nie chodziło nawet o to, że kobietka by sobie nie poradziła. Hult’kain po prostu nie chciał niczego złego ryzykować.

- Chcę iść.

Hult’kain zerknął na Sir’kę, po czym parsknął krótkim śmiechem.

- Dość już dziś zalazłaś mi za skórę – wyznał. – Wrócisz na statek, znajdo.

- Chcę wiedzieć, czemu przede mną uciekały – wyznała. – Nie użyłam wtedy ognia, lordzie Hult’kain. Nie zdążyłam.

Kiande odetchnął tylko i przytknął palce do czoła.

- Proszę – wyszeptała jeszcze Sir’ka.

- Trzymaj się mnie – polecił jej, po czym wskazał na nią palcem. – Cały czas, Sir’ka. Cały. Czas.

- Tak, lordzie Hult’kain – odpowiedziała ucieszona.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz