12. święto Ragty

 


Zerknąłem raz jeszcze na plątaninę kabli, aż w końcu warknąłem wściekle i odsunąłem panel od siebie. Oczywiście, nie byłem może takim geniuszem programowania, jak Thei, nie znałem się też tak dobrze na budowie statków, co ojciec lub Ta’al, ale właściwe dotąd radziłem sobie nie najgorzej. Dzisiaj jednak nie byłem w stanie nawet połączyć prostych systemów se sobą. Nie potrafiłem tak naprawdę dobrze się skupić na czymkolwiek.

Mogłem obwiniać o to późną porę, w końcu było dobrze po północy. Mogłem też obwiniać gorąco, bo nawet w środku nocy na zewnątrz było duszno, zbyt duszno nawet jak na nas, yautja. Mogłem też zrzucić winę na to, że byłem głodny lub zmęczony dzisiejszymi ćwiczeniami, ale tak naprawdę wiedziałem, że ani jedna z tych rzeczy nie odpowiada za moje roztargnienie.

Westchnąłem z niezadowolonym pomrukiem i oparłem się mocniej o swoje krzesło. Chciałem wyjść, pójść do Puszczy, ale nie po to, żeby polować. Chciałem znowu zobaczyć się z Sir’ką.

Na samo wspomnienie o kobiecie coś w środku mnie zapaliło żywym, gorącym płomieniem. Nie pomogło wcale to, że przypomniałem sobie o naszej ostatniej, wspólnie spędzonej nocy – właściwie to jedynie zwiększyło ten szaleńczy płomień w środku mnie.

Chciałem więcej i to chyba zaczynało mnie nieco przerażać. Nie powinienem chcieć więcej. Yautja w moim wieku myśleli raczej o polowaniach, związki zostawiając na potem. Ja chciałem być tylko obok niej, czuć jej ogień, każdy jej ogień obok siebie.

Gdy mój komunikator na ramieniu rozświetlił się, nie zwróciłem na to większej uwagi, wciąż wpatrując się w wysoki sufit warsztatu nad sobą. Przez okna wpadało nieco księżycowego światła, widać też było rozmigotane gwiazdy. Gdy coś jeszcze przemknęło się tam, zmarszczyłem brwi, jednym ruchem wygasiłem wszystkie światła w warsztacie i powoli zsunąłem się z krzesła, podchodząc do ściany.

Wokoło było cicho. Za oknem skrzeczały buszujące w Puszczy ptaki, słychać też było gdzieś wołanie tura. Nie to jednak mnie interesowało – gdzieś na dachu coś przemykało się cicho. Było lekkie i zwinne, a ja przez chwilę zastanawiałem się, czy pumy byłyby aż tak bezczelne, by wchodzić na dachy yautjańskich domów.

Wyszedłem z warsztatu przez szerokie wrota i powoli wspiąłem się po ścianie na dach. Co jakiś czas ciche kroki milkły, wtedy też zatrzymywałem się, a gdy szelest powtarzał się, ruszałem dalej. W końcu wspiąłem się na kamienny dach i odetchnąłem z dziwnym spokojem i ogromną radością.

Na dachu stała Sir’ka, a gdy wyprostowałem się i zamruczałem cicho, natychmiast odwróciła się do mnie. Miała niezadowoloną minę i dziwaczny, pełen wyrzutu wzrok.

- Odważnie dla Guan zakradać się do Dworu Kiande – zauważyłem cicho rozbawionym tonem. – Szukasz kłopotów?

- Nie odpowiedziałeś – mruknęła, wskazując na mój komunikator.

Przechyliłem nieco głowę na bok, a zaraz potem uniosłem ramię. Komputer naramienny świecił się delikatnie, a gdy otworzyłem panel, zobaczyłem wiadomość od Sir’ki. Pytała, czy wyjdziemy. Pomiędzy jej wiadomością a moim wykradaniem się na dach minęła zaledwie chwila. Kobieta była bardzo niecierpliwa.

- Tak – odpowiedziałem rozbawiony, zamykając panel na ramieniu. – Może Thei ma rację i powinnaś więcej modlić się do Moaty? Cierpliwość wody by ci się przydała.

Sir’ka prychnęła nieprzyjemnie.

- Może powinieneś więcej ćwiczyć, przydałoby ci się trochę orientacji – warknęła.

Zaśmiałem się tylko i skinąłem na nią ręką, zsuwając się po ścianie warsztatu. Wylądowałem z głuchym tąpnięciem na ziemi, a sekundę później obok mnie bezszelestnie stanęła Sir’ka.

- Puszcza, czy Skały? – zapytałem, zapinając mocniej karwasze na lewym ramieniu.

Przez chwilę nie odpowiedziała, a gdy w końcu odezwała się, jej głos był wyjątkowo cichy.

- Jeziora.

- Hm? – zdziwiłem się, nie do końca pewny, czy aby dobrze usłyszałem.

- Chcę iść nad jeziora – powtórzyła nieco głośniej.

Zamruczałem tylko i skinąłem głową.

- Niech będą i jeziora – westchnąłem tylko, tak samo spokojny, jak i podniecony.

 

~ * ~

 

Ui’stbi zerknął na wejście do laboratorium i zamruczał z zadowoleniem. W progu stała Sir’ka, niepewna i ewidentnie zagubiona. Ogień Ragty milczał w niej, zatem problem nie pochodził tym razem z jej wyjątkowej mocy.

- Płomyczku? – Ui’stbi wyprostował się znad laboratoryjnego stołu. – Wyglądasz na zmartwioną, maleńka, co się stało?

- Lordzie Ui’stbi… - Kobieta potarła palcami własne ramię. – Chyba coś jest nie tak.

- Co jest nie tak? – zapytał.

Sir’ka rozejrzała się nieco płochliwie, ale widząc, że w laboratorium nie ma nikogo innego, ciągnęła:

- Ja… właściwie…

Ui’stbi zamruczał czule i wskazał kobiecie stojący obok stołek.

- Siadaj, płomyczku – zachęcił, sam zajmując drugi ze stołków. – Mów, co się dzieje.

Sir’ka podeszła posłusznie do czarownika i usiadła naprzeciw niego, podciągając kolana pod brodę. Ui’stbi zamruczał niespokojnie, ale cicho, starając się uspokoić zarówno siebie, jak i dziewczynę.

- Czasami pojawia się ogień. W środku – wyjaśniła, pokazując na własną klatkę piersiową. – Taki ogień, którego nie umiem opanować.

Ui’stbi zerknął z uwagą na kobietę i ujął jej twarz w palce. Obejrzał dokładnie najpierw jej policzki, a potem jej tors. Przez maskę widział idealnie, jak jej serce bije mocno i równo, skąpane w gorącym płomieniu danym jej przez samego Ragtę. Teraz jednak ten ogień był spokojny i cichy, opanowany tak, jak powinien być, dokładnie tak, jak uczył ją opanowywać tę siłę.

- Teraz też? – zapytał.

- Nie – odpowiedziała szczerze. – Tylko, jak jestem z… Tylko czasami, lordzie Ui’stbi.

Czarownik spojrzał na kobietę i roześmiał się cicho. Ah, więc o taki ogień chodziło. Ui’stbi cofnął ręce i usiadł prosto na swoim stołku.

- Oczywiście, nie ma to żadnego związku z tym, że nocami wymykasz się z młodym Kiande, prawda?

Sir’ka momentalnie spięła się i zmieszała, a jej policzki zaczerwieniły się, zapewne rozgrzewając od tego samego ognia, który ewidentnie dręczył ją przy Hult’ahu. Ui’stbi zaśmiał się znowu, widząc, jak jej niepewność i zażenowanie sięgają właśnie zenitu.

- Ja wcale nie… - zaczęła jękliwym tonem.

- Płomyczku, jestem szalony, ale nie głupi.

Kobieta odwróciła tylko głowę, dziwnie zniesmaczona i obrażona. Ta jej mimika, te jej humory, ta jej ekspresywna postawa… ludzie byli tak diametralnie różni od Yautja, a dzięki niej czarownik widział to idealnie.

- Tylko przy nim tak jest – wyznała w końcu cicho, wciąż jednak nie patrząc na Ui’stbi. – Czy to coś niebezpiecznego, lordzie Ui’stbi?

- Bardzo – wyznał rozbawiony, a gdy kobieta spojrzała na niego płaczliwie, dodał: - Ten płomień ogarnie najpierw twoje serce, potem twoją duszę, a na końcu ciało. Nie spali jednak niczego i nie musisz się go bać, Sir’ka. Pozwól mu trwać.

Kobieta westchnęła tylko ciężko.

- Martwisz się – zauważył czarownik. – Czemu?

- Ja… jestem człowiekiem. Czy na pewno powinnam…

- Jesteś tu, Sir’ka – przerwał jest Ui’stbi. – Znalazłaś się wśród nas nie bez powodu. Wszystko, co się teraz dzieje, to wola bogów. Nie bój się wypełniać ich planów, nawet jeśli wydają ci się one szalone, płomyczku.

Sir’ka skinęła tylko głową, a Ui’stbi zamruczał rozbawiony.

- Zresztą, Hult’ah nie wydaje się temu niechętny – zauważył czarownik. – Czyż nie?

Kobieta znów spłonęła rumieńcem, a jej spojrzenie stało się dziwnie niepewne, zażenowane i uciekało na boki.

- Twój ogień do niego lgnie – zauważył cicho czarodziej. – Skoro nawet on wie o tym, co nieuniknione, nie zastanawiaj się, maleńka.

Sir’ka skinęła głową i odetchnęła ciężko, chociaż z wyraźną ulgą.

- Czy byłaś już na lekcjach u Hult’kaina?

- Lord Hult’kain nie kazał przychodzić dziś i jutro – odparła.

- Hm, no tak – zamruczał czarownik. – Czy mimo to zrobisz coś dla mnie? Chciałbym przekazać mu dane z planami Nyria 7U. Będziemy organizować tam kolejny rytuał.

Sir’ka przechyliła głowę na bok, ale po chwili skinęła nią i odebrała tablet od Ui’stbi.

- Oczywiście, lordzie Ui’stbi.

 

~ * ~

 

- Co tu robisz, znajdo?

Sir’ka uniosła swoje spojrzenie, z trudem jednak odrywając je od ogromnych ognisk. Stojący przed nią Hult’kain nie wydawał się zadowolony z jej obecności i dziewczyna czuła to idealnie.

- Mówiłem, że dziś i jutro nie będzie lekcji.

- Ui’stbi kazał przekazać plany z Nyria 7U, lordzie Hult’kain – wyjaśniła cicho dziewczyna.

- Daj to – polecił sucho łowca, a gdy dziewczyna podała mu tablet, zerknął krótko na ekran. – Coś jeszcze, znajdo?

- Co się dzieje? – zapytała, z fascynacją w oczach wpatrując się w wysokie płomienie.

- Świętujemy – odpowiedział. – Dziś będzie noc ognia, noc Ragty.

Sir’ka westchnęła tylko, wciąż szeroko otwartymi oczyma wpatrując się w ogromne ogniska i skaczących przez płomienie łowców. Hult’kain westchnął tylko i stuknął ją palcem w czoło, na co dziewczyna od razu się otrząsnęła.

- Znajda, gapisz się jak turze cielę na trawę.

- Przepraszam – wyszeptała potulnie.

- Chcesz zostać? – zapytał Kiande.

- Mogę? – zapytała zachwycona, nagle ożywiając się mocno.

Hult’kain skinął głową i złożył tablet, przytwierdzając go do komputera na ramieniu.

- Możesz – potwierdził. – Jeśli będziesz blisko mnie. Zrozumiałaś?

- Tak, lordzie Hult’kain.

- Blisko. Mnie. Pamiętasz, co to znaczy, czy mam ci przypomnieć Acheron? – syknął.

Kobieta skrzywiła się tylko i stanęła nico bliżej yautja.

- Pamiętam, lordzie Hult’kain – odpowiedziała.

- Oby – mruknął.

Yautja skierował się ku ogniskom, a Sir’ka podążyła cicho za nim. Im bliżej ognia się znajdowali, tym szerzej rozwierały się oczy kobiety i tym szybciej biło jej serce.

 

~ * ~

 

- Znudzony?

Uniosłem nieco spojrzenie, nim jednak wstałem, Har’kain uniósł pojednawczo dłoń i przysiadł przy ścianie budynku obok mnie. Był potężnym łowcą, niemal tak samo wysokim i ciężkim, jak mój ociec. Bez swojej pełnej zbroi żołnierza nie wydawał się jednak tak nieprzystępny i oschły, jak wtedy, gdy on i jego drużyna czyścili gniazdo obcych na Acheron.

- Czasami myślę, że te ogniska robią się coraz niższe – zauważył cichym tonem. – Nie robią się jednak. Co sezon dokładają do nich nawet więcej ognia. Nam, Kiande, to jednak zawsze za mało.

Zerknąłem niepewnie najpierw na niego, a zaraz potem na ogniska. Płomienie były wysokie, bardzo wysokie, ale gdybym miał je przeskakiwać teraz, nie zawahałbym się. Nigdy się nie wahałem, teraz jednak wydawało mi się to niewinną rozrywką, a nie wyzwaniem. Har’kain miał rację – zawsze było nam wszystkiego zbyt mało.

- Skoro nie ma tutaj tego, czego pragniesz, dlaczego jeszcze tu jesteś?

Coś w środku mnie ścisnęło się mocno. To, czego pragnę? Zdecydowanie nie należało to do czegoś, co było godne Kiande, godne yautja. Czy wuj wiedział o tym, czy jego słowa były tylko niewinnym drażnieniem się?

- To święto Ragta – odpowiedziałem ostrożnie, chociaż radosnym tonem. – Gdzie indziej jako Kiande mógłbym być?

Tar’kain fuknął tylko przez nos, a ja nie do końca wiedziałem, czy to z rozbawienia, czy ze zirytowania.

- Skakałeś? – zapytał mnie.

- Tak – odpowiedziałem. – Nie wyglądałoby to za dobrze, gdybym jako syn przywódcy klanu tego nie robił. Zresztą, to zabawne.

Har’kain zaśmiał się tylko, ale nim powiedział coś więcej, ostry głos ojca sprawił, że obaj unieśliby spojrzenie.

- Hult’ah!

- Ojcze?

- Zostań z nią. – Ojciec wskazał niezadowolonym gestem na Sir’kę. – Tutaj. Bez głupot. Zrozumiane?

- Tak, ojcze – odpowiedziałem od razu.

- To było do was obojga, znajdo.

- Tak, lordzie Hult’kain – odpowiedziała cicho.

- Har, chodź – polecił ojciec.

Wuj podniósł się z westchnięciem i podszedł do ojca. Ten posłał nam jeszcze jedno, dziwnie zirytowane spojrzenie i zniknął pomiędzy ogniskami. Sir’ka odprowadziła go wzrokiem, a po chwili z dziwnym, wręcz nienaturalnym dla niej spokojem zaczęła wpatrywać się w wysokie ogniska.

Przez chwilę trwała nieruchomo, ale wiedziałem, że jej ciekawska natura w końcu się odezwie. Gdy niespokojnie przystąpiła z nogi na nogę, robiąc mały krok w przód, zamruczałem. Zwróciła na mnie swoją uwagę od razu.

- Miałaś tu zostać – zaśmiałem się tylko.

- Nigdzie nie idę – ofuknęła mnie, z powrotem jednak wracając na swoje miejsce.

- Tak ci źle przy mnie? – zapytałem cicho.

Sir’ka nie odpowiedziała, ale jej krótkie spojrzenie miało w sobie coś ostrzegawczego, co jednak zwykłem ignorować.

- Kilka godzin temu nie narzekałaś tak na moje towarzy…

- Och, cicho bądź! – syknęła, odwracając zażenowane spojrzenie.

Zaśmiałem się tylko. Wprowadzanie Sir’ki w zakłopotanie nie było ostatnio tak trudne i o dziwo sprawiało mi całkiem sporo frajdy. Dziewczyna ewidentnie jednak tego nie lubiła. Była też widocznie na mnie na tyle zła, że chciała skierować się ku ogniskom.

- Sir’ka, zostań – poprosiłem, wskazując miejsce obok siebie. – Ojciec cię lubi, ja też cię lubię. Na tym jednak kończy się tolerancja Kiande do ciebie.

Kobieta westchnęła i nieco zrezygnowana usiadła przy mnie przy ścianie. Zamruczałem tylko cicho i skierowałem swój wzrok na ogniska.

- Co oni robią? – zapytała mnie po chwili.

Zerknąłem w stronę, w którą patrzyła Sir’ka i zobaczyłem, jak przez ogniska znów zaczęli skakać młodzi członkowie mojego klanu. Wśród nich był też Thwei i Thei. Moi bracia wybierali spore ogniska do skoków, większe, niż te, które obierali sobie inni.

- Dokładnie to, co widać, że robią – zaśmiałem się. – Skaczą przez ogień.

- Dlaczego?

- To zabawa. Popis. – Wzruszyłem ramionami. – Im większy ogień, tym lepiej.

- Czy to trudne?

- Nie aż tak bardzo – odpowiedziałem. – Jeśli skoczysz wystarczająco szybko, nie zdążysz się oparzyć.

Sir’ka westchnęła tylko, z dziwną tęsknotą i zachwytem. W jej szarych, szeroko otwartych oczach odbijały się płomienie. Ogniska przed nami płonęły wysoko, a ogień tańczył radośnie, ale w jej oczach wszystko wydawało się po dwakroć bardziej żywe i niebezpieczne.

- Ty też skaczesz? – zapytała mnie.

- Oczywiście – odpowiedziałem rozbawiony. – Każdy z Kiande w tę noc hartuje się w ogniu. Mniej lub bardziej.

Kobieta podciągnęła nogi pod brodę i otoczyła je własnymi ramionami. Skulona wydawała się bezbronna, ale ten ogień w jej oczach sprawiał, że jej widok miał w sobie coś z dzikiego i nieokiełznanego niebezpieczeństwa.

- Też chcę – jęknęła cicho.

- Nie wątpię – parsknąłem śmiechem. – Masz tu jednak zostać. Ojciec tak chciał, pamiętasz?

Skinęła głową, ale jej spojrzenie wciąż było utkwione w płomieniach. Tęskniła za ogniem, nawet jeśli ogień był zawsze przy niej.

- Myślałem, że lata temu porzuciliśmy składanie żywych ofiar Ragcie.

Zarówno ja, jak i Sir’ka unieśliśmy swoje spojrzenia. Thei stał niedaleko, a jego skóra była gdzieniegdzie zaczerwieniona – ogień musiał go sięgnąć, w końcu skakał długo i przez ogromne ogniska. Oparzenia nie były jednak zbyt wielkie. Każdy z Kiande w noc Ragty hartował się w ogniu i takie drobne oparzenia były niczym. Być może dlatego ogień Sir’ki znosiliśmy tak dobrze.

- W razie potrzeby ojciec kazał ją trzymać – zaśmiałem się, poklepując Sir’kę po głowie czułym, ale też nieco lekceważącym gestem. – Cholera wie, kiedy zacznie padać.

Thei parsknął śmiechem, a Sir’ka warknęła, odtrącając moją dłoń. Ewidentnie nie była zadowolona z tego, jak toczyła się rozmowa i jak ją traktowaliśmy.

- Zaraz możemy złożyć cię w ofierze – syknęła ku mojemu bratu.

- Możesz próbować, pchło – warknął, pochylając się.

Przewróciłem tylko oczyma i mocniej chwyciłem Sir’ką za ramię, przytrzymując ją przy sobie. Nie potrzebowałem zbyt wiele siły, by to robić – byłem silniejszy i to znacznie od niej, a ona była drobna i krucha. Nie znaczyło to jednak, że zdołałbym ją utrzymać bez problemu. Przekonała mnie o tym wciąż rosnąca temperatura ciała Sir’ki.

- Myślałem, że to Thwei się uroczo z nią umawia na pojedynki – westchnąłem.

- Może nie będzie zły, jak ukręcę jej łeb – parsknął Thei.

Syknąłem cicho, gdy ciało Sir’ki zrobiło się zbyt gorące, bym mógł bez problemu ją dotykać. Nieprzytrzymywana przez moją dłoń od razu uniosła się i skoczyła na Theiego. Mój brat przyjął cios, złapał ją za dłoń i wrzucił w pierwsze ognisko za sobą, a wszystko to stało się tak szybko, że nawet nie zdążyłem się podnieść.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz