Zerknąłem raz jeszcze na
plątaninę kabli, aż w końcu warknąłem wściekle i odsunąłem panel od siebie.
Oczywiście, nie byłem może takim geniuszem programowania, jak Thei, nie znałem
się też tak dobrze na budowie statków, co ojciec lub Ta’al, ale właściwe dotąd
radziłem sobie nie najgorzej. Dzisiaj jednak nie byłem w stanie nawet połączyć
prostych systemów se sobą. Nie potrafiłem tak naprawdę dobrze się skupić na
czymkolwiek.
Mogłem obwiniać o to późną porę,
w końcu było dobrze po północy. Mogłem też obwiniać gorąco, bo nawet w środku
nocy na zewnątrz było duszno, zbyt duszno nawet jak na nas, yautja. Mogłem też
zrzucić winę na to, że byłem głodny lub zmęczony dzisiejszymi ćwiczeniami, ale
tak naprawdę wiedziałem, że ani jedna z tych rzeczy nie odpowiada za moje
roztargnienie.
Westchnąłem z niezadowolonym
pomrukiem i oparłem się mocniej o swoje krzesło. Chciałem wyjść, pójść do
Puszczy, ale nie po to, żeby polować. Chciałem znowu zobaczyć się z Sir’ką.
Na samo wspomnienie o kobiecie
coś w środku mnie zapaliło żywym, gorącym płomieniem. Nie pomogło wcale to, że
przypomniałem sobie o naszej ostatniej, wspólnie spędzonej nocy – właściwie to
jedynie zwiększyło ten szaleńczy płomień w środku mnie.
Chciałem więcej i to chyba
zaczynało mnie nieco przerażać. Nie powinienem chcieć więcej. Yautja w moim
wieku myśleli raczej o polowaniach, związki zostawiając na potem. Ja chciałem
być tylko obok niej, czuć jej ogień, każdy jej ogień obok siebie.
Gdy mój komunikator na ramieniu
rozświetlił się, nie zwróciłem na to większej uwagi, wciąż wpatrując się w
wysoki sufit warsztatu nad sobą. Przez okna wpadało nieco księżycowego światła,
widać też było rozmigotane gwiazdy. Gdy coś jeszcze przemknęło się tam,
zmarszczyłem brwi, jednym ruchem wygasiłem wszystkie światła w warsztacie i
powoli zsunąłem się z krzesła, podchodząc do ściany.
Wokoło było cicho. Za oknem
skrzeczały buszujące w Puszczy ptaki, słychać też było gdzieś wołanie tura. Nie
to jednak mnie interesowało – gdzieś na dachu coś przemykało się cicho. Było
lekkie i zwinne, a ja przez chwilę zastanawiałem się, czy pumy byłyby aż tak
bezczelne, by wchodzić na dachy yautjańskich domów.
Wyszedłem z warsztatu przez
szerokie wrota i powoli wspiąłem się po ścianie na dach. Co jakiś czas ciche
kroki milkły, wtedy też zatrzymywałem się, a gdy szelest powtarzał się,
ruszałem dalej. W końcu wspiąłem się na kamienny dach i odetchnąłem z dziwnym
spokojem i ogromną radością.
Na dachu stała Sir’ka, a gdy
wyprostowałem się i zamruczałem cicho, natychmiast odwróciła się do mnie. Miała
niezadowoloną minę i dziwaczny, pełen wyrzutu wzrok.
- Odważnie dla Guan zakradać się
do Dworu Kiande – zauważyłem cicho rozbawionym tonem. – Szukasz kłopotów?
- Nie odpowiedziałeś – mruknęła,
wskazując na mój komunikator.
Przechyliłem nieco głowę na bok,
a zaraz potem uniosłem ramię. Komputer naramienny świecił się delikatnie, a gdy
otworzyłem panel, zobaczyłem wiadomość od Sir’ki. Pytała, czy wyjdziemy.
Pomiędzy jej wiadomością a moim wykradaniem się na dach minęła zaledwie chwila.
Kobieta była bardzo niecierpliwa.
- Tak – odpowiedziałem
rozbawiony, zamykając panel na ramieniu. – Może Thei ma rację i powinnaś więcej
modlić się do Moaty? Cierpliwość wody by ci się przydała.
Sir’ka prychnęła nieprzyjemnie.
- Może powinieneś więcej
ćwiczyć, przydałoby ci się trochę orientacji – warknęła.
Zaśmiałem się tylko i skinąłem
na nią ręką, zsuwając się po ścianie warsztatu. Wylądowałem z głuchym
tąpnięciem na ziemi, a sekundę później obok mnie bezszelestnie stanęła Sir’ka.
- Puszcza, czy Skały? –
zapytałem, zapinając mocniej karwasze na lewym ramieniu.
Przez chwilę nie odpowiedziała,
a gdy w końcu odezwała się, jej głos był wyjątkowo cichy.
- Jeziora.
- Hm? – zdziwiłem się, nie do
końca pewny, czy aby dobrze usłyszałem.
- Chcę iść nad jeziora –
powtórzyła nieco głośniej.
Zamruczałem tylko i skinąłem
głową.
- Niech będą i jeziora –
westchnąłem tylko, tak samo spokojny, jak i podniecony.
~ * ~
Ui’stbi zerknął na wejście do
laboratorium i zamruczał z zadowoleniem. W progu stała Sir’ka, niepewna i
ewidentnie zagubiona. Ogień Ragty milczał w niej, zatem problem nie pochodził
tym razem z jej wyjątkowej mocy.
- Płomyczku? – Ui’stbi
wyprostował się znad laboratoryjnego stołu. – Wyglądasz na zmartwioną, maleńka,
co się stało?
- Lordzie Ui’stbi… - Kobieta
potarła palcami własne ramię. – Chyba coś jest nie tak.
- Co jest nie tak? – zapytał.
Sir’ka rozejrzała się nieco
płochliwie, ale widząc, że w laboratorium nie ma nikogo innego, ciągnęła:
- Ja… właściwie…
Ui’stbi zamruczał czule i
wskazał kobiecie stojący obok stołek.
- Siadaj, płomyczku – zachęcił,
sam zajmując drugi ze stołków. – Mów, co się dzieje.
Sir’ka podeszła posłusznie do
czarownika i usiadła naprzeciw niego, podciągając kolana pod brodę. Ui’stbi
zamruczał niespokojnie, ale cicho, starając się uspokoić zarówno siebie, jak i
dziewczynę.
- Czasami pojawia się ogień. W
środku – wyjaśniła, pokazując na własną klatkę piersiową. – Taki ogień, którego
nie umiem opanować.
Ui’stbi zerknął z uwagą na
kobietę i ujął jej twarz w palce. Obejrzał dokładnie najpierw jej policzki, a
potem jej tors. Przez maskę widział idealnie, jak jej serce bije mocno i równo,
skąpane w gorącym płomieniu danym jej przez samego Ragtę. Teraz jednak ten
ogień był spokojny i cichy, opanowany tak, jak powinien być, dokładnie tak, jak
uczył ją opanowywać tę siłę.
- Teraz też? – zapytał.
- Nie – odpowiedziała szczerze.
– Tylko, jak jestem z… Tylko czasami, lordzie Ui’stbi.
Czarownik spojrzał na kobietę i
roześmiał się cicho. Ah, więc o taki ogień chodziło. Ui’stbi cofnął ręce i
usiadł prosto na swoim stołku.
- Oczywiście, nie ma to żadnego
związku z tym, że nocami wymykasz się z młodym Kiande, prawda?
Sir’ka momentalnie spięła się i
zmieszała, a jej policzki zaczerwieniły się, zapewne rozgrzewając od tego
samego ognia, który ewidentnie dręczył ją przy Hult’ahu. Ui’stbi zaśmiał się
znowu, widząc, jak jej niepewność i zażenowanie sięgają właśnie zenitu.
- Ja wcale nie… - zaczęła
jękliwym tonem.
- Płomyczku, jestem szalony, ale
nie głupi.
Kobieta odwróciła tylko głowę,
dziwnie zniesmaczona i obrażona. Ta jej mimika, te jej humory, ta jej
ekspresywna postawa… ludzie byli tak diametralnie różni od Yautja, a dzięki
niej czarownik widział to idealnie.
- Tylko przy nim tak jest –
wyznała w końcu cicho, wciąż jednak nie patrząc na Ui’stbi. – Czy to coś
niebezpiecznego, lordzie Ui’stbi?
- Bardzo – wyznał rozbawiony, a
gdy kobieta spojrzała na niego płaczliwie, dodał: - Ten płomień ogarnie
najpierw twoje serce, potem twoją duszę, a na końcu ciało. Nie spali jednak
niczego i nie musisz się go bać, Sir’ka. Pozwól mu trwać.
Kobieta westchnęła tylko ciężko.
- Martwisz się – zauważył
czarownik. – Czemu?
- Ja… jestem człowiekiem. Czy na
pewno powinnam…
- Jesteś tu, Sir’ka – przerwał
jest Ui’stbi. – Znalazłaś się wśród nas nie bez powodu. Wszystko, co się teraz
dzieje, to wola bogów. Nie bój się wypełniać ich planów, nawet jeśli wydają ci
się one szalone, płomyczku.
Sir’ka skinęła tylko głową, a
Ui’stbi zamruczał rozbawiony.
- Zresztą, Hult’ah nie wydaje
się temu niechętny – zauważył czarownik. – Czyż nie?
Kobieta znów spłonęła rumieńcem,
a jej spojrzenie stało się dziwnie niepewne, zażenowane i uciekało na boki.
- Twój ogień do niego lgnie –
zauważył cicho czarodziej. – Skoro nawet on wie o tym, co nieuniknione, nie
zastanawiaj się, maleńka.
Sir’ka skinęła głową i
odetchnęła ciężko, chociaż z wyraźną ulgą.
- Czy byłaś już na lekcjach u
Hult’kaina?
- Lord Hult’kain nie kazał
przychodzić dziś i jutro – odparła.
- Hm, no tak – zamruczał
czarownik. – Czy mimo to zrobisz coś dla mnie? Chciałbym przekazać mu dane z
planami Nyria 7U. Będziemy organizować tam kolejny rytuał.
Sir’ka przechyliła głowę na bok,
ale po chwili skinęła nią i odebrała tablet od Ui’stbi.
- Oczywiście, lordzie Ui’stbi.
~ * ~
- Co tu robisz, znajdo?
Sir’ka uniosła swoje spojrzenie,
z trudem jednak odrywając je od ogromnych ognisk. Stojący przed nią Hult’kain
nie wydawał się zadowolony z jej obecności i dziewczyna czuła to idealnie.
- Mówiłem, że dziś i jutro nie
będzie lekcji.
- Ui’stbi kazał przekazać plany
z Nyria 7U, lordzie Hult’kain – wyjaśniła cicho dziewczyna.
- Daj to – polecił sucho łowca,
a gdy dziewczyna podała mu tablet, zerknął krótko na ekran. – Coś jeszcze,
znajdo?
- Co się dzieje? – zapytała, z
fascynacją w oczach wpatrując się w wysokie płomienie.
- Świętujemy – odpowiedział. –
Dziś będzie noc ognia, noc Ragty.
Sir’ka westchnęła tylko, wciąż
szeroko otwartymi oczyma wpatrując się w ogromne ogniska i skaczących przez
płomienie łowców. Hult’kain westchnął tylko i stuknął ją palcem w czoło, na co
dziewczyna od razu się otrząsnęła.
- Znajda, gapisz się jak turze
cielę na trawę.
- Przepraszam – wyszeptała
potulnie.
- Chcesz zostać? – zapytał
Kiande.
- Mogę? – zapytała zachwycona,
nagle ożywiając się mocno.
Hult’kain skinął głową i złożył
tablet, przytwierdzając go do komputera na ramieniu.
- Możesz – potwierdził. – Jeśli
będziesz blisko mnie. Zrozumiałaś?
- Tak, lordzie Hult’kain.
- Blisko. Mnie. Pamiętasz, co to
znaczy, czy mam ci przypomnieć Acheron? – syknął.
Kobieta skrzywiła się tylko i
stanęła nico bliżej yautja.
- Pamiętam, lordzie Hult’kain –
odpowiedziała.
- Oby – mruknął.
Yautja skierował się ku
ogniskom, a Sir’ka podążyła cicho za nim. Im bliżej ognia się znajdowali, tym
szerzej rozwierały się oczy kobiety i tym szybciej biło jej serce.
~ * ~
- Znudzony?
Uniosłem nieco spojrzenie, nim
jednak wstałem, Har’kain uniósł pojednawczo dłoń i przysiadł przy ścianie
budynku obok mnie. Był potężnym łowcą, niemal tak samo wysokim i ciężkim, jak
mój ociec. Bez swojej pełnej zbroi żołnierza nie wydawał się jednak tak
nieprzystępny i oschły, jak wtedy, gdy on i jego drużyna czyścili gniazdo
obcych na Acheron.
- Czasami myślę, że te ogniska
robią się coraz niższe – zauważył cichym tonem. – Nie robią się jednak. Co
sezon dokładają do nich nawet więcej ognia. Nam, Kiande, to jednak zawsze za
mało.
Zerknąłem niepewnie najpierw na
niego, a zaraz potem na ogniska. Płomienie były wysokie, bardzo wysokie, ale
gdybym miał je przeskakiwać teraz, nie zawahałbym się. Nigdy się nie wahałem,
teraz jednak wydawało mi się to niewinną rozrywką, a nie wyzwaniem. Har’kain
miał rację – zawsze było nam wszystkiego zbyt mało.
- Skoro nie ma tutaj tego, czego
pragniesz, dlaczego jeszcze tu jesteś?
Coś w środku mnie ścisnęło się
mocno. To, czego pragnę? Zdecydowanie nie należało to do czegoś, co było godne
Kiande, godne yautja. Czy wuj wiedział o tym, czy jego słowa były tylko
niewinnym drażnieniem się?
- To święto Ragta –
odpowiedziałem ostrożnie, chociaż radosnym tonem. – Gdzie indziej jako Kiande
mógłbym być?
Tar’kain fuknął tylko przez nos,
a ja nie do końca wiedziałem, czy to z rozbawienia, czy ze zirytowania.
- Skakałeś? – zapytał mnie.
- Tak – odpowiedziałem. – Nie
wyglądałoby to za dobrze, gdybym jako syn przywódcy klanu tego nie robił.
Zresztą, to zabawne.
Har’kain zaśmiał się tylko, ale
nim powiedział coś więcej, ostry głos ojca sprawił, że obaj unieśliby
spojrzenie.
- Hult’ah!
- Ojcze?
- Zostań z nią. – Ojciec wskazał
niezadowolonym gestem na Sir’kę. – Tutaj. Bez głupot. Zrozumiane?
- Tak, ojcze – odpowiedziałem od
razu.
- To było do was obojga, znajdo.
- Tak, lordzie Hult’kain –
odpowiedziała cicho.
- Har, chodź – polecił ojciec.
Wuj podniósł się z westchnięciem
i podszedł do ojca. Ten posłał nam jeszcze jedno, dziwnie zirytowane spojrzenie
i zniknął pomiędzy ogniskami. Sir’ka odprowadziła go wzrokiem, a po chwili z
dziwnym, wręcz nienaturalnym dla niej spokojem zaczęła wpatrywać się w wysokie
ogniska.
Przez chwilę trwała nieruchomo,
ale wiedziałem, że jej ciekawska natura w końcu się odezwie. Gdy niespokojnie
przystąpiła z nogi na nogę, robiąc mały krok w przód, zamruczałem. Zwróciła na
mnie swoją uwagę od razu.
- Miałaś tu zostać – zaśmiałem
się tylko.
- Nigdzie nie idę – ofuknęła
mnie, z powrotem jednak wracając na swoje miejsce.
- Tak ci źle przy mnie? –
zapytałem cicho.
Sir’ka nie odpowiedziała, ale
jej krótkie spojrzenie miało w sobie coś ostrzegawczego, co jednak zwykłem
ignorować.
- Kilka godzin temu nie
narzekałaś tak na moje towarzy…
- Och, cicho bądź! – syknęła,
odwracając zażenowane spojrzenie.
Zaśmiałem się tylko.
Wprowadzanie Sir’ki w zakłopotanie nie było ostatnio tak trudne i o dziwo
sprawiało mi całkiem sporo frajdy. Dziewczyna ewidentnie jednak tego nie
lubiła. Była też widocznie na mnie na tyle zła, że chciała skierować się ku
ogniskom.
- Sir’ka, zostań – poprosiłem,
wskazując miejsce obok siebie. – Ojciec cię lubi, ja też cię lubię. Na tym
jednak kończy się tolerancja Kiande do ciebie.
Kobieta westchnęła i nieco
zrezygnowana usiadła przy mnie przy ścianie. Zamruczałem tylko cicho i
skierowałem swój wzrok na ogniska.
- Co oni robią? – zapytała mnie
po chwili.
Zerknąłem w stronę, w którą
patrzyła Sir’ka i zobaczyłem, jak przez ogniska znów zaczęli skakać młodzi
członkowie mojego klanu. Wśród nich był też Thwei i Thei. Moi bracia wybierali
spore ogniska do skoków, większe, niż te, które obierali sobie inni.
- Dokładnie to, co widać, że
robią – zaśmiałem się. – Skaczą przez ogień.
- Dlaczego?
- To zabawa. Popis. – Wzruszyłem
ramionami. – Im większy ogień, tym lepiej.
- Czy to trudne?
- Nie aż tak bardzo –
odpowiedziałem. – Jeśli skoczysz wystarczająco szybko, nie zdążysz się oparzyć.
Sir’ka westchnęła tylko, z
dziwną tęsknotą i zachwytem. W jej szarych, szeroko otwartych oczach odbijały
się płomienie. Ogniska przed nami płonęły wysoko, a ogień tańczył radośnie, ale
w jej oczach wszystko wydawało się po dwakroć bardziej żywe i niebezpieczne.
- Ty też skaczesz? – zapytała
mnie.
- Oczywiście – odpowiedziałem
rozbawiony. – Każdy z Kiande w tę noc hartuje się w ogniu. Mniej lub bardziej.
Kobieta podciągnęła nogi pod
brodę i otoczyła je własnymi ramionami. Skulona wydawała się bezbronna, ale ten
ogień w jej oczach sprawiał, że jej widok miał w sobie coś z dzikiego i
nieokiełznanego niebezpieczeństwa.
- Też chcę – jęknęła cicho.
- Nie wątpię – parsknąłem
śmiechem. – Masz tu jednak zostać. Ojciec tak chciał, pamiętasz?
Skinęła głową, ale jej
spojrzenie wciąż było utkwione w płomieniach. Tęskniła za ogniem, nawet jeśli
ogień był zawsze przy niej.
- Myślałem, że lata temu
porzuciliśmy składanie żywych ofiar Ragcie.
Zarówno ja, jak i Sir’ka
unieśliśmy swoje spojrzenia. Thei stał niedaleko, a jego skóra była
gdzieniegdzie zaczerwieniona – ogień musiał go sięgnąć, w końcu skakał długo i
przez ogromne ogniska. Oparzenia nie były jednak zbyt wielkie. Każdy z Kiande w
noc Ragty hartował się w ogniu i takie drobne oparzenia były niczym. Być może
dlatego ogień Sir’ki znosiliśmy tak dobrze.
- W razie potrzeby ojciec kazał
ją trzymać – zaśmiałem się, poklepując Sir’kę po głowie czułym, ale też nieco
lekceważącym gestem. – Cholera wie, kiedy zacznie padać.
Thei parsknął śmiechem, a Sir’ka
warknęła, odtrącając moją dłoń. Ewidentnie nie była zadowolona z tego, jak
toczyła się rozmowa i jak ją traktowaliśmy.
- Zaraz możemy złożyć cię w
ofierze – syknęła ku mojemu bratu.
- Możesz próbować, pchło –
warknął, pochylając się.
Przewróciłem tylko oczyma i
mocniej chwyciłem Sir’ką za ramię, przytrzymując ją przy sobie. Nie
potrzebowałem zbyt wiele siły, by to robić – byłem silniejszy i to znacznie od
niej, a ona była drobna i krucha. Nie znaczyło to jednak, że zdołałbym ją utrzymać
bez problemu. Przekonała mnie o tym wciąż rosnąca temperatura ciała Sir’ki.
- Myślałem, że to Thwei się
uroczo z nią umawia na pojedynki – westchnąłem.
- Może nie będzie zły, jak
ukręcę jej łeb – parsknął Thei.
Syknąłem cicho, gdy ciało Sir’ki
zrobiło się zbyt gorące, bym mógł bez problemu ją dotykać. Nieprzytrzymywana
przez moją dłoń od razu uniosła się i skoczyła na Theiego. Mój brat przyjął
cios, złapał ją za dłoń i wrzucił w pierwsze ognisko za sobą, a wszystko to
stało się tak szybko, że nawet nie zdążyłem się podnieść.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz