Nim zerwałem się z miejsca,
Sir’ka wylądowała w samym środku ogromnego ogniska. Płomienie natychmiast ją
ogarnęły, drewno przełamało się, a ciało kobiety wznieciło dym i sprawiło, że
wokoło rozsypał się pióropusz iskier. Niemal z jękiem stanąłem obok brata,
wpatrując się w te ogromne jęzory ognia.
Thei fuknął tylko i założył ręce
na pierś. Miał spokojne spojrzenie, chociaż gdzieś w głębi jego oczu czaiła się
irytacja. Gdy spojrzałem na ognisko, zamruczałem niezadowolony. W samym środku
płomieni stała Sir’ka, z wściekłym wzrokiem i rękoma zaciśniętymi w pięści.
Jakim głupcem byłem, myśląc, że
ten ogień cokolwiek jej zrobi! Pieczęć Ragty pozwala jej nie tylko tworzyć
płomienie, ale też się przed nimi bronić. To ogromne ognisko nie uczyniło jej
najmniejszej krzywdy.
Byliśmy Kiande i wychowywał nas
ogień. Zdecydowanie jednak nie byliśmy tak odporni na płomienie, jak Sir’ka.
Gdy spora kula ognia ruszyła ku nam, usunęliśmy się na bok, Thei na prawo, a ja
– na lewo.
Wybuch ogniska i ten mały pokaz
ognia sprawił, ze wielu Kiande zwróciło na nas swoje spojrzenia. Odważniejsi
ruszyli ku nam, zbliżając się z niezadowolonym pomrukiem. Ojciec zostawił
Sir’kę pod moją opieką, ale sytuacja robiła się coraz gorsza.
Sir’ka ewidentnie nie chciała
odpuścić. Ogień nie znikał z jej ciała, nawet wtedy, gdy wyszła z ogniska. Krok
za krokiem szła ku mnie i Theiemu, a jej stopy zostawiały na yautjańskiej ziemi
wypalone, czarne ślady. Niepokoiło mnie to, jej pozorny spokój, ten niegasnący
ogień i również to, że nasz klan robił się coraz bardziej nerwowy i coraz
więcej Kiande zbierało się wokoło.
Po uskoku Thei przyjął nieco
pochyloną postawę. Był przygotowany do walki, a napięte mięśnie wskazywały, że
nie ma zamiaru Sir’ki lekceważyć. Kobieta mogła być niższa, słabsza i wątlejsza
niż yautja, ale jej magia rekompensowała wiele.
Inni Kiande nie wydawali się
zadowoleni. Pochylali się jak do walki, spinali swoje mięśnie, rzucali
wściekłe spojrzenia, a kilku chwyciło nawet za broń. Sytuacja robiła się bardzo
nieprzyjemna i przez chwilę pomyślałem, że dobrym wyborem będzie po prostu
poinformować ojca o wszystkim – w końcu słowo przywódcy Kiande mogło usadzić
zarówno moich współbraci, jak i Sir’kę.
- To nie jest noc na bójki.
Zerknąłem w bok i odetchnąłem z
ulgą. Har’kain nie był co prawda moim ojcem, możliwe, że nie potrafiłby
uspokoić Sir’ki, ale inni Kiande słuchali się go. Teraz również zatrzymali się,
nie do końca pewni, czy nadal wolno im ruszać na znajdę. Mój ojciec jasno
wyraził się wobec wszystkich w tej sprawie, ale zdanie Har’kaina była nieco
inne.
- To noc ognia, noc Ragty –
mruknął niechętnym tonem wuj. – Jeśli chcecie się pokazać, wejdźcie w ogień
tak, jak ona. Bójka z Guan dziś niczego nie udowodni.
Młodzi Kiande zerknęli po sobie.
Ci, którzy wyciągnęli broń, schowali ją, a reszta z niezadowolonymi mrukami
wróciła do dalszych ognisk.
- Jeśli podkładasz iskry pod
zarzewie, musisz być gotowy na ogień. – Wuj skierował te słowa do Theiego. –
Nie podejmuj walk, których nie wygrasz. Jej temperatura przekracza granice
topnienia ołowiu. Dotarłbyś do jej serca, ale byłoby to ostatnie, co byś zrobił.
Thei zacisnął tylko pięści,
niechętnie prostując się. Słowa wuja były logiczne, ale nie uspokajały dumnej i
żadnej krwi natury mojego brata.
- Wracaj do reszty – polecił
jeszcze wuj chłodnym tonem.
Thei posłusznie zniknął, a wtedy
wuj skierował swoje spojrzenie na mnie. W takich chwilach nie różnił się za
wiele od ojca – jego wzrok mroził do szpiku kości.
- Miałeś ją pilnować – zauważył,
po czym spojrzał na Sir’kę. – A ty miałaś nie robić głupot. Sprzeciwianie się
Hult’kainowi nie jest mądre. Mogłabyś płonąć jak supernowa, a nawet nie
poczułabyś, kiedy cię pokonał.
Sir’ka wciąż płonęła, ale jej
ogień przygasał z sekundy na sekundę. Gdy płomienie zniknęły, jej skóra
parowała, rozgrzana i sucha.
- Cieszcie się oboje, że musiał
dłużej zostać przy mapie – mruknął wuj.
To były właściwie jego ostatnie
słowa tej nocy do naszej dwójki. Har’kain poprawił leżący na jego lewym
ramieniu płaszcz i skierował się ku młodszym z klanu, mijając stojącą na swoim
miejscu Sir’kę. Kobieta wciąż wydawała się niespokojna, a jednocześnie zagubiona.
- Sir’ka? – zacząłem.
- Chcę ćwiczyć z tobą –
mruknęła.
Przechyliłem nieco głowę na bok,
nie bardzo rozumiejąc jej słowa.
- Ćwiczyć? – zapytałem,
podchodząc bliżej do niej. – Wychodzimy prawie co noc. Polujesz, tropisz.
- Chcę ćwiczyć walkę z tobą –
wyjaśniła, z niezadowoloną miną strzepując z siebie popiół i kurz.
Zamruczałem niechętnie, stając
przed nią. Byłem od niej sporo wyższy, ale nie przejmowała się tym – patrzyła
pewnie w moje oczy, rzucając mi nieme wyzwanie, którego nie chciałem absolutnie
podejmować.
- Teraz chcesz umawiać się na
słodkie pojedynki ze mną? – zażartowałem.
- Chcę nauczyć się walczyć z
Kiande – wyjaśniła. – Thei zablokował mój cios tak szybko.
- Zaatakowałaś z lewej, po jego
silniejszej stronie – wyjaśniłem. – Thei jest leworęczny.
Kobieta zerknęła na mnie nieco
zbita z tropu.
- Nigdy tego nie zauważyłaś? –
zaśmiałem się. – Powinnaś. Przed walką wysuwa prawą, nie lewą nogę do przodu.
Wtedy lewa część ciała ma lepsze oparcie do ciosu i bloku. Twój atak był
przysługą dla niego w tym starciu.
Kobieta zrobiła niezadowoloną
minę i prychnęła, jednocześnie strącając z czoła zagubiony, jasny kosmyk
włosów.
- Czy taki pokaz nie sprawia ci
bólu? – zapytałem, dotykając jej ramienia. – Twoje oczy są zamglone.
- Nie, nic mi nie jest –
odpowiedziała. – Będziesz ze mną ćwiczył?
Westchnąłem tylko. Polowania i
tropienie w Puszczy było jednym, ale nauka walki… sam wiedziałem tak niewiele w
porównaniu do starszych z klanu, ale wiedziałem, że przekazanie nawet tak
nikłej dawki wiedzy Sir’ce rozwścieczyłoby moich braci. Zwłaszcza że doskonale
znałem ich drobne przyzwyczajenia.
- Nie może zostać przy
tropieniu? – mruknąłem tylko.
- Proszę?
Nagle jej harda i bojownicza
postawa zniknęła, ustępując miejsca tej słodkiej czułości, którą kochałem z
całego serca i nienawidziłem z głębi mojej duszy. Jej szare oczy były pełne
oczekiwania, uczuć, które sprawiały, że mnie samemu robiło się nieprzyjemnie
gorąco. Na bogów, gdy patrzyła na mnie w tej sposób, pragnąłem wszystkiego –
od tego, by spełnić jej każdą prośbę, aż po to, by tę prośbę wyjęczała mi
prosto do ucha, leżąc tuż pode mną.
Zamknąłem oczy i uniosłem głowę
do góry. Ta prośba była bardzo trudna, zarówno do odmowy, jak i do spełnienia.
Czułem, że absolutnie nie powinienem się zgadzać, ale jednocześnie
przeczuwałem, że mój opór nie potrwa długo – Sir’ka miała naprawdę paskudny
zwyczaj dostawania ode mnie wszystkiego tego, co chciała.
- Zobaczymy – mruknąłem, mając
nadzieję, ze ta dyplomatyczna odpowiedź wystarczy.
Kobieta fuknęła tylko, a gdy
opuściłem nieco spojrzenie, zauważyłem, że mimo niechętnego gestu, odwróciła
się ode mnie, zatem nie miała też zamiaru naciskać bardziej.
Odetchnąłem tylko i spojrzałem
na wysoko płonące ogniska. Przez ogień znów zaczęli skakać młodzi Kiande,
widziałem, jak kilku próbowało nawet wchodzić między płomienie. Oczywiście, nie
udawało im się to tak, jakby udało się to Sir’ce, jednak słowa wuja musiały
wywrzeć na nich wrażenie – próbowali, bo byli Kiande, a my Kiadne zbyt często
robiliśmy rzeczy głupie i nieoczywiste.
Ojciec w końcu wrócił, stał w
oddali wraz z Thweim. Widziałem też wuja, który przechodził między ogniskami i
młodzikami, bawiącymi się w skoki przez ogień. Starsi z klanu siedzieli przy
stołach z drugiej strony placu – ich skoki już nie interesowały, hartowali się
inaczej, głównie z użyciem warzonego przez Ui’stbi c’ntlip.
Zerknąłem w niebo. Było ciemne,
ale ciężko było dostrzec na nim gwiazdy – światło z ognisk było zbyt mocne.
Pomyślałem jednak, że niedługo ruszę do tych gwiazd w poszukiwaniu wszystkiego
tego, co łowców czyniło łowcami. Chciałem tego, chciałem polować i chciałem się
wykazać. Czułem jednak, że po prostu nie chcę tego robić sam.
Sir’ka obok mnie znów
przystępowała z nogi na nogę. Ciągnęło ją do ognia, chociaż dosłownie przed
chwilą mój wuj skarcił ją, a pojedynek z Theim absolutnie nie poszedł po jej
myśli. Zaśmiałem się tylko w myślach. Chciałem polować z nią – narwaną,
niespokojną i pełną ognia.
- Sir’ka…
Odwróciła się do mnie
natychmiast, pełna oczekiwania i dziwacznej buty.
- Puszcza? – zapytałem. – Napiszę
ojcu, że chciałaś wrócić, a potem serio odprowadzę cię do domu. Hm?
Sir’ka zerknęła krótko na ogniska,
a potem na mnie. Przez moment pomyślałem, że przegram tę walkę z ogniem, jednak
Sir’ka skinęła głową i rozejrzała się wokoło. Gdy upewniła się, że nikt wokoło nie
zwracał na nas uwagi, zniknęła w mroku za budynkiem, a ja cicho podążyłem za nią.
~ * ~
Hult’kain zmarszczył brwi i zerknął
na wejście do Dworu, gdzie właściwie zostawił Sir’kę i Hult’aha. Dwójki nie było,
ale gdy przywódca Kiande rzucił spojrzeniem wokoło, nigdzie nie zauważył pary. Nie
czuł jednak niepokoju. Ogniska paliły się radośnie i dzisiejszej nocy nic złego
żadnemu z Kiande nie mogło się stać.
- Wymknęli się. – Thwei wskazał głową
na Puszczę. – Oboje.
Hult’kain fuknął tylko przez nos,
ale nie skomentował tego inaczej. Z jednej strony był niezadowolony, że jeden z
jego synów opuścił święto Ragty, ale z drugiej – Sir’ka również zniknęła, a to po
niej spodziewał się o wiele więcej kłopotów.
- Słyszałem, że Tay wciąż każe wam
ćwiczyć – zauważył Hult’kain.
- Jest… bardziej wymagający niż inni
– wyznał cicho Thwei. – Nie chce jeszcze z nami lecieć. Mówi, że musimy się jeszcze
dużo nauczyć.
Hult’kain zaśmiał się tylko, a Thwei
zerknął na niego pytająco.
- Tay i Vay nie bez przyczyny uznawani
się za najlepszych trenerów – wyjaśnił ojciec. – Przygotowania u nich trwają dłużej.
Gdy jednak zaczniesz polować… będziesz gotów na wszystko.
Thwei westchnął tylko. Ćwiczenia
męczyły go, nie tylko psychicznie, ale też fizycznie. Nawet ciężkie treningi z ojcem
i braćmi, czy polowania ze starszymi z klanu nie były tak wyczerpujące.
- Nie bądź za długo przy ogniskach
– poradził jeszcze ojciec. – Tay nie jest może tak surowy, jak Ze-Man’tui, ale nie
przepada za spóźnianiem się.
~ * ~
Gdy Tikan otworzył oczy, widok laboratorium
nie zniknął, ale pomieszczenie było puste i ciche, w końcu spokojne, tym spokojem,
którego łowca pragnął od wielu, wielu dni. Yautja podniósł się też – dotąd krepujące
go pasy opadły bezwładnie ku szarej, ciemnej podłodze.
Tikan mógł myśleć, że ludzie opuścili
to miejsce, mógł przypuszczać, że zostawili go tu, ale tak naprawdę znał prawdę
i przyjął ją ze spokojem. Odczuwał smutek, jednak nie z tego powodu, o którym większość
by myślała.
- Nie umarłeś bez honoru. Polowałeś.
Wygrywałeś. Twoja droga nie jest w niczym mniejszą niż droga kogokolwiek innego
z twego rodu.
Tikan westchnął tylko i usiadł na
brzegu metalowego stołu. Gdy spojrzał przed siebie, o betonową ścianę pomieszczenia
opierał się człowiek. Legion miał jasne, smutne oczy i ogrom zrozumienia w sobie.
- Czuję, że mogłem więcej – westchnął
tylko Tikan.
- Nie musiałeś robić nic więcej –
zaprzeczył mężczyzna. – Zrobiłeś dokładnie to, czego chciałem. Przygotowałeś je
obie dla mnie. Teraz możesz iść dalej.
Tikan westchnął i podniósł się, stając
przed obcym. Yautja był wyższy niż Legion, a mimo to łowca czuł się dziwnie pokonany.
- Wysłuchałeś mnie – westchnął Tikan.
- Chciałeś iść dalej – zauważył Legion.
- Wołałeś mnie. Jeśli tylko chcesz, możesz iść. Twoja droga się skończyła.
Łowca odetchnął ciężko, a potem skinął
głową.
- Chcę iść dalej – oświadczył. –
Chcę jednak zobaczyć, po co było ci to wszystko. Cetanu.
Legion uśmiechnął się tylko lekko.
- Niech i tak będzie.
Koniec części trzeciej
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz